I znów ożywa temat nieszczęsnych teczek. Oto znany publicysta, Bohdan Urbankowski, w ostatnim numerze dwutygodnika „Gazeta Obywatelska” opisuje swoje z nimi „przygody”. W następnych numerach będzie kontynuować wspomnienia.
Jeśli dobrze zrozumiałem ten pierwszy odcinek, to autor dąży do poznania zasad esbeckich zapisów. Trud to niemały i podejmowany przed Urbankowskim przede wszystkim historiograficznie przez historyków. Chociaż bodaj pierwszy tekst o tym napisał brytyjski publicysta, i historyk, wziąwszy pod lupę dokumentację tajnej policji politycznej STASI w ówczesnej NRD. Jego książka „Teczka, historia osobista”, przetłumaczona na polski przez Michała Rusinka i wydana w 1997 r. tuż przed ustawą o powołaniu Instytutu Pamięci Narodowej, wywołała niemałe zamieszenie wszystkich kręgów społeczeństwa, od fanatycznych przeciwników do gorących zwolenników. Spiritus movens Ustawy o IPN był bodaj Janusz Pałubicki. Lecz dopiero w 1998 r., za rządu AWS, rozpoczęto nowelizację i modyfikacje, trwające właściwie do dzisiaj. W tamtym czasie rzecznikiem Interesu Publicznego był sędzia Bogusław Nizieński, a prezydentem Aleksander Kwaśniewski, któremu nie w smak był cały ten proces. Jednak dzięki ustawie uruchomiono lustrację i od razu zawrzało, przeciwnicy lustracji nie ważyli słów. Właściwie trwa do dziś owa polaryzacja poglądów. Stosunkowo niedawno nasz premier nazwał publicznie naukowców IPN „gończymi”, w niedopowiedzeniu „psami”. Dziwię się, że naukowcy nie oskarżyli Donalda Tusku o obrazę ich godności zawodowej. Ale taka jest dzisiejsza Polska – wszystko drożeje niewspółmiernie do honoru i poczucia wszelkiej dumy.
Może dlatego że honor potaniał, do zażartych dyskusji o teczkach ipeenowskich zaraz po uchwaleniu rzeczonej ustawy włączył się i nasz prezes honorowy. Stefan Bratkowski oczywiście był, i chyba jest nadal, radykalnie przeciwny gromadzeniu oraz ujawnianiu zawartości dokumentów sporządzonych przez UB-SB. Tak się zapamiętywał w sprzeciwie, (zapamiętywanie się to stały przymiot publicystyki, alias umysłowości, prezesa honorowego SDP), że aż spostponował wtedy zasłużonego w obronie moralności publicznej Bogusława Nizieńskiego używając, by rzec nader eufemistycznie, niewyszukanej metafory, że sędzia „zachowuje się, jak u cioci na imieninach”.
Ale pies szczeka, karawana jedzie dalej. Wrzawa po kilku latach ucichła. Za to powstało sporo opracowań o IPN i gromadzonych tam raportach donosicieli oraz oficerów SB, zapisujących i komentujących owe donosy. Okazuje się, że teczki znakomicie służą dociekaniu prawdy. Bibliografia przedmiotu jest już dość obfita, m. in.: A. Friszke, „Tajni współpracownicy UB/SB. Próba typologii przypadków” /w:/ „Naznaczeni i napiętnowani. O wykluczeniu politycznym”, Warszawa 2008; R. Graczyk, „Tropem SB. Jak czytać teczki”, Kraków 2007; „Osobowe źródła informacji – zagadnienia metodologiczno-źródłoznawcze” (red. F. Musiał), Kraków 2008; W. Polak, „Anatomia agenta. Historia tajnego współpracownika SB o pseudonimie »Karol« (1978-1983”, Gdańsk 2005; „W kręgu »teczek«. Z badań nad zasobem i funkcjami archiwum Instytutu Pamięci Narodowej” (red. J. Bednarek i P. Perzyna), Łódź-Toruń 2006.
I chyba najdnioślejsza książka Antoniego Dudka „Instytut. Osobista historia IPN”, z roku 2011, łącząca naukową historiografię z wartką publicystyką. Wyborna lektura i dla owładniętych pasjami politycznymi, i smakoszów języka publicystycznego.
Ostatnio zainteresowanie przedmiotem jakby zmalało. Jeśli moje spostrzeżenie jest słuszne, to jak ten fakt wytłumaczyć? Chyba tylko nieprzychylnym klimatem politycznym. A może jednak i czasem, który oddala nas nieubłaganie, na szczęście, od Polski Ludowej. Dobrze więc, że Bohdan Urbankowski nie pozwala problemowi teczek „zarosnąć błoną podłości”. Na razie, po jednym odcinku, nie podejmuję z nim polemiki, a dorzucam do tematu trzy grosze.
W każdym razie wrogowie teczek twierdzą uporczywie i z nachalną zawziętością, że bezpieka nie pisała prawdy. Owszem, często myliła fakty, ale zawsze drobne, nigdy nie dotyczące istoty rzeczy, czyli donosów i inkryminacji osób śledzonych – wywodzi Urbankowski. Tak, to prawda – zapisy inwigilujących są zazwyczaj niestaranne, bałamutne, nieraz wewnętrznie sprzeczne, a jednak stanowią zgoła bezcenne świadectwo postaw i zachowań ludzkich.
Timothy Garton Ash tłumaczy zjawisko niechęci wielu środowisk społeczno-politycznych do teczek, pisząc: „gdziekolwiek była kiedyś tajna policja (…) ludzie często podnoszą argument, że jej akta są c a ł k o w i c i e niewiarygodne, pełne zniekształceń i zafałszowań”. Nieprawda, SB nigdy nie myliła się w rejestrowaniu swych kolaborantów i ich donosów, nawet jeśli donosili bzdury, lecz zapis owych nonsensów ogólnie był zawsze prawdziwy.
Teczki wzięte razem wyrażają kwintesencję systemu delatorstwa tworzonego przez rządzącą aż 45 lat polską partię marksistowsko-leninowską. W latach 70. ponad jedna trzecia tajnych współpracowników, kolokwialnie zwanych dzisiaj „tewusami”, miała wykształcenie wyższe, a w Polsce Ludowej dyplomami wyższych uczelni szczyciło się ok. 7 proc. Polaków. Łatwo więc obliczyć, ilu inteligentów pracowało dla UB/SB.
W nomenklaturze peerelowskiej – podaję za: A. Dudek, Instytut..., op. cit. – kategorie szpiclów były zróżnicowane, od najczęściej występującego w aktach bezpieki tajnego współpracownika (zapis TW lub tw czy inaczej t.w.), przez kontakt operacyjny (KO albo ko czy k.o.), osobowe źródła informacji (OZI), kontakt służbowy (KS). Ci ostatni należeli do PZPR i oficjalnie nie wolno im było trudnić się szpiclowaniem ze względu na przestrzeganie „godności partii”, chociaż procentowo było ich na usługach SB najwięcej, dlatego z czasem, pod koniec dekady Gierka, esbecy swych informatorów partyjnych dla uproszczenia nazewnictwa nazywali po prostu tajnymi współpracownikami, w zapisie – powtarzam – TW. Gierek, acz umysłowo uformowany na Zachodzie, umiał perfekcyjnie wykorzystywać doświadczenia Ochrany carskiej. Dorze by było, żeby historycy czy doświadczeni publicyści zajęli się sposobami i rozległością inwigilacji esbeków za rządów tego pierwszego to sekretarza KC, który daremnie „budował drugą Polskę”, niczym dzisiejszy Tusk.
W czasach jego panowania liczba szpiclów wszystkich kategorii wzrosła z 18 do 30 tys. Podczas wojny Jaruzelskiego z własnym narodem, wszelako był to już jawny terror z ofiarami śmiertelnymi, było ich ponad sto tysięcy, a więc więcej niż za Bieruta. Esbecy w czasach Gierka werbowali na potęgę, stąd tak dużo naukowców i tzw. literatów ma w IPN swoje teczki denuncjatorów.
Umiejętności, kompetencje i zakres działań rodzimej służby bezpieczeństwa to wszelako bagatela i siermiężność w stosunku do rafinowanych działań enerdowskiej STASI. Timothy Garton Ash podaje, że agenci tej tajnej służby politycznej umieli przechowywać nawet zapachy... Pisze też, że w tym państwie niemieckim „na pięćdziesięciu dorosłych jeden miał bezpośredni związek z tajną policją, hitlerowcy nigdy nie mieli tak dużo”.
Polscy przeciwnicy ujawniania zapisów esbeckich z IPN sami sobie wyrządzają niedźwiedzią przysługę, bo broniąc ich tajemnic rzucają złe światło na siebie, skłaniają do mniemań, że mają tu coś na sumieniu. Każde mataczenie rozbudza takie podejrzenia – to oczywiste. Przykład z innej dziedziny: zachowanie władz Rosji i naszego rządu utwierdzają w przekonaniu, że obie strony maczały palce w katastrofie pod Smoleńskiem. I podobnie niedopuszczanie nas przez Anglików do wszystkich regałów archiwalnych, gdzie mieszczą dokumenty związane ze śmiercią gen. Władysława Sikorskiego, nolens volens rodzi podejrzenie, że i oni nie są tu bez winy. Najprostszym sposobem, wymagającym jednak pewnej niezależności duchowej i odwagi jest zawsze odkrywanie wszystkich kart. Toteż Antoni Dudek konkluduje, odwołując się do przekonań Asha, że „otwarcie teczek jest – paradoksalnie – najlepszym sposobem ich zamknięcia”.
Ale moje pokolenia już chyba nie doczekają tej terapii, wymrą razem z esbekami i donosicielami, którzy zdążą przekazać swemu potomstwu zamiłowanie do judaszostwa, kłamstw i manipulacji w życiu publicznym. Co zresztą już drastycznie poczęło się objawiać na najwyższych szczeblach władzy państwowej w latach 2007 – 2014 i przejawiać w życiu publicznym. Przykład zawsze idzie z góry. Według Pawła Jasienicy w egzystencji społeczeństwa działa tak samo jak w fizyce prawo grawitacji – przykład zawsze idzie z góry na dół, nigdy odwrotnie.
W czytelni IPN musiałem najpierw przeglądać teczki na miejscu, dopiero później je otrzymałem, zrazu ze skreślonymi nazwiskami esbeków i donosicieli, które po jakimś czasie odtajniono w drugiej wersji teczek. Lecz wpisanie nazwisk funkcjonariuszy SB (nie wszystkich, rzecz jasna) nie ma żadnego znaczenia. I tak do nich łatwo bym nie dotarł, a gdyby nawet, to po co? Aby się przekonać, iż to prawda, że dzisiaj, zwłaszcza pod rządami Donalda Tuska i przez pozbawioną polotu męża stanu prezydenturę Bronisława Komorowskiego, dawni ubecy-esbecy lub ich potomstwo mają wysoko płatne posady i żyją na nieporównanie wyższym poziomie materialnym niż ich ofiary? Ależ tak, jestem o tym przekonany; wiem nawet, na jakich stanowiskach i w jakich rejonach gospodarki i kultury można ich spotkać, jakie opanowali szerokie dziedziny życia publicznego niczym pasożyty żywiące się kosztem innych organizmów.
Ciekawi mnie natomiast co innego – ich umysłowość, sposoby inwigilacji, język, jakim zwierzchnicy wydawali polecenia podwładnym, a podwładni wypowiadali swe spostrzeżenia i redagowali meldunki do zwierzchników. Interesujące jest też ich niechlujstwo, jak już wspomniałem wyżej, faktograficzne, ale niezaciemniające prawdy, np. jeden esbek pisze o mnie „Józef”, inni podają prawdziwe imię. Jeden zmienia imię mojego Ojca, inni zapisują je poprawnie. Jeden esbek napisał, że interesuję się literaturą oświecenia, a drugi – prawidłowo – że fascynuje mnie barok etc. I nikt tych drobnych błędów nie prostował, nikt nikogo nie poprawiał, esbecy przechodzili do porządku nad swymi pomyłkami, gdyż nie zmieniały one mojego wizerunku politycznego i dalej snuli swą pajęczynę.
Lecz najważniejsza jest dla mnie pewna tajemniczość ich działań. Znajduję w zebranych dokumentach kilka poleceń wykonania wobec mnie konkretnych operacji opresyjnych, od spowodowania wypadku samochodowego, wskutek którego odebrano by mi prawo jazdy, przez kompromitację w środowisko pracy i wśród znajomych, do postawienia przez sądem pod byle pretekstem itp. Tymczasem przez prawie dwadzieścia siedem lat systematycznego z przerwą bodaj czteroletnią śledzenia moich poczynań publicznych – również prywatnych, niestety – wykonano, i to dopiero pod koniec dyktatury pezetpeerowskiej, w zasadzie jedną dyrektywę, jedno polecenie, jedną „operację”: zamknięto przede mną bramę na Zachód – nie wypuszczono do Włoch, gdzie miałem z biura turystyki zagranicznej jechać na czteromiesięczną tzw. rezydenturę. Reszty nie! Dlaczego? Nie umiem wytłumaczyć.
To niespełnienie postanowień, dyrektyw, poleceń służbowych fascynuje, acz jak przed chwilą rzekłem, wymyka się zrozumieniu tamtego minionego świata politycznego. Mam za swoje, zanim w 2007 r. uzyskałem teczki, usiłowałem przyjaciół megalomańsko olśniewać, że wiem wszystko o represyjności PRL. Nie! Nie ma chyba nikogo, kto mógłby z całą odpowiedzialnością tak twierdzić. Więc niniejsze zapiski o „zapiskach teczkowych” i moje próby ich pojmowania, komentowania niech staną się pobudzeniem do patrzenia na Polskę zniewoloną w latach 1944-1990 jako kraj, w którym dokonywały się irracjonalne wydarzenia, gdzie obok wyrafinowanych nieprzeliczonych zbrodni, kłamstw i oszustw były, i jakie były, luki w pajęczynie represji i opresji, gdzie cyniczne wyrafinowane zło sąsiadowało z groteską, śmieszności, głupotą najpospolitszą...
Jacek Wegner
