Nawet w bardzo oficjalnych uroczystościach, takich jak wręczenie w dn. 03 Maja 2016 r. Orderów Orła Białego przez Andrzeja Dudę, Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, odstępstwo od protokołu jest bardzo znamienne. Ustalono, iż w imieniu odznaczonych Wybitnych Polaków: Ireny Kirszenstein-Szewińskiej, prof. Michała Kleibera, Michała Lorenca, Wandy Półtawskiej, Zofii Romaszewskiej oraz Bronisława Wildsteina podziękuje dziennikarz, Bronisław Wildstein., który stwierdził:
-Jesteśmy członkami wspólnot. Wspólnotą największą, do której przynależymy, którą odczuwamy, to narodowa wspólnota, wspólnota polska, wspólnota losu, która pozwala nam przekroczyć naszą indywidualną tożsamość. Ta wspólnota nagradza nas swoim najwyższym odznaczeniem – dodał. – Trudno wyobrazić sobie większą nagrodę, większe zadośćuczynienie. Jednocześnie nagrodę tę traktujemy jako zobowiązanie.
I gdy dalej, zgodnie z przewidzianym porządkiem, przygotowywano się do wspólnego zdjęcia z Panem Prezydentem, Pan Prezydent podszedł do siedzącej na krześle Pani Wandy Półtawskiej od której coś usłyszał i ...poprosił o mikrofon. Pani Wanda też chciała przemówić. Stwierdziła, że należy się Jej to, choćby z racji wieku:
-Dziękuję, ale nie o to chodzi. Jest 3 maja. Pierwszą defiladą, jaką pamiętam, był pułk husarii konnej i Piłsudski na Kasztance, a ja, dziecko byłam wniesiona na trybuny i pokazywali mi to -mówiła. - I żyłam cały czas tą świadomością, że jest 3 Maj, że jest Polska i sens życia. I panu prezydentowi dziękuję za ten dzień, bo wreszcie mam poczucie, że jestem w Polsce, wśród ludzi, którzy rozumieją, co to słowo znaczy. Długo czekaliśmy na to – podkreśliła Półtawska.
Była więźniarka obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck powiedziała, że miała „serię frustracyjnych reakcji, jak z Ravensbruecku wróciła do kolejnej niewoli”. -Dopiero tu, dzięki temu, co teraz jest, mam poczucie, że jednak dożyłam tego, o co chodziło w całym moim życiu-dodała.
Myślę, że każda polska rodzina nosi w sobie tę Polskę i sama sobie może powiedzieć za Panią Wandą „:co znaczy dla mnie i dla nas Polska ?”. Mój ojciec Józef Dramiński urodził się w maleńkiej wsi Jabłonowo nad rzeką Działdówką na zachodzie Imperium Romanowych, gdy Polska jeszcze nie odzyskała Niepodległości. Być może jego matka Anastazja, z domu Lech miała imię po najmłodszej z carskich córek. Był najstarszy, dobrze się uczył. Nie przeznaczono go do pracy na roli, ale miał się kształcić. W niedalekim, oddalonym o 15 km Działdowie, przyznanym Polsce na mocy Traktatu Wersalskiego skrawku Prus (bo tędy biegła linia kolejowa z Warszawy w kierunku morza, a Polska uzyskała do niego dostęp) utworzono Państwowe Seminarium Nauczycielskie. Bo gdy powstała już Niepodległa Polska chodziło o kształcenie tych, którzy będą nieśli współrodakom kaganek oświaty.
Placówka ta, kształcąca pierwszą formację inteligencji mazurskiej zakorzenionej w kulturze polskiej, powstała w kwietniu 1921 roku. Zrzeszenie Ewangelików-Polaków obstawało za tym, by taka placówka powstała w Działdowie, na jedynym skrawku Mazur należącym do Polski bez plebiscytu. Pierwszym dyrektorem był ewangelicki ks. Ewald Lodwich. Ale najdłużej, bo aż do końca w 1936 r. kierował nim Józef Biedrawa, ewangelik z Zaolzia. W latach 1926-1936 Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Działdowie ukończyły 203 osoby. Wśród nich był właśnie Józef Dramiński. Ale polityka II Rzeczypospolitej była taka, że nie skierowano go do pracy na własnych Kresach, na Działdowszczyznę. Dla sanacji liczyły się najbardziej Kresy Wschodnie. Mój ojciec był kierownikiem jednej ze szkół podstawowych na Wołyniu, niedaleko Łucka. Był mocno zaangażowany w pracę polskich organizacji, uczył na tamtych trudnych terenach patriotyzmu. Miał szczęście, gdy został zmobilizowany. 17 września 1939 r. NKWD szukało takich polskich aktywistów jak on. Chodzili i pytali o niego. Z kolei na jego ukochanej Działdowszczyźnie Niemcy mordowali jego kolegów z seminarium, którym los pozwolił pozostać w rodzinnych stronach. Zawsze kiedy jeździliśmy do Jabłonowa pokazywał mi wzgórze w lasku koło Komornik, gdzie rozstrzelano jego seminaryjnych kolegów.
-Los mi sprzyjał-mówił. -Tam leżą moi najbliżsi koledzy. Miejsce likwidacji i śmierci polskich patriotów.
Jako porucznik 17 września 1939 r. zobaczył czołgi, ale z zupełnie innej strony niż się spodziewali. Nadjechały ze wschodu i miały czerwone gwiazdy. On i jego koledzy zostali internowani we Włodzimierzu Wołyńskim. Był tam też generał brygady Mieczysław Smorawiński, dowódca mojego ojca. Bardzo często ojciec wymieniał to nazwisko. Później ojca, jak i jego kolegów, wieziono bydlęcymi wagonami najpierw na wschód. A po kilku miesiącach na zachód. Ponieważ ojciec był najmłodszy na jednym z postojów koledzy wysłali go „po chleb i sachar”. Strażnikowi oddał „czasy” zegarek. Gdy wrócił pociągu nie było. Zwinęło go NKWD i kazało kopać dół przed rozstrzelaniem. Uratowało go chłopskie pochodzenie. Potem był wymieniony na innych jeńców i do końca wojny siedział w niemieckim oflagu.
Po wojnie naturalnym było, że trzymał się partii chłopskiej. Najpierw SL, a potem PSL i ZSL. Z klucza partyjnego został wiceprzewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Olsztynie (dziś ranga wicewojewody), zastępcą niejako Mieczysława Moczara, którego z Łodzi skierowano do Olsztyna. W 1952 r. jako element niepewny musiał opuścić to stanowisko. Zaczął udzielać się społecznie w Towarzystwie Rozwoju Ziem Zachodnich. Pamiętam wiele dyskusji u nas w domu, gdy mówiono „o autochtonach”. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi, ale czułem, że to są pokrzywdzone osoby, którym trzeba pomóc. Ojciec wyciągał z zaścianków, co zdolniejsze warmińskie i mazurskie dziewczyny i chłopaki, dawał finansowe wsparcie, kształcił. Potem byli dyrektorami wielu ważnych instytucji w Olsztynie.
Zajścia marcowe 1968 roku i ich przebieg znałem bardzo dokładnie z „Radia Wolna Europa”. Ojciec słuchał go w każdy wieczór. To samo dotyczyło wejścia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Co to znaczy propaganda i jak potrafi oszukiwać poprzez podawanie nieprawdy, przekonałem się w czasie Grudnia 1970 r. W gazetach lapidarne, krótkie informacje. A w radio słyszałem, iż robotnikom dzieje się niesłychana, narodowa tragedia. To był szok. I do dziś powraca to pytanie: dlaczego władza chce oszukiwać własnych obywateli? Jak łatwo podać nieprawdę, by wszyscy w nią uwierzyli. To był taki ojcowski uniwersytet. Nie musiałem chodzić do szkoły, czy czytać gazet, by wiedzieć, co się naprawdę działo w Polsce.
Ojciec działał w ZBOWiDzie, bo zawsze chciał pomagać innym. Innej organizacji wtedy nie było. Wiem, że dzięki mojemu ojcu nikt nigdy z mojej rodziny bliższej i dalszej nie zapisał się do czerwonej partii. Zbyt dobrze wiedzieliśmy, dzięki takiemu wychowaniu, co to znaczy.
Tato zmarł w grudniu 2000 r. Do końca życia czynnie interesował się polityką. To od niego wiem, że patriotyzm jest trudną próbą. I wcale nie tak łatwo zachować wszystkie narodowe wartości.
Myślę, że byłby szczęśliwy słysząc 3 maja 2016 r. Panią Wandę Półtawską. Bo też wierzył i czekał na Prawdziwą Polskę. Bez żadnego sterowania, przekrętów, czy wołania obcych sił za granicą.
Kardynał Kazimierz Nycz przypomniał w Katedrze 3 maja 2016 r., iż Konstytucja 3 Maja obowiązywała jedynie 14 miesięcy. Została zniesiona przez Targowicę i II rozbiór Polski. Dlatego była tak ważne przekazanie tej tradycji kolejnym pokoleniom.
Jarosław Kaczyński w przeddzień Święta 3 Maja, odpowiadając na pytanie jakiej Polski chcemy powiedział: bezpiecznej, wolnej, równej, sprawiedliwej i solidarnej.
Takie idee przyświecały też mojemu Tacie w czasach, gdy to nie było w ogóle do zrealizowania. Ale jak widać, może to stać się rzeczywistością, tylko trzeba na to czasami bardzo długo czekać.
/-/ Andrzej Dramiński
Wiceprezes Zarządu Warmińsko-Mazurskiego Oddziału
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie
