Maciej Mogielnicki

chirurg-onkolog, żeglarz

w latach 1979 - 1998 lekarz oraz kierownik ambulatorium w Domu Dziennikarza w Warszawie


 

Maciej, syn doktora Stefana Mogielnickiego i Ireny z domu Płoskiej, urodził się 17 czerwca 1947 roku w Warszawie. Ukończył szkołę podstawową nr 15 na Saskiej Kępie, a następnie 53 Męskie Liceum św. Augustyna. Po maturze w 1965 r., pozbawiony możliwości studiowania w Warszawie, został wolontariuszem w szpitalu na Solcu, a następnie podjął studia medyczne w Białymstoku. Dyplom lekarza otrzymał w 1973 roku w Akademii Medycznej w Warszawie. Jeszcze jako student medycyny, nie zważając na własne zdrowie, uczestniczył w ratowaniu ludzi podczas epidemii grypy.


Zawsze pociągało Go to, co najtrudniejsze: chirurgia i onkologia. Specjalizację pierwszego stopnia z chirurgii ogólnej uzyskał w 1978 roku, a drugiego stopnia - z chirurgii onkologicznej w 1983 roku. Przez wiele lat był lekarzem Pogotowia Ratunkowego, służył pomocą chorym na Oddziale Onkologii Szpitala Grochowskiego, kierował przychodnią przy ul. Wałbrzyskiej. Poświęcał się potrzebującym w Hospicjum Onkologicznym przy ul. Pileckiego.


Idąc w ślady ojca - doktora Stefana Mogielnickiego, przez wiele lat leczącego pacjentów ambulatorium Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal - w 1979 roku Maciek podjął pracę w tej placówce. Z czasem przejął jej kierowanie. W 1998 roku, ze względu na stan zdrowia, musiał zrezygnować z tej pracy.


Jedną z pasji Maćka było żeglarstwo, uprawiane od 1962 r. w 165 Warszawskiej Wodnej Drużynie Harcerzy. Przez wiele lat odbywał rejsy po mazurskich jeziorach, a następnie wyruszył na morza zdobywając kolejne stopnie żeglarskie. Jako kapitan prowadził liczne rejsy stażowo-szkoleniowe.


Przed czternastu laty nieuleczalna choroba przykuła Go do łóżka. Nie poddawał się cierpieniu, czerpiąc siłę z głębokiej wiary w Boga. Sam ciężko chory służył radą i pomocą innym. Nie opuszczało Go też poczucie humoru, z którego słynął wśród rodziny i przyjaciół. Wielu zapamięta jego szelmowski uśmiech.


Maciek był nie tylko lekarzem z powołania i odpowiedzialnym kapitanem, ale Człowiekiem o szerokich horyzontach, zainteresowanym najnowszą historią, ciekawym świata. Do ostatnich dni śledził najświeższe osiągnięcia medycyny, nieustannie pogłębiał swą wiedzę.


Zmarł 2 czerwca po długiej i ciężkiej chorobie.


Msza pogrzebowa za duszę Maćka odbędzie się 11 czerwca o godz. 12.30 w kościele pw. Wniebowstąpienia Pańskiego przy ul. KEN 101 w Warszawie. Następnie o godz. 14.30 spotkamy się pod IV Bramą i odprowadzimy Maćka do grobu rodzinnego na Starych Powązkach.

Rodzina

 

*******************************************************************************************

Nie czas jest nam dany, ale chwila. Naszym zadaniem jest czynić z tej chwili czas. Ona to czyniła całym swoim życiem.
28 Maja 2013 odeszła po długiej i ciężkiej chorobie w wieku 68 lat nasza Przyjaciółka Małgorzata Jedynak-Pietkiewicz. Muzykolog, redaktorka, reżyser filmowy, autorka kilkudziesięciu filmów i programów o Fryderyku Chopinie, współtwórczyni Magazynu Muzycznego Camerata.

Była zaangażowana w budowanie Solidarności TVP a w konsekwencji internowana w stanie wojennym w Gołdapi.
Była człowiekiem o niespotykanej szlachetności i prawości. Jej mowa była zawarta w bibilijnym „Tak-tak, Nie-nie”, a czyny w słowach „Bóg, Honor i Ojczyzna”.

Jej siła i bezkompromisowość w dochodzeniu do prawdy była dla wielu podporą . Muzyka była dla Niej nie tylko „mową dźwięków” ale też, jak sama mówiła uwielbieniem.
Byłaś dobrym i prawym człowiekiem, Przyjacielem, żyłaś dla nas i dla innych, kochaliśmy Cię

Twoi Przyjaciele

Ligia Urniaż- Grabowska

Małgorzata Grabowska-Kozera

Marta Kozera

Paweł Kozera

Pożegnamy ją w dniu 5 czerwca o godz. 12.00 w kościele św. Karola Boromeusza w Warszawie.

******************************************************************************************

Adam Klaczyński

2 maja 2013 r. zmarł nagle, w wieku 65 lat, nasz kolega Adam Klaczyński.
Z wykształcenia prawnik, od zawsze dziennikarz, błyskotliwy i z dużym poczuciem humoru. Ogromnie życzliwy ludziom, umiejący cierpliwie słuchać każdego rozmówcy.

Pracował w wielu redakcjach, wszędzie zyskując opinię bardzo zdolnego i rzetelnego dziennikarza.  Miedzy innymi w codziennej prasie lubelskiej, zamojskiej i siedleckiej. W Polskiej Agencji Prasowej, gdzie – jak wspominają koledzy – do dziś nikomu nie udało się pobić jego rekordu w przekazywaniu informacji.  W dwutygodniku „Związkowiec” i tygodniku „Łączność”. Wreszcie, w ostatnim czasie – w magazynie „Eurogospodarka”, w którym publikował świetne reportaże o bezdomności. Jedną z pasji Adama był sport, więc i ten temat chętnie podejmował w swoich artykułach. Sam, z powodzeniem, próbował sił w amatorskich biegach maratońskich.

Adam nie miał łatwego życia. Borykał się z różnymi trudnościami osobistymi,
z którymi nie zawsze dawał sobie radę, a mimo to zachowywał pogodę ducha. Dla wszystkich, którzy go znali i cenili, jego odejście to duża, niepowetowana strata.

 

******************************************************************************************

25 marca 2013 roku zmarła przeżywszy 82 lata

Śp. Regina Szpakowska z d. Kozłowska

Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Dziennikarka, publicystka, kierownik działu społecznego

w redakcji „Chłopskiej Drogi”

 

Urodziła się 13 lipca 1930 roku w Wincentowie, małej wsi w powiecie grójeckim. Wywodziła się z rodziny o tradycjach patriotycznych – była prawnuczką powstańca styczniowego i córką ochotnika wojny polsko-sowieckiej 1919-1920 r. Od dzieciństwa związana z Warszawą.

Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawski, dyplom magisterski uzyskała na Wydziale Historii. Przez całe życie zawodowe związana była z prasa wiejską – pisała o życiu i pracy na roli, problemach młodzieży wiejskiej, kobiet, bliska jej była tematyka spółdzielcza.

Lubiła i umiała słuchać ludzi, zawsze była gotowa wspierać i pomagać innym.

W życiu prywatnym była żoną Zdzisława Szpakowskiego. Działacza katolickiego i człowieka opozycji. Zmarłego w 2006 roku publicysty, kierownika  działu historycznego miesięcznika katolickiego „Więź”.

Pozostawiła jedyną córkę, również dziennikarkę. [M.S.]

                      *************************************************************

Świętej Pamięci Regina Szpakowska, miła, serdeczna i przyjacielska. Z dużym poczuciem humoru. Taką Ją zapamiętamy - Joanna i Mateusz Wyrwichowie

 

*************************************************************

 

 

Żegnamy red. Dominika Sowę

W środę 27.03.2013 r. zmarł nagle po krótkiej, przegranej walce z okrutną chorobą red. Dominik Sowa, wybitny dziennikarz radiowy, wieloletni członek zespołu Radia Gdańsk.

Urodzony w 1949 r. na południu Polski , absolwent slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim a następnie również Studium Dziennikarskiego (1978 r.) tejże uczelni. Uprawianie dziennikarstwa radiowego rozpoczynał w Krakowie, a od 1984 r. kontynuował w Rozgłośni Polskiego Radia w Gdańsku. Wszędobylski reporter, bystry obserwator, rozumiejący a także doceniający lokalność i regionalność Pomorza i Kaszub, niezwykle uzdolniony reportażysta, należący do czołówki dziennikarzy Wybrzeża Gdańskiego i kraju. Laureat licznych nagród dziennikarskich i wyróżnień, których zdobycie było zasługą jego talentu ale i nieprzeciętnej pracowitości, świetnego opanowania warsztatu radiowego.

Swoje doświadczenie zawodowe przekazywał następcom prowadząc zajęcia z reportażu radiowego w Instytucie Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Otwarty na sprawy społeczne, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich od 1975 r., od wielu lat we władzach tej organizacji, jako wiceprezes Oddziału Gdańskiego SDP a w poprzedniej kadencji także członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia. Człowiek solidny i prawy, odpowiedzialnie traktujący obowiązki, których się podejmował. Miał wielu wiernych słuchaczy doskonale identyfikujących jego głos, którzy dla jego audycji systematycznie słuchali Radia Gdańsk. Z upływem lat nabierał zawodowego  doświadczenia ale nie rutyny. Nie tracił reporterskiej ciekawości, fascynacji kolejnymi tematami, ludźmi z którymi przyszło mu rozmawiać. Miał w życiu trzy pasje: Rodzinę, Ojczyznę i Radio, innym sprawom szczędził czasu, który jako radiowiec potrafił specyficznie wyliczać i cenić. Wiecznie zapracowany, odkrywający piękno i bogactwo Pomorza Gdańskiego oraz jego mieszkańców. Takim go zapamiętamy!

 

Pogrążeni w smutku żegnamy naszego Kolegę i Przyjaciela,

             łączymy się w żałobie z Jego Żoną i całą Rodziną.

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Zarząd i Członkowie Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  oraz  Oddział Morski Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej

 

                      

 

  

                                                                 Pożegnanie Erazma Ciołka

   Dzisiaj, w piątek 23 listopada 2012 r., na cmentarzu bródnowskim w Warszawie żegnamy Erazma Ciołka, znakomitego artystę fotografika, obywatela „zarażonego polskością”, człowieka o staromodnych cechach, czyli takiego, który działa pro publico bono, wielkiego patriotę.

    Jesienią 2009 r. Erazm brał udział w spotkaniu w Belwederze przedstawicieli środowisk naukowych, artystycznych i medialnych z  prezydentem  RP,  Lechem Kaczyńskim. I jak zwykle, bo to jego pasja i zawsze to robił, fotografował. Ale też jak zwykle, na zdjęciach go nie ma. Z jednym wyjątkiem. Wręczył aparat żonie, Agacie, z prośbą, żeby to ona zrobiła jedno zdjęcie. Mam to zdjęcie, bo dostałem je od Erazma w prezencie. Tak się złożyło, że to jedyne zdjęcie , jakie mam wspólne z panem prezydentem.  I jedyne wspólne z Erazmem.

 

 

 

Na zdjęciu od lewej: Anna Maziarska, Wiesław Johann, prezydent RP śp. Lech Kaczyński, Bożena Walewska, śp. Erazm Ciołek, Krzysztof Czabański.

 

Tekst: Krzysztof Czabański

 

 

 

 

 

 


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                                                                         Niedzisiejszy jak Wojtek

 

Gdyby chcieć na siłę nadać tej śmierci sens, można by powiedzieć, że przyszła w najtrafniejszym dniu roku symbolicznie wieńcząc Jego pracę, w jakimś stopniu dzieło życia. Można też jednak powiedzieć, że chodzi o symbol innego rodzaju: odszedł wtedy, gdy – jak co roku - przestał być potrzebny. Gdy zrobił swoje i po żmudnych przygotowaniach oraz całodziennej warcie z puszką na szyi poszedł odpocząć.

Gdyby choć trochę dbał o siebie i miał w sobie choć odrobinę najbardziej przydatnej dziś w życiu cechy – chciwości – zrobiłby karierę i majątek. Z jego biografią, listą znajomych nazwisk, nie byłoby to trudne, był we właściwym czasie i miejscu. Z pewnością musiało go boleć, gdy widział jak mniejsi od niego pięli się do góry, a on pozostawał w tym samym miejscu walcząc (często bezskutecznie) o to, co mu należne.

Gdyby jednak Wojtek choć raz posłuchał szeptu chciwości (niektórzy chętnie zamienią to słowo na ambicję, czy życiowy spryt) musiałby poprawić krawat, przybrać marsowy wyraz twarzy, użyć gładkich słów, dobrać taktykę zachowania, schylić się układnie. Nie słyszałem, by kiedyś tak postąpił. Nie umiał „wykreować i sprzedać swojego wizerunku”, był niedzisiejszy.

Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią na przypadkowe pytanie, zadane mi tuż po Wojtka śmierci: „Czym się zajmował jako dziennikarz?”. Gdybym miał wymienić temat, czy tytuł, jakiś wybitny program czy tekst – miałbym kłopot. Ale w przypadku Wojtka nie w tym rzecz, starczy powiedzieć: „był dziennikarzem”. Prawdziwym dziennikarzem, który nie ogranicza się do objaśniania otaczającej rzeczywistości, ale także (przede wszystkim) nie kryje chęci jej poprawy i wynikającego z tego faktu zaangażowania, które nie musi niszczyć obiektywizmu.

Dopiero tu warto dodać, że był też dziennikarzem lokalnym – takim, który widząc uniwersalizm problemów, dostrzega specyfikę tego, co blisko. Kochał zresztą łódzką, naszą specyfikę, wyniósł ją ponad wrocławską, czy poznańską i – co niezwykle rzadkie - był w tym prawdziwy.

Biorąc pod uwagę ten ludzki i dziennikarski wybór, pod jednym mianownikiem nietrudno zobaczyć rozmowy w studio z politykami, rozdział podziemny i cmentarną kwestę.

Pod tym samym mianownikiem mieści się kolejna wyjątkowa cecha Wojtka – otwartość na innych. Była to otwartość oznaczająca więcej niż zawodową ciekawość świata, u Słodka była to chęć pomocy. Piszę to jako jeden z tych, którym bardzo pomógł, ale nie znam ani jednej sytuacji, w której pomocy by odmówił; raczej szukał okazji, by się dzielić. Nie było w tym kalkulacji ani nawet symetrii – sam uważał, że winien liczyć tylko na siebie. W tym sensie Wojtek pozostanie dla mnie Człowiekiem Solidarności - największym, jakiego znałem, mimo, że - choć gadaliśmy sporo – nie wiem nic o szczegółach jego procesu, czy czasach więzienia.

To co robił, robił bezinteresownie; słowa „interes”, „posiadać”, mogłyby dla Wojtka nie istnieć. W tym był niedzisiejszy kosmicznie. Jakże często bezinteresowności tej nie rozumieli ci, których próbował przekonać do swoich pomysłów. Pełne i darmowe zaangażowanie, podniesiony z entuzjazmu głos były dla nich cechami Marsjanina - wietrzyli podstęp, kiwali głowami, szli dalej. Próbował bez końca, choć widać było, że z każdym zawodem bardziej czuje swą „niedzisiejszość”.

W czasie, gdy dane mi było być blisko Słodka, miewałem wrażenie, że walczy z demonami, które nie dają mu spać, z rzeczywistością, która tak bardzo nie chce być lepszą, z tym, że tak mało jej elementów do siebie pasuje. Stąd chyba czasem koloryzował, w rozmowach przedstawiał sytuacje piękniejszymi niż były, a ludzi lepszymi. Także swych dziennikarskich rozmówców zawsze traktował jak partnerów w poważnej dyskusji – nawet jeśli nimi nie byli i o tym doskonale wiedział. Dzięki niemu pojąłem, jak ważną  cechą dziennikarza jest pielęgnowanie w sobie odrobiny naiwności, która pozwala wierzyć, że jest inaczej niż się wydaje, że warto próbować wierzyć ludziom. Bo ta Wojtkowa naiwność, jak głębiej spojrzeć, różni nasz zawód od zawodu policjanta. Wiara taka to jednak ryzyko, Słodek je podejmował i często przegrywał, bo naiwnych i niedzisiejszych najłatwiej oszukać.

Nie zawsze się uśmiechał. Potrafił huknąć, bywał burczący i opryskliwy - jak każdy. Bywał też słaby, jak wielu ludzi wrażliwych, a przez to pełnych bólu i wątpliwości.

Nie trzeba było wymuszać  na Wojtku przyznania racji – wiedział, gdzie popełnił błąd. Zbyt rzadko natomiast przyznawano rację Jemu, któremu chodziło o wszystko - tylko nie o siebie.

Myślę, że uczelnia była dla niego ratunkiem. Angażował się - jak we wszystko co robił – do spodu, lecz tu miał na rzeczywistość wpływ. Studenci traktowali go serio, bo i on tak ich traktował. Siedział po nocach, potrafił być kolegą, przewodnikiem, a tak naprawdę powtarzał: miej zasady, nie jesteś dla siebie, rób wszystko cały. I tam, w sali D-1, naprawdę był słuchany. Tam wiedział, że wychowuje kolejnych „niedzisiejszych”. Myślę, że stąd, gdy się spotykaliśmy na uczelni, czy na dziennikarskim obozie, miał w sobie więcej niepoprawnego optymizmu, także w nieustających dyskusjach nad przyszłością naszego zawodu.

Zdaje mi się, że od bliskich – jak i od siebie - wymagał więcej. Pewnie - wbrew własnym deklaracjom - chciał, by Antek i Jędrek, robili to co on i w tym, co on duchu. Jeśli tak było – osiągnął tu pełny sukces.

Kwesta dała Wojtkowi - choć z pewnością nie było to Jego celem - ten jeden dzień w roku, kiedy był słuchanym powszechnie. Zbyt rzadko. Uśmiechnęli się, pożegnali, cmentarz opustoszał. Został tylko Wojtek.

 

Tomek Patora

 

 


 

                                                             Wspomnienie o Wojtku Słodkowskim

Wojtek, pamiętasz to pole..?

Pamiętasz piosenkę ze Szklar z obozu dla studentów? Twoją ulubioną, Twój manifest przekorny? Dziennikarstwo dla Ciebie było polem, które uprawiałeś przez całe życie i w każdej chwili swojego życia.

Lubiłeś pracę, chyba byłeś pracoholikiem. Dla Ciebie nie było dzwonka kończącego zajęcia, czas się nie liczył. Gdy robiłeś gazetę ze studentami dziennikarstwa, to siedziałeś po nocach, aż skończyli. W Szklarach do 5-6 rano, a czasem w ogóle nie kładłeś się spać. Kochałeś dziennikarstwo, Łemkowszczyznę i zajęcia ze studentami, jak nikt inny. Umiałeś ich ochrzanić i pochwalić, byłeś sprawiedliwym nauczycielem, wychowawcą. Wielu z nich traktowało Cię jak ojca. Wielu z nich jest dziś dziennikarzami, i mówią, że to dzięki Słodkowi.

Pamiętam programy, które razem robiliśmy. A przez 10 lat nazbierało się ich niemało. Programy z politykami, samorządowcami, sportowcami, Łodzianami. Byłeś do nich zawsze świetnie przygotowany. Wszystkich w rozmowie traktowałeś tak samo. Nikogo nie wyróżniałeś, nikogo nie lekceważyłeś. Dla mnie byłeś wzorem profesjonalisty.

Cokolwiek robiłeś, wkładałeś w to całe serce. Całym sobą, czasem wbrew rozsądkowi, angażowałeś się w przedsięwzięcia na pozór nieopłacalne. Byłeś dziennikarzem-społecznikiem jakich już dziś nie ma. Jeszcze dwa dni temu rozmawiałem z Tobą o kweście na Starym Cmentarzu w Łodzi. Narzekałeś na brak czasu, ale byłeś dumny z tego, co udało Ci się zrobić dla cmentarza, dla Łodzi, dla mieszkańców.

Nie wierzę, byś spoczął w spokoju. Myślę, że Twój duch nigdy nie ustanie w działaniu. Takim będziemy Cię pamiętać.

Żegnaj, przyjacielu

 

 

Marek Palczewski

3 listopada 2012

 

 


 

 

                                                                     Wojciech Słodkowski nie żyje

 

Sobota rano. Telefon. Słów „Słodek nie żyje” z początku nie rozumiem. Docierają po minucie, może pięciu. Cholera, przecież rozmawiałem z Nim kilka dni temu. 1 listopada widziałem go w telewizji podczas kwesty na łódzkim Starym Cmentarzu. Zawsze zaangażowany w tę zbiórkę. Nie tylko w kwestę  zresztą. Wszystko co robił to były emocje pełne dziennikarskiej pasji.

            Po chwili kolejny telefon. Prośba : napisz o Słodku wspomnienie. Znowu. To już kolejne w ciągu kilku miesięcy wspomnienie o koledze-dziennikarzu.

Można to zrobić oficjalnie:

Wojciech Słodkowski rocznik 1951. Urodził się w Gdańsku, mieszkał we Wrocławiu, studiował w Poznaniu, ale wybrał Łódź. Mieszkał tu od 32 lat. Dziennikarz, publicysta związany z opozycją niepodległościową. Więzień polityczny reżimu komunistycznego. Po 89 roku pracował w „Dzienniku Łódzkim”, „Gazecie Wyborczej”, „Głosie Porannym”. Od 20 lat był publicystą w łódzkim ośrodku Telewizji Polskiej. Współtwórca kwesty na rzecz ratowania trójwyznaniowego Starego Cmentarza w Łodzi. Przygotowywał program „Łódzkie Forum”. To nie jedyna audycja telewizyjna z udziałem polityków, której był autorem i współautorem. Pasjonowały go zmiany w samorządzie. Zrealizował cykl „Powiatów portret własny”. Lubił też obserwować zmiany w małych gminach. „Magazyn regionalny” był tego przykładem. To oczywiście tylko niektóre jego programy zrealizowane w TVP. Żartował, że nie pozwoli swoim synom pójść w Jego ślady. Obydwaj, Jędrek i Antek są dziennikarzami.

Można też wspomnieć Słodka nieoficjalnie :

Nie było pomiędzy nami tematów tabu. Myślę, że nie obraziłby też się na takie zwierzenia.

Kłótnie z Nim to było przeżycie ekstremalne. Często podczas takich telewizyjnych awantur milkli wszyscy na korytarzu i w pokojach. Kłóciliśmy się czasem tak sobie, „dla sportu”, ale najczęściej o coś. O program, zdanie w tekście, opinię, rozmówcę. Coś z tego wynikało. I chociaż ludzie słabo nas znający truchleli, my po kilku minutach zapominaliśmy o tych burzliwych sporach. Lubiliśmy te kłótnie. Lubiliśmy się po nich lubić. Nawet gdy pokłóciliśmy się  kiedyś naprawdę ostro…

Słodek był uparty, ale dawał się przekonać. Był czasem „nie z tego świata”, ale w niektórych sprawach do przesady racjonalny. Był…Cholera, trudno tak o nim pisać „był”, bo wszędzie go BYŁO pełno.

No to na razie Wojtek.

Hubert Bekrycht

 

3 listopada 2012

 

 


 

                                                               Zmarł Wowo Bielicki

Miał 80 lat. Jeden z ostatnich wspaniałych twórców, artysta o renesansowej wyobraźni i zdolnościach.

Wowo Bielicki to historia polskiej sceny – od słynnego gdańskiego BIM – BOMU, poprzez Operę  Bałtycką, Teatr Wielki w Warszawie, Teatr w Wałbrzych,Telewizję Polską, a ostatnio Radio Internetowe Wnet.

Wowo znał wszystkich i wszyscy go znali. Był człowiekiem powszechnie lubianym i bardzo życzliwy ludziom. Chętnie wciągał do współpracy młodych twórców, artystów i dziennikarzy.

Mówi się o Nim Legenda Telewizji  ma bowiem ogromny dorobek – ponad 900 realizacji telewizyjnych – jako reżyser, scenograf, autor. Ma także w dorobku wiele nagradzanych wystaw muzealnych.

Był członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Związku Autorów i Kompozytorów oraz  członkiem Związku Artystów Scen Polskich – laureatem wielu konkursów, przyjacielem najznakomitszych twórców kultury polskiej.

 

 

                                                                                   Cześć Jego pamięci

                                                                         Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich

             

                                               


 

                                                                  Z wielkim żalem żegnamy  

 

                                                          Redaktora  Janusza Winiarskiego

 

znakomitego dziennikarza, serdecznego Kolegę, Redaktora Naczelnego i Prezesa Radia Lublin, wieloletniego członka i działacza

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przez kilkadziesiąt lat pracował w Zarządzie Lubelskiego Oddziału SDP, również w

warunkach konspiracyjnych w stanie wojennym. W latach 1996 – 2003 był naszym Prezesem. Pozostanie w naszej pamięci

jako Człowiek bezinteresowny, odważny i rzetelny, wzór dla młodszych pokoleń dziennikarzy.

 

Pogrzeb odbędzie się 19.10 o godz. 12 na cmentarzu przy ul. Lipowej.

 

                                                                                                                      Rodzinie i Bliskim

                                                                                                         składamy wyrazy głębokiego współczucia.

                                                                                                                        Koleżanki i koledzy

                                                                                                           ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 


 

Nasz kolega Piotr Bielawski nie żyje.

Piotr Bielawski urodził się 8 września 1951 we Wrocławiu. Jego Ojciec jest znanym profesorem ortopedą. W latach 1969-1973 Piotr studiował filologię polską w Uniwersytecie Wrocławskim a od 1973 do 1977 ekonomię na Wydz. Gospodarki Narodowej Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu.

Po studiach był dziennikarzem radia i telewizji, aktywnie wspierającym Solidarność.

W sierpniu 1980 kolportował ulotki wzywające do poparcia protestu robotników na Wybrzeżu. Po wybuchu strajku we Wrocławiu, od 26 sierpnia 1980 był doradcą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego we Wrocławiu a później też doradcą Komitetów Założycielskich NSZZ „Solidarność”. Od jesieni 1980 sprawował też funkcję doradcy Krajowej Komisji Koordynacyjnej Kolejarzy „S”. Od października 1980 był członkiem redakcji niezależnego pisma „Solidarność Dolnośląska”,  a od 1981r. w Zarządzie Regionu Dolny Śląsk.

13 grudnia 1981r. został internowany w Ośrodku Odosobnienia we Wrocławiu. W wigilię, 24 grudnia 1981r. osadzono go w Grodkowie, następnie od 25 stycznia 1982r. był więziony w Strzelcach Opolskich, od marca 1982 przebywał w Nowym Łupkowie, a od maja 1982 trzymano go w Załężu k. Rzeszowa.

Grupa Internowanych, w której był Piotr Bielawski, powzięła decyzję o zorganizowaniu ucieczki. Rozpoczęli głodówkę, w której uczestniczył też Piotr. Po 21 dniach głodówki został z kolegami przewieziony do szpitala, skąd   

8 lipca 1982r uciekli we trójkę. Piotr opowiadał po latach o stanie emocjonalnym po tak długiej głodówce. Jest pełna euforia, ale z "decyzyjnością" pewne kłopoty. Nie wiedzieli, dokąd się w Rzeszowie udać. Wsiedli do autobusu miejskiego, który zawiózł ich do pobliskiej wioski. Tam bez pieniędzy i dokumentów skierowali się do jedynego miejsca, gdzie mogli być bezpieczni. Poszli do księdza proboszcza szukać ratunku. Gdy usłyszał o co chodzi, przyjął ich chłodno, ale zaprosił na herbatę i grysik. W tym czasie wikary sprawdził, czy rzeczywiście była w Rzeszowie ucieczka. Gdy wszedł do pokoju, w którym ks. proboszcz z wielką rezerwą rozmawiał z gośćmi, kiwnął głową i uśmiechnął się znacząco. Proboszcz uściskał uciekinierów, gosposia ugotowała chudy rosół. Kilka dni przechodzili na plebanii rekonwalescencję. Kupiono im bilet do Krakowa, a ksiądz dał jeszcze pieniądze na ewentualną dalszą podróż. Dostali też potrzebną odzież. W Krakowie zatrzymali się u przyjaciół. Tak Piotr Bielawski i Jan Seń trafili  do rodziny Tarnawskich. Ukrywali się też u małżeństwa Łazarów. Od razu Bielawski związał się z podziemną strukturą w Nowej Hucie. Latem 1982 współorganizował z Marianem Stachniukiem Porozumienie Prasowe „Solidarność Zwycięży” (PP”SZ”). Nawiązał współpracę PP”SZ” z tworzącą się we Wrocławiu „Solidarnością Walczącą”. Był dziennikarzem pism podziemnych. Później z Krakowa wyjechał do Wrocławia i tam, nadal ukrywając się, kontynuował walkę o wolną Polskę. Pisał  między innymi teksty do „Solidarności Dolnośląskiej”. Najbliższymi jego współpracownikami byli Jan Morawiecki i Romuald Lazarowicz. W trójkę redagowali przegląd wiadomości dla sieci redakcji pism „Solidarności Walczącej”. Była to podziemna niezależna agencja prasowa. W 1988 współtworzył a następnie, do 1990 - był szefem „Serwisu Informacyjnego Solidarności Walczącej” (pierwsze podziemne wydawnictwo kolportowane na nośnikach elektronicznych). W 1988 r. przestał się ukrywać.

Na początku lat 1990-tych był między innymi rzecznikiem prasowym KGHM Polska Miedź i Telefonii "Dialog”. W 1994 został absolwentem Polsko-Amerykańskiego Studium Komunikacji Społecznej w Organizacji i Zarządzaniu. Wybitny znawca teorii i praktyki public relations. Jako doktor nauk ekonomicznych od 2000 był adiunktem i kierownikiem Katedry Public Relations w Dolnośląskiej Szkole Wyższej, a także wykładowcą Uczelni Zawodowej Zagłębia Miedziowego. Od 2008r. pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Programowej TVP Wrocław. W chwili śmierci przygotowywał swoją pracę habilitacyjną.  Był członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Zawsze żył na serio. Nie szedł na łatwiznę. Nie godził się na bycie figurantem. Miał z tego powodu wiele problemów. Zwalniano go z pracy, gdyż nie w cenie są ludzie niezależni - mający własne zdanie. Niestety nie udało się przyjaciołom znaleźć pracy dla Piotra Bielawskiego. Okazało się, że w III RP tacy ludzie są niepotrzebni. To był na prawdę twardy facet. Nie dał się komunie, wykończyła go III RP.

Cześć Jego Pamięci!

Jadwiga Chmielowska

 

Pogrzeb Piotra Bielawskiego odbędzie się w sobotę 13 października o godz. 13 na cmentarzu przy ul. Bujwida we Wrocławiu.

 


 

PIOTR  BIELAWSKI  (1951-2012)

 

                        O   Piotrze wspomnienie osobiste

 

            Bielawka, Nuter, doktor Bielawski. Dla grona znajomych i przyjaciół zawsze był tym samym niepokornym, niełatwym i błyskotliwie inteligentnym indywidualistą z ogromnym poczuciem humoru. Ta mieszanina cech nie zawsze ułatwiała mu życie. Swoje poglądy – polityczne czy obyczajowe – zawsze głosił z rodzajem wyniosłości, która wielu mogła drażnić, i najczęściej drażniła. Ale i w tym był zawsze jakiś świadomy, autorski zamysł. Potrafił świetnie mówić i podkreślać logikę swego wywodu. W końcu nieprzypadkowo pełnił przez czas jakiś funkcję rzecznika prasowego KGHM-u i specjalizował się w zagadnieniach komunikacji społecznej i public relations. Na dziennikarstwie uniwersyteckim prowadził zajęcia ze studentami, później pracował w Dolnośląskiej Szkole Wyższej.

            Lata temu, jeszcze na polonistycznych studiach, zakładał razem z Aleksandrem Woźnym eksperymentalny teatr pod oryginalną nazwą „Siódma grupa profesora Steimetza”. Później, niezbyt szybko i terminowo dążąc do zrobienia magisterium, rozpoczął współpracę z wrocławską telewizją. W okresie „Solidarności” wsławił się aktywnym wspieraniem strajku głodowego kolejarzy w okresie ich walki o własne prawa. Walkę tę na terenie wrocławskiej parowozowni rozpoczęli - po nieskutecznych negocjacjach z rządem - delegaci kolejowych okręgów z całej Polski. Pozostał z tego czasu zrealizowany wspólnie z Markiem Tumidajewiczem filmowy dokument. Pracował przy obsłudze dziennikarskiej pierwszego zjazdu „Solidarności”. A potem nastał stan wojenny…

            W noc 13 grudnia o godzinie  3-ciej nad ranem stałem na korytarzu komendy wojewódzkiej milicji pilnowany przez dwóch młodych esbeków. Dwie godziny wcześniej do mojego mieszkania wtargnęła uzbrojona i na wpół umundurowana grupa, która po drobiazgowej rewizji zawiozła mnie na ulicę Łąkową. Jakieś bredzenie szefa konwoju o stanie wojennym i internowaniu niewiele mi mówiło. Cała komenda o tej porze przypominała złowrogi, rozedrgany ul, w którym jak w labiryncie wodzono to tam, to siam, w różnych kierunkach i od drzwi do drzwi przestraszonych aresztantów. I nagle obraz jak z komedii. Oto idzie Nuter… ha, on nie idzie, a kroczy dumnie z uśmiechem na twarzy. Jest ubrany nieco dziwnie: jakaś marynarka czy sweter, nienagannie białe kalesony imitujące niegdysiejsze obcisłe spodnie z łosiowej skóry, na nogach wyglansowane do lustrzanego błysku czarne oficerki, a w prawej dłoni jego słynne futro, owa kreacja kuśnierska,  ponoć z futerek nutrii przefarbowanych na czerń, wlokąca się niczym diaboliczny tren. Obok dwóch czy trzech esbeków jakby w cieniu, jakby pod nim. Pozdrowiliśmy się krótko i spotkaliśmy się ponownie w wigilię, kiedy z Kleczkowskiej przewieziono nas do Grodkowa. Wylądowaliśmy w jednej celi. Bielawka od razu ustalił ze strażnikami, że my śpimy aż się wyśpimy, o żadnej przymusowej pobudce nie może być mowy. Po kilku nocach spędzonych w „tygrysówie”, po wielu konfliktach z komendantem - Nuter został wywieziony do więzienia w Strzelcach Opolskich, a następnie wylądował w bieszczadzkich Uhercach. Pewnego dnia dostał się do szpitala w Rzeszowie, skąd uciekł. Ukrywał się do skutku, podejmując współpracę z Solidarnością Walczącą.

Potem był doktorat, niełatwe życie rodzinne  i praca naukowa sunąca po torze z przeszkodami. I co, to już koniec? Dlaczego?

            Mam wrażenie, Piotrze, że Twoja śmierć to jeszcze jedna złośliwa prowokacja, w których się specjalizowałeś i na którą z bólem dajemy się nabrać. To wszystko jednak pozostaje poza strefą ziemskiego poczucia humoru, którego byłeś mistrzem. Wiem, że ostatnie czasy były dla Ciebie gorzkie, trudne, zaszargane. W ogóle wszystko tu jest gorzkie, natarczywie bolesne, tragiczne. Mam jednak nadzieję, że zamieszkałeś z własnego wyboru w krainie uspokojenia. Żegnaj! Pewnie się jeszcze kiedyś spotkamy… Do zobaczenia…

 

                                                                                                          Piotr Załuski

 

 

          


 

W wieku 96 lat zmarł w Wiesbaden Konrad Gruda - nasz kolega, dziennikarz sportowy i pisarz. Z zamiłowania narciarz.
Był założycielem Narciarskiego Klubu Dziennikarzy „Kaczka“. 

Od 1953 r. pracował w redakcji sportowej Polskiego Radia. Jego cotygodniowy felieton radiowy pt. "Sportu blaski, sportu cienie Konrad Gruda na antenie", emitowany przez kilkanaście lat w ramach audycji "Muzyka i aktualności", zapisał się na trwałe w pamięci miłośników sportu. W 1969 r. opuścił Polskę i osiedlił się w Wiesbaden. 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Dnia 27 maja 2012 roku zmarł, przeżywszy 85 lat, śp. Wiesław Stradomski, literat, dziennikarz, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Zaiks, społecznik, patriota. Nabożeństwo żałobne zostanie odprawione 1 czerwca 2012 roku, o godzinie 10, w kościele św. Karola Boromeusza na Starych Powązkach, po czym nastąpi odprowadzenie urny z prochami do grobu rodzinnego. Dzieci i wnuki.

 

Wiesław Stradomski – dziennikarz, reżyser filmów, literat. Ukończył Wydział Społeczno-Polityczny Akademii Nauk Politycznych w Warszawie, Studium Dziennikarskie Uniwersytetu Warszawskiego oraz Studium Teorii i Historii Filmy PWSTFiTv w Warszawie.

Przebieg pracy zawodowej: 1945 r. - debiut w „Radio i Świat”, 1946 r. - „Czytelnik”, administracja wydawnictw prasowych, w latach1950-1954 - Zakład Produkcji Skryptów, w latach 1954-1958 - edytorstwo w Instytucie Wydawniczym PAX, 1957 - recenzje filmowe w „Słowie Powszechnym”. Współpracował z redakcjami: ”Kinotechnika”, „Film”, „Kultura i Życie”, „Film oświatowy”, „Ekran”. Od 1 kwietnia 1959 współpracował z Telewizją Polską, m.in. jakowspółorganizator Zakładu Produkcji Filmu Telewizyjnego, późniejszego Poltelu. Od 1964 do 1990 prowadził Twórczy Warsztat Filmowy KINESKOP w Warszawie. Od 1973 główny specjalista do spraw doskonalenia zawodowego dziennikarzy telewizyjnych, zwolniony z TVP w 1975 r. W latach 1976-1992 pracował w Zakładzie Historii i Teorii Filmu, Telewizji i Kultury Masowej Instytutu Sztuki PAN. Brał udział w pracach nad 6-tomową „Historią filmu polskiego”.

Najważniejsze osiągnięcia i nagrody: autor książek: „Film a upowszechnianie kultury"; "Film amatorski w Polsce"; "Reportaż telewizyjny"; "O sztuce filmowania"; "Realizacja filmowa" (przekład na język rosyjski i bułgarski); "Historia filmu polskiego (Lata 1930-1939) Tom 2" (współautorzy: Barbara Armatys i Leszek Armatys);  "Od Niewolnicy zmysłów do Czarnych diamentów (Szkice o polskich filmach z lat 1914-1939)" (współautor: Leszek Armatys); "Ostatnia reduta" (wyd. Antyk, 2000); "Boże Pastwisko" (wyd. 2001); "Teoria przemijania" (wyd. Askon, 2005); "Tamte lata" (wyd. Askon, 2004) (współautorstwo); "Wspomnienia niekontrolowane" (wyd. Słowo Obraz Terytoria, 2006) (współautorstwo).

Liczne realizacje filmowe: "Godzina W", "Magnetyzm słów", "Aby człowiek zrozumiał człowieka (o Ludwiku Zamenhofie i języku esperanto)", "Aktorskie pasje", "Staniolowe pałace",  "Pasje ludzi morza", "Macedońscy czyli sztuka patrzenia", "Towarzysze broni", "Julian Żebrowski czyli rysowanie historii".

Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich od 1972 r., od 1980 był członkiem Koła Dziennikarzy Samodzielnych, w 2005 r. założył i prowadził do tej pory jako przewodniczący Klub Publicystyki Kulturalnej SDP.

_____________________________________________________________________________________________________

 

Zmarł Krzysztof Michalski

Krzysztof Michalski zmarł nad ranem 18 maja 2012 roku. Miał 46 lat.

Przez wiele lat był dziennikarzem Polskiego Radia Łódź, jego  kutnowskim korespondentem, a w latach 2006-2010 wiceprezesem Radia Łódź do spraw programowych.

Krzysztof  Michalski, rocznik 1966,  w latach 80 współtworzył struktury młodzieżowych organizacji związanych z opozycją niepodległościową w Kutnie, Płocku, a później w Toruniu. Wielokrotnie zatrzymywany przez milicję i komunistyczną bezpiekę za działalność między innymi w Federacji Młodzieży Walczącej i w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Był członkiem SDP. Autorem wielu reportaży radiowych i audycji publicystycznych.



    Krzysztof był przede wszystkim wrażliwym człowiekiem, dziennikarstwo traktował po prostu  jako misję i służbę innym ludziom. Coraz mniej jest reporterów, którzy w ten właśnie sposób postrzegają pracę w mediach…
   

    Od półtora roku Krzysiek  walczył z ciężką chorobą. Walczył ale nie skarżył się…Nie da się zapomnieć jego pogody ducha i zarażającego optymizmem uśmiechu.
   

    Krzysztof odszedł otoczony miłością żony, córek, rodziców, bliskich, przyjaciół oraz wielu znajomych, po prostu ludzi, którzy Go znali i nigdy nie zapomną…   



Hubert Bekrycht
b. dziennikarz Polskiego Radia Łódź

 


 
 
Zmarła Nina Złakowska
 
Po ciężkiej chorobie, 21 marca 2012 roku, w dniu swoich urodzin zmarła Nina Złakowska. Należała do Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie.
 
„Właśnie tak: Ninka, a nie  Janina Złakowska. Dla wszystkich była Ninką,  Nineczką. Bo wszyscy ją ubili za  ciepło i wysublimowane poczucie humoru, za jej radość wnoszoną w każdy ponury dzień i za to, że każdego potrafiła pocieszyć i rozbawić.
Niewiele spotkałam osób o tak błyskotliwej inteligencji, skrzącej się dowcipem, umiejącej spuentować każdą sytuację odpowiednim cytatem z literatury czy też myślą księdza Tischnera. Ninka wszystkie te książki miała w głowie, a najbardziej ukochane - w sercu.
Nie zgadzam się z tym, że muszę  o Nince pisać w czasie przeszłym. Nie zgadzam  się z tym, że muszę przenieść ją do rozdziału mojego życia pod tytułem „Wspomnienia”. Nie zgadzam się z tym, bo inteligencja Ninki, jej życiowa energia, to ewenement w czasoprzestrzeni, który trwa. To  byłoby niewybaczalne, by rozpłynął się w niebycie.
Ninka  odegrała znaczącą rolę w moim życiu i w życiu olsztyńskich dziennikarzy, a dziesiątki książek, które opracowywała jako korektorka czy recenzowała, dziesiątki artykułów, które napisała, pozostają z nami w czasie teraźniejszym i przyszłym.
No, i jeszcze jedna refleksja: niewiele jest osób, o których nikt i nigdy źle nie mówił, a  taka była Nineczka. W jednym zdaniu trzy czasowniki: w czasie  teraźniejszym i przeszłym. I niech tak będzie. Bo w przypadku Ninki używanie wyłącznie czasu przeszłego jest zbyt bolesne.” Joanna Wańkowska-Sobiesiak

 ________________________________________________________________________________________________________

Jacek Kwieciński nie żyje

Odszedł kolejny mój przyjaciel. Znaliśmy się i przyjaźnili przeszło ćwierć wieku. Poznaliśmy się gdzieś w połowie lat 1980, gdy zaczął współpracować z Liberalno - Demokratyczną Partią "Niepodległość". Czytałam jego teksty w "Kontrze". Znałam jego kolegów. Spotkaliśmy się konspiracyjnie może 3 - 4 razy. Nasze poglądy były bardzo zbliżone. Potem na początku lat 90-tych widywaliśmy się często. Pamiętam gorące dyskusje co zrobić, gdy naród wierząc w okrągły stół popełnia zbiorowe samobójstwo. Do dziś często dzwoniliśmy do siebie. Mam w komórce jego telefon domowy. Nie używał komórki.
Jacek miał być odznaczony przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w grudniu 2009r. Składaliśmy z Piotrem Hlebowiczem wniosek o Krzyż Komandorski Polonia Restituta. Stąd znam szczegóły. Kancelaria chciała go bardziej uhonorować i przeniesiono termin odznaczenia jego i Jerzego Targalskiego na 3 maja 2010r. Potem był 10 kwiecień.
Jacek niestety nie doczekał się kolejnego Prezydenta RP, od którego mógłby przyjąć odznaczenie.

Jacek publikował w Gazecie Polskiej i Nowym Państwie
Żegnaj Jacku!

PS
Jacek Kwieciński publikował ostatnio w "Gazecie Polskiej", "Nowym Państwie".


17 grudnia 2011 r.

Kilka godzin temu zmarł Andrzej Roman, dziennikarz. Jako 17-letni chłopak wstąpił do Armii Krajowej, za co potem był represjonowany. Na Uniwersytecie Warszawskim skończył dwa wydziały – prawa i historii. Przyjaciel Marka Hłaski i Jana Młodożeńca, sprzedawał nawet jego obrazy. Od 1980 r członek „Solidarności”. W stanie wojennym był spikerem radia „Solidarność”. Po 4 czerwca 1989 r kierownik działu w „Gazecie Wyborczej”, potem pracował w „Tygodniku Solidarność”. W latach 1993 – 2000 wykładowca na Wydziale Dziennikarstwa UW. W wywiadach mówił: „…nie będę się wypierał, byłem złotą młodzieżą”, „nigdy nie byłem w żadnej partii”.
Wychował wiele pokoleń dziennikarzy. Był człowiekiem prawym, uczciwym i prawdomównym. Od kilkudziesięciu lat, w jego warszawskim mieszkaniu, w dniu Jego imienin gromadziła się kilkusetosobowa grupa przyjaciół. I w tym właśnie mieszkaniu kilka godzin temu, zaprószył ogień z papierosa. Pożar i... Miał 84 lata.
Był dla mnie zawsze wzorem najszlachetniejszych zachowań.

Andrzej Bober

udostępnione z: www.boberzkonfitura.blog.onet.pl

____________________________________________________________________________________________________

13 stycznia 2012 r.


Zmarł Andrzej Krzysztof Wróblewski, dziennikarz "Polityki",  mój kolega z dawnych lat.


Andrzejowi właściwie przez całe życie zazdrościłem. Gdy ja zaczynałem w „Życiu Gospodarczym ”, on był już w „Polityce”. Gdy ja układałem jakieś ekonomiczne modele, on pisał barwnie o obyczajach, ludzkich postawach, o prawdziwym życiu. Z żoną Agnieszką przemierzali kraj wzdłuż i wszerz, ich wspólnym dziełem są relacje książkowe z tych podróży. Soczyste, pełne drobiazgów wymykających się na ogół dziennikarskim obserwacjom. Był reporterem z krwi i kości. Umiał przyglądać się życiu, wyłuskiwać z niego to, co najciekawsze, Zazdrościłem mu wtedy, gdy z tej „Polityki” odchodził w 1982 nie godząc się popierać- jak jego wielu redakcyjnych kolegów – stanu wojennego. Też go nie poparłem, ale on mógł to zrobić na łamach – „Polityki”, a to wtedy znaczyło bardzo wiele…. Zazdrościłem Mu także swobody publicznych wypowiedzi. Przez lata grupował wokół siebie wielu kolegów po fachu, często różnych życiorysów, i przez tę łatwość w nawiązywaniu kontaktów potrafił ich jakoś jednoczyć do wspólnego działania choćby na forum Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obserwowałem Go dość często w tych gorących nieraz dyskusjach i nie zauważałem, by wykorzystywał swój autentyczny autorytet do forowania własnych racji. Dawał się lubić i był lubiany. Więcej – był we własnym środowisku szanowany, co w tym właśnie środowisku zbyt często się nie zdarza. Szkoda, że Go już nie ma.

Andrzej Bober
udostępnione z: www.boberzkonfitura.blog.onet.pl

_______________________________________________________________________________________________________

Ewa Stocka-Reksza

3 listopada 2011 roku w wieku 90 lat zmarła Red. Mieczysława Ewa Stocka-Reksza - dziennikarka radiowa, publicystka, sprawozdawca parlamentarny, reportażystka. W Polskim Radiu pracowała od 1945 do 1981 roku. W tym czasie w latach 1960 – 1968 była Kierownikiem Redakcji Społecznej. Długoletni członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się 15 listopada 2011 o godz. 13-tej w Domu Pogrzebowym na Powązkach Wojskowych, po czym nastąpi przewiezienie prochów do rodzinnego grobu na Starych Powązkach (IV brama godz. 14.30)

 


26 sierpnia 2011 zmarła w Warszawie w wieku lat 85

KAZIMIERA KIJOWSKA

Była członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Pogrzeb odbędzie się 1 września 2011 w Kościele Środowisk Twórczych przy Placu Teatralnym o godzinie 10:30. Po Mszy Św. nastąpi przejazd autokarem na Cmentarz Cywilny Stare Powązki. Początek uroczystości na cmentarzu ok. godziny 12:00, Pierwsza Brama. 

Kazimiera Kijowska  urodzona w Krakowie 4 marca 1926, zmarła w Warszawie 26 sierpnia 2011. Polska dziennikarka, żołnierz AK, uczestniczka opozycji demokratycznej. Żona Andrzeja Kijowskiego i matka Andrzeja Tadeusza Kijowskiego.

W latach 1960 – 1981 była redaktorką pisma „Gromada Rolnik Polski”. W 1981 r. zaangażowana w strukturach dziennikarskich NSZZ „Solidarność”. Desygnowana na stanowisko zastępcy naczelnego redaktora pisma „Solidarność” Rolników Indywidualnych, które nigdy nie powstało.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl