O tym, że porzucił Pan zawodowe uprawianie polityki na rzecz zawodowego uprawiania publicystyki wiadomo już od lat. Natomiast świeża jest wiadomość o tym, że zamierza Pan wstąpić do SDP. Komisja członkowska Oddziału Krakowskiego SDP pewnie z ciekawością czeka na wpłynięcie Pańskiej deklaracji, a ja pytam – po co to Panu? Chyba nie chodzi o legitymację dziennikarską dającą wstęp do Sejmu…
Mogę zagwarantować, że jeśli otrzymam legitymację SDP, to nie użyję jej do tego, by wejść do Sejmu. Mogę na to dać nawet słowo honoru.
To może chodzi o wolny wstęp do niektórych muzeów, zwłaszcza za granicą?
Rzecz nie do pogardzenia. W takich Włoszech, gdy chodzi o dostęp do dóbr kultury, do wydarzeń artystycznych, status dziennikarza bardzo się przydaje. Chętnie w razie czego skorzystam, ale główny powód jest innej natury. Otóż przyglądając się polskiemu życiu publicznemu odkryłem jakiś czas temu, że stowarzyszenie kierowane przez Krzysztofa Skowrońskiego jest organizacją, w której działa wieku dobrze mi znanych, sympatycznych i przyzwoitych ludzi. I że przynależność do SDP jest we współczesnej polskiej rzeczywistości również pewnego rodzaju ideową, duchową manifestacją przywiązania do wartości, do których ja też jestem przywiązany. Więc uznałem, że jako obywatel wykonujący zawód dziennikarski mam ochotę przyłączyć się do takiej manifestacji. Po prostu.
A nie chodzi także o inną manifestację, o symboliczne zaakcentowanie, potwierdzenie własnej nowej tożsamości zawodowej, właśnie dziennikarskiej? O publiczne przypomnienie, że decyzja sprzed siedmiu lat o zamianie polityki na publicystykę była poważna?
To na pewno też. Wtedy, siedem lat temu, przygniatająca większość ludzi, z którymi miałem osobiście do czynienia: moi przyjaciele, koledzy, współpracownicy oraz większość tych, którzy wypowiadali się gdzieś publicznie na mój temat – ta przygniatająca większość była przekonana o tym, że ja tylko udaję, że to tylko jakiś greps, zwód taktyczny. Pamiętam jak spotkałem wtedy mojego profesora z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Tomasza Gizberta Studnickiego i on powiedział mi – wie Pan, wszyscy na uniwersytecie mówią, że Pan tylko udaje, ale ja Pana znam długo, więc się z nimi założyłem, że Pan to mówi na serio. Zobaczymy, czy wygram.
Wygląda na to, że prof. Studnicki swoje zakłady o Rokitę wygrał.
Nie wiem, o co się zakładał, ale satysfakcję uzyskał na pewno. A ja mogę śmiało powiedzieć, że życiowa powaga mojej ówczesnej decyzji była absolutna i to, co robię teraz, także pomysł wstąpienia do SDP, jest logiczną konsekwencją tego, że stałem się dziennikarzem i zamierzam nim pozostać.
Zaczął Pan od publikowania komentarzy w „Dzienniku” zwanym niebieskim.
W czasach, gdy szefem „Dziennika” był Robert Krasowski, pisywałem tam regularnie. Niestety potem wydawnictwo Axel Springer faktycznie zlikwidowało ówczesny „Dziennik”. Teraz pisuję tam, gdzie chcą mnie drukować i gwarantują, że będę mógł pisać to, co chcę, bez oglądania się na czyjeś oczekiwania w kwestiach światopoglądu czy sympatii politycznych.
Wygląda na to, że są się chętni do przyjęcia takiego warunku. Drukują Pana, pokazują w telewizji…
Myślę, że to odpowiednia reguła postępowania dla każdego free-lancera: pisać dla tych, którzy chcą drukować, pod warunkiem, że można pisać co się myśli. Zaproszenia przyjmuję rozmaite, ale zawsze pod tym samym warunkiem.
Jest Pan jedynym znanym mi publicystą, którego teksty pojawiają się zarówno w tygodniku „W sieci” i w „Gazecie Wyborczej”.
(śmiech) Chyba rzeczywiście jestem jedynym…
Można przypuścić, że działa magia znanego z polityki nazwiska. Można domniemywać, że ma Pan pióro, któremu nie sposób się oprzeć. Ale sytuacja, w której Michnik i Karnowski dzielą się jednym autorem nie jest jednak naturalna.
Nie pytałem nikogo o motywy, dla których zamawia u mnie teksty. I nie mnie oceniać walory własnego pióra. To przywilej czytelników. Ponieważ jednak widzę, że chce Pan drążyć kwestię, dlaczego tak różne redakcje zamawiają u mnie teksty, to jedyne racjonalne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, może mieć związek z faktem, iż jakość analiz polityki jest w Polsce generalnie niska, także w mediach. O moich analizach, zarówno dotyczących spraw polskich jak i zagranicznych można natomiast powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, są profesjonalne. Raz mogą być ciekawsze, raz mniej ciekawe, napisane bardziej lub mniej zgrabnie, ale zrobione profesjonalnie. Po drugie, staram się, żeby moja publicystyka była jak najbardziej analityczna, żeby należała do tego gatunku publicystyki, który niestety u nas jest na wymarciu.
A na pewno jest słabiej obecny w wysokonakładowych tytułach niż publicystyka politycznie i emocjonalnie zaangażowana.
Tak, dzisiejsza publicystyka w ogromnej mierze polega na permanentnym dawaniu świadectwa przez autorów ich najgłębszym przekonaniom, sympatiom i antypatiom. Większość publicystów pisze z tego powodu, że kogoś lubi albo nie lubi, że kogoś chce zwalczać, albo komuś pomóc – pomóc w polityce. Tak wygląda dziś generalnie świat publicystyki. Ja nie twierdzę, że taka publicystyka jest zła. Ale na pewno jest inna od tej, którą ja mam ochotę uprawiać. Mnie się zawsze podobał Raymond Aron, który potrafił we Francji autorytatywnie rozdzielać racje np. między De Gaulle’a i socjalistów, kierując się swoim wyobrażeniem interesu Francji, a nie swoimi osobistymi sympatiami politycznymi, które przecież miał. I z których tak w ogóle nie robił tajemnicy. I ja przecież także moich sympatii nie ukrywam, tylko nie pozwalam, by tłumiły we mnie zdolność racjonalnej analizy zjawisk politycznych. Tego typu publicystyka jest dziś- zdaję sobie sprawę –zjawiskiem niszowym; nie wykluczam, że może mieć skromny krąg czytelniczy, bo czytelnicy też lubią, żeby publicysta komuś dołożył, a nie wdawał się w analizy i ważenie racji. Jednak jest jeszcze trochę mediów, które taką publicystykę są skłonne publikować. Przynajmniej na razie. Nie mogę przecież wykluczyć, że popyt na moje teksty się skończy.
(…)
Wróćmy na koniec do początku naszej rozmowy, kiedy mówił o tym, co skłania Pana do ubiegania się o członkostwo SDP. Nie zdążyłem dopytać o te wartości, o których Pan wspomniał i – jak rozumiem – przez swój akces do SDP chce Pan przyłączyć się do działania na ich rzecz.
Myślę, że publiczny pożytek z istnienia takiego stowarzyszenia jak SDP wynika z pełnienia misji, którą ujmę w trzech punktach, z których żaden nie będzie odkrywczy, ale za to wszystkie bardzo ważne. Po pierwsze, SDP winno bronić wolności słowa bez względu na okoliczności; wolność słowa jest w stanie ciągłego zagrożenia nie tylko tam, gdzie to zagrożenie jest oczywiste z punktu widzenia większości. I nie tylko w krajach, gdzie ta wolność jest gwałcona całkiem jawnie. Po drugie, SDP ma bronić pluralizmu opinii. Obok utraty wolności słowa grozi nam także uniformizacja opinii - rzecz bardzo groźna. Chrońmy dziennikarstwo przez utonięciem w głównym nurcie. Chrońmy to, co inne, niszowe, oryginalne, niezależne. Brońmy pluralizmu w mediach. Po trzecie, na ile się da i jak tylko się da, SDP winno nadal, tak jak dotąd, promować wysokie standardy fachowości i etyki dziennikarskiej. Wielu wydawców i nadawców popycha swoich dziennikarzy pod tym względem w dół. Z tym większym uporem trzeba zachęcać do trzymania poziomu i marszu wzwyż… Uprzedzałem, że nie powiem nic niezwykłego.
Pełna wersja wywiadu w najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy”, który ukaże się w październiku.
