Im bliżej 13 października, tym Warszawa coraz gorętsza. We wtorek nasz kolego Krzysztof Kłopotowski pytał z tego miejsca, czy to miasto jest czyimś folwarkiem? Złośliwość i na miejscu, i na czasie.

Platformie Obywatelskiej i jej adherentom, chyba bezmyślnym albo gardzącym dobrem publicznym, zależy, jak wiemy, żeby referendum się nie odbyło, bo może prezydent padnie od głosów udręczonych mieszkańców. Kłopotowski przytacza fakty z manipulacji mediów i reklam wywieszonych w metrze; one przecież też są propagandą, niekiedy nawet skuteczniejszą od publicystyki medialnej, jedynie na niższym poziomie kultury perswazyjnej, choć niektórym mediom dorównują czy nawet je przewyższają…

A gdyby tak pochodzić po mieście stołecznym, to zauważyłoby się dobre i niedobre skutki panowania Hanny Gronkiewicz Waltz. Zacznijmy od dobrych wiadomości – toalety. Stały się darmowe. Ni stąd ni zowąd. Wcześniej, zanim rozgorzała dyskusja, zapożyczając metaforykę Kłopotowskiego, jak wykopać stołek spod HGW, za każde wejście do publicznego szaletu, płaciło się z góry 2 zł. Teraz toalety w metrze wabią pasażerów zgrzebnym napisem na drzwiach, że korzystania gratis. Biedny budżet Warszawy, ile straci z powodu tej toaletowej wspaniałomyślności trzęsącej się ze strachu na stołku, że go straci, naszej, warszawskiej najwyższej gospodyni.

I wiadomość druga - zła. Ile już poszło pieniędzy na nasze niewygody, a za to na wątpliwą chwałę prezydent i rzetelne zarobki nieznanych bliżej lub wcale przedsiębiorstw od słupkowania. Nawet na przejściach dla pieszych są słupki, oczywiście w odpowiedniej odległości od siebie - tak że przejedzie średniej wielkości wózek z dzieckiem, inwalidzki też, choć już z trudem, ale nie przedostanie się żaden samochód, żaden ambulans, chociażby gdzieś opodal umierał człowiek. Te warszawskie słupki, to niczym fotoradary solidne źródła dochodowe naszego „bogatego” państwa i „mądrego” rządu. Pierwsze bowiem uniemożliwiając zaparkowanie auta na szerokich chodnikach, bo by je niszczyły, stawiane są byle gdzie. A na to czyha straż miejska i karze. Na szosach zaś czujne aparaty elektroniczne zarejestrują, że ktoś przekroczył o, powiedzmy, 11 km dozwoloną prędkość – i mandat. Te pieniądze zwalniają budżet państwa od zasilenia gmin i dzielnic. Więc ręka rękę myje - w darmowych, dzięki HGW, szaletach.

Niedawno w godzinach tzw. szczytu ulicą Tamką jechały samochody noga za nogą, a raczej maska w maskę Nagle u dołu rozdzwoniła się karetka pogotowia, która, chciała piąć się w górę, na Kopernika. Auta nie mogły jej przepuścić, gdyż przy krawężnikach na arcywąskiej jezdni materializowała się dumnie „mądra myśl i troska o publico bono” pani prezydent – słupki… I tak to trwało z czterdzieści minut: na dole wołająca o pomstą od nieba syrena ambulansu, przed nią sunące z prędkością chyba 7 km na godzinę pojazdy. Czy ktoś umarł przez to, może dziecko, wszak na górze przy ul. Kopernika jest szpital, do którego najpewniej zmierzał ambulans?

Ile będzie kosztować miasto, czyli nas, warszawian, wyjście z więzienia słupkowego i powrót do szerokich przestrzeni ulic stołecznych? Na pewno krocie, lecz będą to sumy konieczne – ażeby miasto upodobniało się do innych metropolii europejskich. Bez wątpienia przyszły prezydent Warszawy tę konieczność zrozumie. I już mu teraz podpowiadam pomysł poproszenia HGW o kompensatę przynajmniej części kosztów likwidacji słupków, może pracą fizyczną przy ich usuwaniu. Niedawno pokazywała się w hełmie wśród robotników, wyglądała bardzo twarzowo, to znaczy świat pracy manualnej nie jest jej obcy. Albo niechby przyszły prezydent miasta stołecznego Warszawy ogłosił kwestę na demontaże słupków. Z całą pewnością wszyscy borykający się z miejscami parkowania samochodów chętnie rzucą do puszek trochę grosiwa, a może i banknotów. I gdyby nieco zostało, przeznaczyłoby się na pomnik Hanny Gronkiewicz Waltz z napisem na przykład: ”pamięci prezydent Warszawy, która w latach 2007 ----- słupkowała stolicę”.

Może jednak wiara, że będzie inny gospodarz miasta, jest płonna, skoro bowiem premier et consortes namawia do nieuczestniczenia w referendum…

Referendum to kwintesencja demokracji. Polega na tym, że w jakieś sprawie wolni wobec wolnych wypowiadają swe konkretne pragnienia, postulaty, oczekiwania. Każda elekcja w dawnej Rzeczypospolitej była swoistym referendum, ba - każdy sejmik, na którym nie tylko wybierano jest atrybutem demokracji – kłótnia, a nie lżenie adwersarzy. Ale nie do pomyślenia, żeby kanclerz lub wojewoda czy starosta, nawoływał panów braci do niezjeżdżania się, niedeliberowania, niespisywiania żadnych żądań. I jak tu mówić o rozwoju cywilizacji. Prezydent, premier i posłowie namawiając nas do niepójścia na referendum cofają naszą kulturą polityczną do czasów sprzed 1505 r., sprzed konstytucji „nihil novi”, kiedy o wszystkim w państwie decydował król w otoczeniu kilku swych najbliższych współpracowników.

Ile już grzechów przeciw demokracji popełnił niełaskawie nam panujący premier? Jest jednym z najwybitniejszych i najskuteczniejszych w naszych dziejach demagogów. Przypomnijmy w telegraficznym skrócie: 14 sierpnia 2012 r. wypowiedź sejmowa - „nie każde oszustwo jest przestępstwem”; 25 stycznia br. opinię Jarosława Gowina umotywowaną zapisem Konstytucji nazwał „prywatnymi poglądami posła”.

Nie można pojąć: albo nie rozumie mechanizmów demokratyczno-parlamentarnych, albo z premedytacją je unicestwia. Ale w takim razie dlaczego? Zapatrzył się w postacie Ponińskiego, Szczęsnego Potockiego, Rzewuskiego, Stanisława Poniatowskiego i jego brata prymasa, którzy z całym cynicznym rozmysłem niszczyli niepodległość swego państwa. Między niepodległością a demokracją zachodzi tak ścisły związek, że aż wstyd byłoby go na tym forum wyjaśniać.

A swoją drogą jest w owym namawianiu prezydenta, premiera i wielu posłów do niebrania udziału w referendum chichot historii. W 1946 r. władcy Polski z łaski Stalina czynili akurat odwrotnie – namawiali, i to nie raz i nie dwa tak sugestywni, że bolało - do uczestnictwa w referendum, które nazywali „ludowym” i którego wyniki sfałszowali. Przejaw tego oszustwa jest łatwo dostrzegalny: wydawnictwa z czasów PRL podają, że w owym „referendum ludowym” wzięło udział 87,2 proc. uprawionych i przytłaczająca większość odpowiedziała pozytywnie na trzy pytania. Tymczasem do głosowania przystąpiło ok. 30 proc. Polaków i znakomitej większości nie podobały się pytania.

Przeżyliśmy też ostatnie referendum polskoludowe – za premiera Mieczysław F. Rakowskiego, wspieranego silnym ramieniem zbrojnym Jaruzelskiego. Było ono jednym wielkim fiaskiem, całkowicie zlekceważone, ponieważ społeczeństwo już podnosiło się z kolan - za kilka miesięcy padła dyktatura.

Niecałkiem, skoro dzisiaj rządzący usiłują zniszczyć kwintesencję demokracji, nieważne, że inaczej nie zmuszając do wyboru, lecz – obrzydzając nam wolny wybór.

A no zobaczymy, kto i co zwycięży: obrońcy partyjni Hanny Gronkiewicz Waltz czy mądrość warszawian. Wierzę, że prezydent zwolni stołek, a my znów dostrzeżemy perspektywę otwartych ulic bez słupków.

A co z toaletami? Ponownie znów będą kosztować 2 zł? Czy może pozostaną darmowe? Byłby to prezent na odchodne prezydent Anny Gronkiewicz-Waltz.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl