Co zapamiętam ze starego roku 2015? Jeśli odejmę z krajobrazu wybory i po-wybory, jeśli postaram się nie skupiać na zagrożeniu terroryzmem, a do rangi skandalu narodowego nie urośnie sztuka teatralna z aktorami porno, to znajdę trochę przykładów zapowiadających dobre kierunki. Dobre kierunki zapowiada na przykład to, że oto w niedużym Olsztynie, mieście bez obwodnicy i lotniska a nawet bez specjalnych możliwości na porządne widowiska, nagle odbywają się koncerty takich muzyków jak Nigel Kennedy czy Steve Kindler i organizatorzy ze zdumieniem odkrywają, że oto jest duża publiczność (czyli jest i duża potrzeba!) na również bardziej ambitne działy sztuki muzycznej. Jeśli w kilku miastach Polski wprowadzono zakaz cyrku i szopek bożonarodzeniowych z udziałem żywych zwierząt, to jest nadzieja na to, że ludzie zaczynają rozumieć prawa zwierząt, czyli istot czujących ból jak ludzie. Jeśli uznani w medycynie lekarze potrafią spotkać się poza salą operacyjną i zagrać rocka w grupie Endopower, to daje się dostrzec łamanie schematów w szufladkowaniu ludzi w ograniczającym je podziale na role. Jeśli w rządzie polskim znalazł się Mateusz Morawiecki, człowiek banków , który rezygnuje z zajmowanych stanowisk za duże pieniądze na rzecz misji w rządzie za znacznie mniejsze pieniądze, a misją jest zmienić polską gospodarkę, to jest komu się kłaniać bez rutynowej uprzejmości. Ale jeśli rozrywka jest równana z kulturą według podobnego klucza wyrażonego wielkością widowni i wywiezionych śmieci, to budzi się stos obaw. Zgadzam się, że nawet dionizyjskie orgie należy zaliczyć do kultury (starożytnej), ale wtedy obok kwitła filozofia!
Nasze codzienne życie jest już silnie przemieszane kulturowo, bo zmieniamy kraje zamieszkania, bo podróżujemy ,bo i do nas przybywają ludzie innych kultur. Gdzieś w tym jednak zamiast tworzenia nowej jakości wszystko się gubi lub dla odmiany często miesza niebezpiecznie, wręcz zapalnikowo. Na zamieszaniu wygrywa potwór o imieniu antykultura. Straszy mnie radosnym powrotem na drzewa, bo nachalnie przekazuje mi informacje o łydce celebrytki z drugiego końca Polski, a ogranicza informacje o osiągnięciach naukowca, który mieszka dwie ściany ode mnie.
Na razie wszystko jest zatem jak jedno wielkie pomieszanie. Trudno widzieć, słyszeć, rozumieć, oceniać. Pozostaje mi czuć. A ja czuję, że na podstawie tych prostych i na wstępie podanych przykładów jednak widać, że idzie coś nowego. I że nie wrócimy na drzewa, ani nie będziemy budować schronu, a sławna dziennikarka Monika Olejnik nie zacznie rozmowy od słów „I co pan/pani na to?” . Mam nadzieję.
Elżbieta Mierzyńska
