Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy – jak mówi fejsbukowy fanpage o tej nazwie ale ten akurat zdarzył się we wtorek. Instytut Wolności zaprosił bowiem na debatę o tym, jakiej demokracji potrzebujemy. Okazało się jednak, że w panelu maja zasiąść sami przemądrzy mężowie w liczbie czterech, plus ten piaty, co miałby wszystko poprowadzić do szczęśliwego zakończenia i ewaluacji grantowego, zapewne, projektu.
Nie wiedzieć czemu: )) lud fejsbukowy okropnie się zeźlił i zaczął stawiać pytania o to, dlaczegóż to sami przemądrzy mężowie mają wiedzieć jakiej demokracji nam trzeba. Zeźlenia było tyle, że aż ktoś założył fałszywą stronę Instytutu i zaczął pisać w jego imieniu fejkowe komentarze. Takie na przykład, że nie zaprosiliśmy kobiet, bo statystycznie mają niższe IQ i nie chcemy, jako IW, ryzykować.
Zanim się wyjaśniło który komentarz prawdziwy, a który fałszywy - poszedł po fejsbuku siwy dym. I nawet jak już się okazało, że aż tak źle o inteligencji kobiet Instytut Wolności nie myśli, dyskusja o tym czy każdy, kto sądzi coś tam inaczej niż IW, ma sobie zakładać własny instytut czy też nie; czy parytety to psi obowiązek czy też damy przewrażliwione i chcą za dużo - trwała i trwa.
Czyli: chcąc, czy nie chcąc, trafił Instytut w czuły bardzo punkt.
Czy naprawdę poszło o parytety albo o przewrażliwienie?
Chyba nie tylko. Przypuszczam, że zbitka dwóch słów-ikon: "wolność" i "demokracja" wobec tych pięciu miłych, w sumie, choć czasem i przynudzających panów: )) pokazała nieoczekiwanie BRAK we w spólnotowym myśleniu ugruntowanej, i na równych prawach zakorzenionej, perspektywy innej niż męska. Czasem drobiazg pokazuje więcej niż sto debat i ten akurat pokazał.
No a poza tym: chyba Igor Janke przy okazji tej akurat debaty "zebrał za całokształt". Bo w sumie mało wiarygodne jest występowanie pod sztandarem "Instytut Wolności", kiedy ma się "za uszami" instrumentalne traktowanie i cenzurowanie blogerów w salonie24, który przez kilka lat był Igorowym "flagowym" autorskim przedsięwzięciem. Od pewnego momentu zaś ani wolności ani demokracji już tam nie było. Wiem, bo sama próbowałam wprowadzić do salonu24 jakiś demokratyczny mechanizm, służący porozumiewaniu się blogerów z administracją ale efekt był taki, że wyleciałam stamtąd bez prawa powrotu, z łatką rozrabiary, co szkodzi spółce (boć przecież salon24.pl jest też zwykłą firmą).
To było lata temu. Niedługo potem pomagałam Teresie Bochwic redagować „Raport o wolności słowa” i z bólem, acz uczciwie, umieściłyśmy salonowe cenzurowanie blogerów w nienajlepszym , opisywanym w „Raporcie…” towarzystwie. Ale pokazany tam stan rzeczy wciąż się utrzymuje - admini nadal ukrywają teksty i całe blogi . Ostatnio nie dość prawomyślni okazali sie, Toyach/Krzysztof Osiejuk i Coryllus/Gabriel Maciejewski – obaj znani, popularni. Nie widać ich blogów i kropka, a odwołać się od decyzji adminów można tylko pisząc na Berdyczów: )) Wychodzi więc na to, że princepsowi IW bloger czy tam kobieta jest potrzebna wtedy, kiedy zna swoje miejsce, wyznaczone przez wolnościową i demokratyczną opinię Igora: ))
x
Wracając jednak do wątku podstawowego czyli braku kobiecej perspektywy, nieoczekiwanie pokazanego przez całe to zamieszanie. Czym mogłaby być? Jakie wątki mogłaby odkryć przed przemądrymi meżami, którzy, w naturalny sposób, mogą ich nie zauważać? Dla mnie – i niech mnie siostry feministki nie zjedzą,pls:)) - kobieca perspektywa oznacza, że czasem czytam Platona czekając aż dogotuje się zupa ogórkowa dla wnuczka; że myśląc o sokratesowej cykucie zastanawiam się jak też czuła się wtedy Ksantypa, a czytając młodą szwedzką Katrin Kielos, cieszę się, że przyjęli ją do tego meskiego …dagbladet z jej pytaniami o to, kim była mama Adama Smitcha, która gotowała mu obiady, żeby on mógł pisać o tym, ze nie ma na świecie obiadów za darmo.
Kobieca perspektywa oznacza też dla mnie, że czas jest trochę bardziej kulisty niż liniowy – można więc jednocześnie przemyśliwać nad hipotetycznym ascendentem w horoskopie trójki moich ulubionych autorów z "Teologii Politycznej", zastanawiać się, co przywiodło Sorosa do pomyslu, że imigranci będą brać w bankach kredyty, dzięki czemu przetrwa stara Europa i zachwycać się mocą premier Szydło,objawioną w Parlamencie Europejskim.
Oznacza także – w naturalny sposób inne rozłożenie akcentów i zauważanie tego, co jest bliżej ludzi, niż gruntowna, strukturę-ogarniająca-z lotu-ptaka, myśl przemądrych mężów. Oznacza stawianie pytań typu: czy nasza demokracja potrzebuje aż tylu biurokratycznych procedur, czy naprawdę musi pozwalać na przemoc reklam, czy mogłaby wbudować w system skuteczne zabezpieczenia przed samowolą urzędników czy sędziów?
To tylko tropy, nic więcej.
Kryzys, nawet taki mały, fejsbukowy, to rodzaj daru – przynosi wiedzę inaczej niedostępną. To taka bezpłatna lekcja, którą można odrobić. Bardzo jestem ciekawa jak odrobi ją Instytut Wolnosci, troszczący się o naszą demokrację.
