Sesja to określenie poważne, budzi respekt.

Któż zaprzeczy, że sesja sejmowa nie wywołuje szacunku. A sesja Organizacji Narodów Zjednoczonych - to już chapeau bas. A ileż każdy z nas „nazdawał się” w sesjach...

Tym razem jednak były same przyjemności: słuchanie gawędy Elżbiety Królikowskiej-Avis, naszej koleżanki znanej z wielu publikacji, a przede wszystkim wzbogacającej nasz portal swymi korespondencjami londyńskimi, i wiersze Bohdana Urbankowskiego, czytane przez samego poetę-pisarza-publicystę, laureata Nagrody SDP za rok ubiegły. A także, skoro sesja wyjazdowa, to logiczne, że wyjechawszy zwiedzało się miejsce, dokąd się przyjechało.

Otóż 4 i 5 czerwca z inspiracji i dzięki usilnym staraniom koleżanki Teresy Kaczorowskiej, przewodniczącej Klubu Publicystki Kulturalnej SDP, pojechały do Kazimierza Dolnego razem trzydzieści cztery osoby; w tym zostało także zaproszonych kilkunastu seniorów z Zespołu Seniorów Dziennikarzy SDP.

Klub Publicystyki Kulturalnej odbywa swe zebrania-sesje w każdą pierwszą środę miesiąca (to było właśnie 4 czerwca), a seniorzy spotykają się w każdy pierwszy czwartek (to był 5 dzień czerwca). A była nadto okazja uczczenia jubileuszu pięćdziesięciolecia Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym.

Wspólny wyjazd przedstawicieli obu twórczych zespołów Stowarzyszenia stał się więc przykładem współpracy naszych klubów; od razu przeto zgłaszam postulat, żeby w przyszłości organizować więcej podobnych wspólnych eskapad, bo w jedności siła twórcza. O ile oczywiście fundator – Zarząd Główny Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich - będzie mógł nadal być tak samo szczodry, czego życzę pro publico bono.

Przyjechaliśmy wczesnym popołudniem i od razu (po obiedzie, rzecz jasna) maraton. Była to przecież najprawdziwsza sesja.

Elżbieta Królikowska-Avis, o iście renesansowych zainteresowaniach i uzdolnieniach, dziennikarka, publicystka znana chociażby, jak wspomniałem, z naszego portalu, jest również od dwudziestu dwu lat tłumaczką. Przełożyła z angielskiego m. in. „Monika Lewinsky: jej historia”; w minionym zaś roku dwa światowe przeboje Andrew Mortona o księżnej Dianie.

Od razu i tematem, i swadą zawładnęła percepcją słuchaczy, tym bardziej że wielu z nas ma podobne doświadczenia z oficynami przy wydawaniu swych książek. Odkrywała warsztatowe tajniki sztuki translatorskiej i omawiając kondycję tłumacza, użyła prowokująco trafnej metafory, że tkwi on w wirówce nonsensów. Wirówki, bo tyloletnia działalność translatorska to życie w ustawicznym zawirowaniu, a nonsensu - ponieważ tłumacz w Polsce znajduje się w znacznie gorszej, prestiżowo i finansowo sytuacji niż jego koledzy z innych krajów.

Wydawnictwa po prostu oszukują. Na przykład „Diana: prawdziwa historia” Andrew Mortona, wydana w 1992 roku, zatrzęsła posadami anachronicznej brytyjskiej monarchii. Tłumaczenie polskie Elżbiety Królikowksiej-Avis miało dwa wydania i bardzo dobrą publicity. Tyle że Nasza Księgarnia nie powiadomiła tłumaczki… o drugim nakładzie. Ona sama to odkryła; oficyna w końcu wypłaciła należne honorarium za wznowienie, lecz tłumaczki nawet nie przeprosiła.

Nasza koleżanka przełożyła również kilka pozycji dla potężnego ongiś wydawnictwa AMBER, m.in. „Wojnę mafii”. Otrzymała małą zaliczkę, po czym kiedy złożyła całą pracę, AMBER ją powiadomił, że reszty przewidzianej umową nie będzie, gdyż książkę źle przetłumaczyła. Na pytanie, co jest tam złego, nie otrzymała odpowiedzi, napisała więc list do dyrektora z groźbą, ze upubliczni ten fakt. Wtedy zaległe pieniądze natychmiast napłynęły na jej konto. Elżbieta Królikowska-Avis nie była oczywiście jedyną ofiarą tego „skoku na kasę” autorów i tłumaczy powierzających swe dzieła tej oficynie.

- Lubię sama wybierać książki do tłumaczenia - spuentowała koleżanka Królikowska-Avis - ani razu nie udało mi się zainteresować nimi wydawnictwa. Ostatnio zaproponowałam m.in. zupełnie nieznane a rewelacyjne opowiadania S. Maughama z Dalekiego Wschodu. Wydawnictwo stwierdziło, że »są to książki elitarne, niszowe, i kto je, pani Elżbieto, prócz pani i paru maniaków literatury będzie czytać?« Z mojego doświadczenia wynika, że nawet najlepsze wydawnictwa kierują się imperatywem komercyjnym. To raz. Sprawa druga – stawki za tłumaczenie arkusza są tak niskie, że istotnie tylko maniak może się dziś w Polsce zajmować szlachetnym zawodem tłumacza, który na Zachodzie oznacza prestiż i pieniądze. Zdarza się, ze wydawnictwa uprawiają gangsterkę, np. przyjmują tłumaczenie, umawiają się na wypłatę honorarium i… znikają. Albo proszą kilku tłumaczy o przetłumaczenie rozdziału – jak przy powieści Roddy Doyle’a „Paddy Clark: Ha, Ha, Ha!” – po czym wydają książkę, nie zapłaciwszy nikomu ani grosza. To są najczęstsze przejawy „nonsensu”. Toteż przyjmuję tłumaczenia z wydawnictw, które znam i tylko takie, które choć nie są moim wyborem, ale – jak w odniesieniu do przebojów Andrew Mortona - opowiadają o jakichś wydarzeniach, które wstrząsnęły światem, tłumaczą pewne zjawiska, wyjaśniają jakieś fenomeny; są wreszcie ciekawe, rozwojowe, także dla mnie. I przynajmniej tego komfortu nie dam sobie odebrać”.

Dialektyka ma żelazne prawa - po tej części, gdzie były ujawniane absurdy, przykre, dolegliwe dla tłumacza, nastąpiła porywająca wzniosłość. Zasłonięto firany, bo zrobiło się już ciemno, zapalono świece.

W niezwykłym nastroju Bohdan Urbanowski recytował swe wiersze. Zastanawiałem się nad, powiedziałbym, nieobliczalną szczodrobliwością losu. Doktor nauk humanistycznych, autor setek artykułów publicystycznych, autor prawie 50 książek literackich i publicystycznych, wzbogacających naszą kulturę o wiedzę niczym niezastąpioną, stypendysta wielu szacownych instytucji, m. in. Instytutu im. Piłsudskiego w Nowym Jorku, laureat wielu nagród międzynarodowych – pisze wiersze. I to od kiedy i jakie! Już w szkole średniej inspirował swych rówieśników, zakładał grupki poetyckie.

W czytanych teraz wierszach słyszeliśmy reminiscencje z lektur najwybitniejszych naszych poetów. I one, pogłębione współczesnym doświadczeniem i refleksją zmuszały nas do zadumy nad naszą dzisiejszą kondycją, do, niejednokrotnie, przewartościowania aksjologii współczesnego życia publicznego i jednostkowego. Ta poezja stanowiła wspaniały akord tej sesji wyjazdowej.

Następny dzień był niejako odpoczynkiem po mocnych doznaniach umysłowych dnia poprzedniego. Ale odpoczynkiem, że tak powiem, w ruchu - zwiedzaliśmy Kazimierz Dolny, założony w XII w. i rozbudowany w stuleciu XIV przez Kazimierza Wielkiego. To miasto niby każdy z nas zna. A jednak oprowadzani przez przewodniczkę, zamówioną i opłaconą przez ZG SDP, zauważaliśmy, czego wcześniej może nie umieliby dojrzeć, przynajmniej tak precyzyjnie. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Małego Rynku, gdzie przed wojną była dzielnica żydowska. Pozostało po niej dzisiaj kilka drewnianych budynków i synagoga zamieniona w muzeum. Z Małego Rynku widać, wśród bujnej zieleni, ruiny zamku z czasów Kazimierza Wielkiego.

Charakterystycznym obiektem kazimierskiego Rynku jest kilkusetletnia studnia, będąca niegdyś ulicznym zdrojem, teraz odremontowana służy jako ozdoba i punkt charakterystyczny miasteczka.

Imponujące są także bogato zdobione, późnorenesansowe dwie piękne kamienice bogatych mieszczan Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów

Będąc w Kazimierzu trudno nie zwiedzić górującego nad miastem wspaniałego zabytku, zbudowanego w stylu renesansu lubelskiego, kościoła farnego pw. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja Apostoła. Niedawno zakończono konserwację fary trwającą aż dwa lata, ale jakże teraz jest piękna.

Po prawie dwugodzinnym zwiedzaniu miasta, wysłuchaniu ciekawych opowieści o jego historii i zabytkach, chętnie odpoczęliśmy przy kawie pod parasolami przy Rynku. Niektórzy z nas zachęceni piękną, słoneczną pogodą popłynęli statkiem po Wiśle, inni zwiedzili galerie i wystawy.

Po obiedzie, ok. godz. 16.00 wsiedliśmy do autokaru, odjechaliśmy do Warszawy kończąc naszą przeuroczą sesję wyjazdową.

Winniśmy więc podziękować z tego miejsca Zarządowi Głównemu naszego Stowarzyszenia i… prosić o następne takie gesty. Wzbogacają naszą wiedzę, kulturę umysłową i dają nam sporo zwykłej, ludzkiej radości.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl