No i proszę, już, a może należałoby z równym smutkiem napisać: dopiero teraz, wychodzą na jaw patologie układów polityki wewnętrznej. Po wiekopomnej, a przeze mnie bez skutków medialnych wielekroć przywoływanej wypowiedzi sejmowej premiera Donalda Tuska, że „nie każde oszustwo jest przestępstwem” (14 sierpnia 2012 r.) - najwyższy w państwie urząd ścigania przestępstw traci rozeznanie, co powinno być objęte aktami oskarżenia.
Prokuratura Generalna nie przyjmuje bowiem do wiadomości skarg Najwyższej Izby Kontroli. Ze 136 informacji o ustawowych uchybieniach urzędów państwowych i instytucji pozarządowych, oficjalnie skierowanych w zeszłym roku do Prokuratury Generalnej, jedynie trzy (sic!) skutkowały wszczęciem dochodzenia sądowego. Napisał o tym w komentarzu redakcyjnym Michał Szułdrzyński, w „Rzeczpospolitej” (11 grudnia br.).
Natomiast Prokuratura Generalna usprawiedliwia swą inercję, że, cytuję za Szułdrzyńskim, „nie każda nieprawidłowość jest przestępstwem”. To niemal dosłowny passus z owej wspomnianej wypowiedzi premiera, wielkiego twórcy immoralizmu państwowego.
Po tym oficjalnym stanowisku Prokuratury Generalnej zwykli krętacze i bezczelni lub dyskretni łapownicy mogą się nie obawiać ścigania. A przy tym autorytet Najwyższej Izby Kontroli został skompromitowany, stała się ona organem fasadowym, stwarzającym już tylko pozory, że czuwa nad uczciwością naszego życia społeczno-państwowego.
Prezes NIK, Krzysztof Kwiatkowski, był w minionej kadencji Sejmu posłem z nadania Platformy Obywatelskiej. Z rozmysłem napisałem „nadania”, gdyż w dzisiejszej, zresztą od samego początku Polski wyzwolonej (na razie?) spod hegemonii rosyjskiej, głosujemy na partie, nie na polityków; partie zaś niby wybierają posłów tych swych działaczy, na których niby przypadło najwięcej głosów. Ale kto jest w stanie sprawdzić, że w wewnętrznych wyrachowaniach partyjnych rzeczywiście liczy się ilość głosów? Raczej decydujące są nazwiska z tzw. pierwszych miejsc na liście wyborczej i upodobania towarzyskie szefa partyjnego, a czy one, te poczesne umiejscowienia i owe sympatie, pokrywają się z preferencjami wyborców - to tajemnica partii, i nikt oprócz ich liderów nie ma do niej dostępu. Zna ją tylko Pan Bóg i prominenci. I jest to największe endemiczne oszustwo, które ma nie być przestępstwem władzy naszego państwa wobec poddanych.
Na szczęcie rośnie w siłę grupa dysydentów Tuska. Bo teraz dla kierowanego przezeń ugrupowania, które relatywizuje odwieczne, cywilizacyjne normy moralne, prezes NIK stał się niewygodny jeszcze bardziej niż Dariusz Gowin i John Godson. Kwiatkowski, chociaż nie jest już posłem, był nim w poprzedniej kadencji Sejmu, to wciąż należy do partii rządzącej. Demaskując inercję i matactwa Prokuratury Generalnej podważa tym samym autorytet Platformy Obywatelskiej ukazując, że ta pierwsza wcale nie jest niezależna od Sejmu, zdominowanego większością platformerską, i od rządu. Chciałoby się rzec z satysfakcją: wet za wet. Skoro owa prokuratura przechodzi do porządku nad skargami NIK, to prezes Kwiatkowski informuje o tym opinię publiczną za pośrednictwem najwłaściwszym z właściwych – mediów. I jednocześnie wyłamuje się, mówiąc kolokwialnie, z „kolesiostwa” partyjno-sejmowego.
Ono sprawia, że ustrój państwowy współczesnej Polski jest hybrydą cywilizacyjną W wielu, owszem, krajach naszej formacji kulturowej niektórzy posłowie dzierżą wysokie urzędy państwowe. Wszelako tylko niektórzy i niektóre. U nas zaś niemal wszyscy. Albo jak w odniesieniu do prezesa Kwiatkowskiego politycy z tej samej partii.
Te zjawiska przypominają totalitaryzm. Zwykliśmy zarzucać sanatom tendencje super-dyktatorskie, a przecież w Dwudziestoleciu premierami nie zawsze bywali adherenci ugrupowań sanackich ani ministrami zwolennicy tych koncepcji politycznych. Tymczasem znane są dzisiaj szerokiej opinii publicznej zapędy totalitarne Donalda Tuska i nepotyzm jego urzędników. A powszechne łączenie mandatów poselskich z urzędami państwowymi przekreśla cały dorobek parlamentaryzmu Polski i Europy. Monteskiusz chyba przewraca się w grobie. W naszej Polsce jego triada ustrojów parlamentarno-demokratycznych legła w gruzy. Władza ustawodawcza staje się zarazem wykonawczą, sądownicza podlega zaś dwóm naraz. Żyjemy w jakiejś straszliwej kontaminacji ustrojowej, w której spełnia się wola jedynie władzy wykonawczej i ona sama siebie kontroluje.
Nakładają się w niej trzy choroby: niewyleczony totalitaryzm Polski ludowej, współczesne partyjnictwo i poselskie sitwy.
W PRL Cyrankiewicze, Ochaby, Gomułki, Gierki sprawując najwyższe funkcje państwowo-partyjne de facto niepodzielnie rządzili krajem będąc jednocześnie posłami ówczesnego „sejmu”. Rekordy zaś w tym łączeniu urzędów i stanowisk pobił Wojciech Jaruzelski, stawszy się niczym generalissimus Stalin jednocześnie pierwszym sekretarzem KC PZPR, posłem, premierem i na dodatek przewodniczącym Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, który jak Komitet Ocalenie Narodowego podczas rewolucji francuskiej po dyktatorsku – i krwawo – determinował losy poddanych. Nawiasem mówiąc znamiennie fałszywie i groźnie brzmi tu słowo „ocalenie”…
Kiedy w połowie XVI w. szlachta Rzeczypospolitej, czyli w dzisiejszym słownictwie klasa średnia, zdobyła dostęp do steru nawy państwowej, to inne egalitarne, demokratyczne, republikańskie zasady i konstytucje wzbogaciła ostatecznie w 1562 r. zakazem łączenia urzędów; prawo to nazwała z łacińska incompatibilia. Stało się ono wkrótce martwe, fasadowe, jak dzisiejsza Najwyższa Izba Kontroli, ponieważ oligarchia odzyskała władzę. Albowiem cechą olbrzymiej większości oligarchów wszystkich epok w każdej szerokości geograficznej jest nieopanowana żądza bogactwa, a najłatwiejszym sposobem jego posiadania jest władza, władza, władza. Zło zabójcze w I Rzeczypospolitej przyszło właśnie stamtąd – z niehamowanej żadnym odruchem kultury duchowej chciwości. Gdy rządzi oligarchia, obojętnie jakiego koloru ideologicznego czy bezkolorowa, jak dzisiaj, to – „nam wszystkim zewsząd nędza”. Tymczasem triada Monteskiusza postulatywnie utrudnia jednemu podmiotowi państwowemu utrzymywanie władzy jednocześnie w trzech jej wymiarach, więc jest po prostu lekceważona przez rządzących oligarchów.
Poddani zaś zazwyczaj długo nie postrzegają owego zjawiska, tego łączenia trzech rodzajów władzy, które mają być oddzielone od siebie murem różnic kompetencyjnych i zniuansowane korelacją, wyznaczoną przez Ustawę Zasadniczą uchwaloną demokratycznie przez naród.
Natomiast gdy nagle zauważą, że ci sami politycy są posłami, ministrami i innymi wysokimi funkcjonariuszami aparatu państwowego – wszczynają rewolucje. I powstaje błędne diabelskie koło – oni chcą „ocalać” naród przed uciskiem oligarchii, a imają się najstraszliwszych metod, popełniają okrucieństwa zaprzeczające semantyce „ocalania”. U nas w 1981 r. było odwrotnie - to oligarchia spostrzegła, że poddanym zaczyna już za nadto doskwierać jej lekceważenie triady Monteskiusza i zastosowała przemoc, ażeby zapobiec rewolucji społecznej.
. Zbliżają się wybory, tymczasem nasz rządowy anty-Monteskiusz łatwo władzy nie odda. Nikt dziś nie umie przewidzieć, co uczyni Tusk przegrywający.
Zlekceważenie Najwyższej Izby Kontroli i jej prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego przez Prokuraturę Generalną jest złym znakiem, przede wszystkim dlatego, że, jak powiedziałem na początku, uwydatnia, nawet we frazeologii całkowite podporządkowanie władzy sądowniczej obu pozostałym. Mogą z tego wyniknąć skutki wikłający naszą współpracę z Unią Europejską, a zwłaszcza relacje ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie panuje niemal idealny model monteskiuszowski – żaden przedstawiciel obu izb Kongresu nie jest i nie może być z racji zapisu konstytucyjnego ministrem ani innym żadnym innym wysokim urzędnikiem państwowym czy administracyjnym.
W najlepszym razie grozi nam dalsze obniżenie godności i prestiżu państwa polskiego, i tak już politycznie słabego, a militarnie wręcz bezbronnego. Oby incydent z prezesem Kwiatkowskim i arogancją Prokuratury Generalnej nie zawładnął świadomością naszych zachodnich partnerów. Jacek Wegner
