W dniu śmierci Wojciecha Jaruzelskiego, 25 maja, Leszek Miller powiedział w I Programie TVP, że generał Wojciech Jaruzelski był ofiarą terroru stalinowskiego. To była wspaniałe uczczenie pamięci zmarłego. Szkoda że zabrakło dalszych części biografii. Inne media też ich na razie nie podają...

Przodkowie Jaruzelskiego to drobna szlachta z pogranicza Podlasia i Mazowsza, nieraz zapisywała się w naszych dziejach. Na przykład Wacław Jaruzelski, żyjący na przełomie XVII i XVIII w., był powiatowym trybunem szlacheckim. Opowiadał się przeciwko panowaniu Stanisława Leszczyńskiego, a za królem Augustem II, popieranym przez Piotra Pierwszego - tego cara rosyjskiego, który u progu XVIII stulecia pozbawił nas niepodległości.

Rodzina Wojciecha do posesjonatów już nie należała. Ojciec był - jak to jeszcze w latach trzydziestych się mówiło - plenipotentem dóbr. Postanowił, chociaż finansowo mu się nie przelewało - dać córce i synowi wykształcenie na miarę aspiracji swej klasy. Wojciecha zapisał do niedrogiej szkoły prowadzonej przez zakonników Marianów na warszawskich Bielanach. Szkoły, zwłaszcza średnie, prowadzone w II Rzeczypospolitej przez zakony, dawały swym wychowankom rzetelną wiedzę i kształtowały ich postawy w duchu chrześcijańsko-patriotycznym, a przy tym finansowo były dostępne zubożałemu ziemiaństwu i niebogatej inteligencji, które przechowywały wartości duchowe swych przodków.

Wojciech czuł się tu dobrze. Nie przejawiał żadnych młodzieńczych buntów. Był podatny na wpływy edukacyjne księży, którzy pogłębiali w nim wyniesione z domu rodzinnego uczucia religijne i patriotyczne. Wykazywał nawet pewne uzdolnienia pisarskie. W gazetce szkolnej, redagowanej przez uczniów, drukował teksty tchnące głębokim przywiązaniem do tradycyjnych polskich idei. Niekiedy podejmował też, na swój młodzieńczy sposób, problematykę polityczną, wtedy ukazywał Rosję bolszewicką jako siłę wrogą polskości. Przejawiał też żywiołową i żarliwą religijności.

Sowieci, zajmujący po 17 września 1939 r. wschodnie regiony II Rzeczypospolitej, całą rodzinę Jaruzelskich wywieźli w głąb imperium.

W maju 1943 r., kiedy Wojciech miał lat dwadzieścia, zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego, formowanego w ZSRS pod batutą Stalina i Wandy Wasilewskiej. W Riazaniu został elewem szkoły oficerskiej.

W Polsce Ludowej osiągał stopnie wojskowe i stanowiska polityczne. Na ogół był lubiany przez swych najwyższych zwierzchników partyjnych. Jedynie Edward Gierek, pierwszy sekretarz KC PZPR, gdy zwierzał się Januszowi Rolickiemu spisującemu jego konfesje, nie mówił o nim dobrze. Jest to zrozumiałe, przecież z powodu stanu wojennego, któremu przewodził minister obrony z czasów jego panowania, lider partii został internowany, faktycznie uwięziony.

Gierek ujawnia więc silne związki łączące przed stanem wojennym Jaruzelskiego z Kanią. „Przez lata Jaruzelski w Biurze Politycznym najbliżej współpracował z Kanią. A Kania był wobec niego nadzwyczaj pochlebczy”. Dalej wywodzi, że generał „proszony przeze mnie o wypowiedź miał najczęściej uwagi stylistyczne i interpunkcyjne do omawianych materiałów. Prowadził od lat bezwzględną walkę w wojsku ze wszystkimi swoimi potencjalnymi przeciwnikami. Z pomocą Kani wykańczał ich w sposób żelazny, z nieugiętą konsekwencją. W tych kryzysowych miesiącach po dekompozycji Biura zemściła się na mnie jedna moja cecha. Wiara w dobre intencje mych współpracowników”.

Jaruzelski - zwierza się nadto Gierek – „w okresie kryzysowym związał się w sposób zdecydowany z koterią Kani, lecz wtedy jeszcze najprawdopodobniej nie myślał o przywództwie partii. Był on i jest wielkim introwertykiem, zawsze zdumiewały mnie u niego ciągoty do działalności publicznej. Należy do polityków mających ogromne trudności w nawiązywaniu kontaktów z większymi grupami ludzi. Wtedy jeszcze zadowalały generała wielokrotne deklaracje Kani, mające świadczyć o jego wysokich walorach umysłowych. Związek tych dwóch ludzi na zawsze będzie dla mnie zagadką. Byli oni tak różni. Jaruzelski był człowiekiem o ambicjach intelektualnych, podczas gdy Kania, nieuk, nie miał nawet ambicji samokształceniowych. Jaruzelski był zdecydowanym abstynentem, podczas gdy Kania miał ogromne skłonności do nadużywania alkoholu”.

Niemiecki dziennikarz, autor książki „Jaruzelski” (1991) - Manfred E. Berger – napisał m.in., że „Gomułka był swego rodzaju odkrywcą generała, którego tow. Wiesław popierał i formował. Gomułka jako osobowość wywarł na Jaruzelskim głębokie wrażenie”. Zwróćmy uwagę na słowo: formował. Gomułka więc wedle sugestii autora opracowania o życiu i działalności politycznej Jaruzelskiego kształtował postawę przyszłego twórcy stanu wojennego! Berger dodaje, że Jaruzelski zachwyca się postacią Zygmunta Berlinga, któremu także sporo zawdzięcza.

Na dodatek Jaruzelski od początków lat osiemdziesiątych pozostawał w bardzo dobrych, wręcz zażyłych kontaktach z generałem Czesławem Kiszczakiem. Uczynił go najpierw ministrem spraw wewnętrznych, potem, po czerwcu 1989 r., usiłował go nawet zarekomendować na stanowisko premiera. Czym Kiszczak zasłużył się Jaruzelskiemu na takie zaufanie?

W tym samym czasie Jaruzelski wyznaczył Jerzego Urbana na głównego propagandystę swych poczynań politycznych. Czym Urban zaskarbił sobie jego przychylność? Podobnie Jaruzelski w stanie wojennym wyróżniał innego jeszcze dziennikarza - Wiesława Górnickiego, którego wykreował na swego doradcę i pisarza. I tu trzeba więc zapytać: jakie cechy Górnickiego, niewątpliwie inteligentnego pracownika pióra, urzekły Jaruzelskiego?

Wreszcie, przypomnijmy postawę Jaruzelskiego wobec Mieczysława Franciszka Rakowskiego. Zaraz po objęciu premierostwa desygnował go na swego zastępcę, później na premiera, wreszcie przekazał mu pałeczkę - już ostatnią - w sztafecie sterników PZPR. Co sprawiło, że Rakowski cieszył się takim poparciem Jaruzelskiego?

Zestawmy nazwiska ludzi, którym pierwszy-ostatni prezydent Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i pierwszy nowej Rzeczypospolitej cenił i darzył sympatią: Berling, Gomułka, Kania, Kiszczak, Rakowski, Urban, Górnicki. Wszystkie postaci są moralnie co najmniej dwuznaczne. A z wypowiedzi Gierka wynika przecież, że jeśli generał kogoś cenił, to jednocześnie mu ulegał. Ulegać komuś - to znaczy słuchać jego rad, naśladować postępowanie, przybierać podobne postawy etc. etc. A zatem Jaruzelski - ulegał - powtórzmy - Berlingowi, który był powolnym narzędziem Stalina, acz kołatały się w nim przedwojenne wartości patriotyczne. Ulegał Gomułce - fundamentaliście, każącemu strzelać do robotników Wybrzeża. Kani - nieukowi i pijaczkowi, wystraszonemu groźnymi pomrukiwaniami Breżniewa. Kiszczakowi - który jest odpowiedzialny za zbrodnie i wiele draństw popełnionych wobec ludzi przeciwstawiających się dyktaturze partii. Rakowskiemu - karierowiczowi, który nigdy nie cofał się przed żadną, choćby najtańszą demagogią. Urbanowi, którego cynizm z okresu stanu wojennego - jak ktoś powiedział - porównany być może do cynizmu Goebbelsa. Górnickiemu, którego twórczość publicystyczna skażona jest oceanicznie głębokim i cynicznym serwilizmem.

Zdaje się, że pobyt na zesłaniu i to wszystko, czego młody Wojciech doznał od 17 września 1939 do roku 1943, kiedy został żołnierzem armii Berlinga, uczyniły jego osobowość chwiejną, pozbawiły jej twardości, hartu i zdecydowania, napełniły lękiem przed potężnymi ludźmi, potężnym systemem, przed groźnymi siłami historii. Pozbawiły samodzielności. Nowoczesna psychiatria zna siłę urazów doznanych w dzieciństwie i młodości, zwłaszcza w okresie dojrzewania.

A później, już w wojsku, młody oficer ulegał również nieustającemu lękowi przed śmiercią, widział śmierć innych, swych przyjaciół. Sam ją zadawał uczestnicząc w zabijaniu żołnierzy Niepodległości. Od roku 1946 przez dziesięć lat tajnie współpracował z Informacją Wojskową pod pseudonimem „Wolski”, donosił więc na swych przełożonych, kolegów, a może i podwładnych. Wychowany w ziemiańskiej, chrześcijańskiej i patriotycznej tradycji, od czasu pobytu w ZSRS przyswajał sobie obce tej tradycji systemy wartości.

Zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego „Trybuna Ludu” w rubryce pod tytułem „Zastanów się raz jeszcze nad wagą tych słów” drukowała w odcinkach fragmenty przemówienia Jaruzelskiego z 13 grudnia 1981 roku. Niewątpliwym celem tej indoktrynacji miało być rozpowszechnianie kultu wodza. A przecież ten wódz przez to, że prowadził bój z własnym bezbronnym narodem, był wodzem śmiesznym. Czy uświadamiał sobie, jaki wizerunek budowało mu owo drukowanie jego słów z przemówienia proklamującego stan wojenny? Czy chciał, żeby te fragmenty były właśnie systematycznie publikowane, może sam sobie obmyślił tę klakę? Czy miał zdolność spojrzenia na siebie z dystansu? Znam ludzi, którzy z nim współpracowali w MON jeszcze przed stanem wojennym, nie widzieli go nigdy uśmiechniętego. Przeżycia zesłania i dowodzenie armią w czasach inwazji na Czechosłowację, doświadczenie czystek w wojsku z lat 1968-1969 oraz krwawe tłumienia rewolty na Wybrzeżu, za które był odpowiedzialny, odebrały mu, zdaje się, na zawsze pogodę ducha.

W pierwszym po ogłoszeniu stanu wojennego obchodzonym tzw. święcie odrodzenia (22 lipca - rocznica manifestu PKWN) Jaruzelski wdał się w polemikę z. gestem dwóch uniesionych palców, który symbolizuje literę v, od łacińskiego słowa victoria - zwycięstwo - wyrażającego wiarę społeczeństwa w upadek reżymu. „Ten epizod może się wydać groteskowy – napisał Michał Głowiński w „Mowie w stanie oblężenia” - bo rzeczywiście jest groteską fakt, że dyktator mający pełnię władzy, dysponujący nieograniczonymi środkami terroru, wdaje się w krytykę skromnego symbolicznego gestu, który nie ma żadnych konsekwencji praktycznych. W grotesce tej wyraża się jednak cała istota komunistycznego totalizmu, dla którego najmniejszy znak dezaprobaty czy niezadowolenia, ujawniony publicznie, staje się nie do zniesienia”.

Władza hucznie obchodziła 40 rocznicę powstania Polski Ludowej. Kulminacją były 21 lipca po południu uroczystości na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Występowały zespoły dziecięce (dzieci są lajtmotywem każdej totalitarnej błazenady), grupy folklorystyczne i wojskowa orkiestra dęta - głośna, ponieważ w instrumenty dęło...1300 żołnierzy. Mała dziewczynka w ludowym stroju wręczyła Jaruzelskiemu ogromny bukiet kwiatów. Znamy fotografie Hitlera i Stalina z dziećmi na rękach, Bieruta w otoczeniu dzieci i sarenki. Czy Jaruzelski nie wiedział, że takie muszą być nieodparte skojarzenia społeczeństwa? Jeśliby nie wiedział, to znaczy, że niewiele w ogóle rozumiał; jeżeli zaś wiedział, to znaczy, że nic go nie obchodziły społeczne nastroje i odczuwania - konsekwentnie, po trupach - również własnego honoru i powagi - szedł raz wytyczoną drogą zachowania najwyższego stanowiska w państwie.

Na początku października 1982 roku - w jedenastym miesiącu terroru - Sejm przyjął ustawę o związkach zawodowych. Jest to w ścisłym tego słowa znaczeniu ustawa totalitarna; pełno w niej obłudnych frazesów o demokracji, a głównym jej celem było zlikwidowanie i tak nielegalnie działającej „Solidarności”. Jaruzelski mówił do przedstawicieli owych związków zawodowych, które na mocy tamtej ustawy zostały utworzone, że gdyby w jakimś kraju zachodnim przez dwa lata zrobiono tyle samo co u nas, mówiłoby się o cudzie gospodarczym, tymczasem w polskim społeczeństwie krytykuje się nieustannie władzę.

Dlaczego to mówił i jak mógł to powiedzieć? Było to wobec społeczeństwa po prostu nieprzyzwoite. Przecież polska bieda sięgała właśnie zenitu: nie mogliśmy za złotówki kupować w dowolnych ilościach (oprócz chleba, mleka, jajek, jabłek i octu) podstawowych artykułów, w tym i benzyny, gdyż były wydzielane na kartki. Korupcja, oszustwa, kradzieże jeszcze bardziej niż dzisiaj spowiły nasze dusze, wyzwalały z nas atawizmy, budziły poczucie wrogości do bliźniego, który zagrażał nam w kolejce po towar.

Znów tedy zapytajmy: czy Jaruzelski tego nie wiedział? Jeśli nie zdawał sobie sprawy z tej mizerii gospodarczej, to znaczy, że nic nie rozumiał; a jeżeli był jej świadomy, to znaczy, że cynicznie narzucał społeczeństwu i kazał w nią wierzyć pod groźbą więzienia i szykan swą, zupełnie oderwaną od realiów, wizję rzeczywistości. Kim więc był wtedy - cynikiem bez granic czy głupcem? Przecież pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy trwały już rozmowy z opozycją na temat porozumienia, zwanego później układem okrągłego stołu, do zebranych na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR Jaruzelski powiedział: „przed nami nie ma już nic”. Zdawał sobie więc sprawę, że towarzysze zabrnęli w ślepy zaułek, skąd wyjść mogli jedynie do grobu swej politycznej organizacji. Czyżby przeto trzeźwo oceniał rzeczywistość? To dlaczego okłamywał społeczeństwo, że jest mu gospodarczo dobrze i coraz lepiej?

W próbie opisu osobowości Jaruzelskiego wciąż napotykamy na ten nierozwiązywalny dylemat: cynik czy nic nierozumiejący fanatyk? Przekażmy te pytania przyszłym pokoleniom, ponieważ na razie nie umiemy na nie uczciwie odpowiedzieć...

U schyłku swego partyjnego sterowania (w październiku 1988 r.), podczas spotkania pierwszych sekretarzy zakładowych organizacji partyjnych, generał, niczym syn marnotrawny powracający do narodu, wywiódł rzecz niesłychaną, zasługującą na baczne wejrzenie i poważną refleksję. Oto powiedział m.in.: „Przez długie lata byliśmy i teoretycznie, i praktycznie nastawieni na "zbawienie mas", społeczeństwo, klasa robotnicza, rewolucja, wyzwolenie, sprawiedliwość. Natomiast niedostatecznie kładliśmy nacisk, a właściwie zaprzepaściliśmy to, co nazwałem socjalistycznym personalizmem. Chcieliśmy uszczęśliwić całe społeczeństwo, a jednocześnie zapominaliśmy o człowieku, który cierpi, któremu dzieje się krzywda, któremu z takich czy innych powodów jest źle. I tu Kościół ma wielką przewagę”. Skąd wzięły się te zaskakujące wypowiedzi, nawiązujące do systemów filozoficznych z minionego stulecia, na których współczesny Kościół katolicki zbudował swe nowoczesne doktryny etyczno-społeczne? Jakże zaprzeczały systemowi wartości partii wywodzących swą ideologię od WKP(b)? Skąd niespodziewane pochylenie się nad nauką społeczno-moralną Kościoła?

Próbując wytłumaczyć tę woltę Jaruzelskiego, chciałoby się powiedzieć, że papież, z którym przecież Jaruzelski jako faktyczna głowa państwa osobiście, publicznie i oficjalnie spotykał się w kraju dwa razy, wywierał na nim przemożny wpływ. Trudno przypuszczać, ażeby Jaruzelski znał dorobek filozoficzny Mouniera, Theilarda de Chardina, Maritaina, był mu on przecież ideowo i umysłowo obcy, jeśli nie wrogi. Na pewno nigdy nie czytał tych filozofów, a poznawał niejako ich myśli za pośrednictwem przesłania papieskiego. Najpewniej Jaruzelski, kiedy był już pod wpływem niezwykłej osobowości Jana Pawła II, usłyszał zapewne te słowa o katolickim personalizmie, wypowiedziane przez głowę Kościoła i zrobił z nich użytek w patetycznej mowie skierowanej do swoich aparatczyków, zmieniwszy jedynie przydawkę katolicki na socjalistyczny (personalizm), który jest oczywistym nonsensem.

Papieski czerwiec roku 1983 był początkiem końca polskiej partiokracji. Następny pobyt papieża - z czerwca 1987 roku - stanowił już tego kresu przejaw bardzo dobitny. Jaruzelskiemu, gdy publicznie witał papieża, trzęsły się ręce i łydki. Zawodziły też nerwy, na przykład w porcie lotniczym po pożegnalnej rozmowie w cztery oczy z papieżem wyszedł bardzo zdenerwowany... Osoba papieża wyzwalała w nim odrobinę zwykłego człowieczeństwa.

Niech jednak nie zwodzi ten pełen szacunku stosunek Jaruzelskiego do papieża - to nie był zarazem pokłon nad wartościami, które papież reprezentował. Na nic edukacja młodego Wojciecha w szkole księży Marianów. Żadne późniejsze doświadczenia nie zdołały rozpalić w nim ponownie zarzewia dawnej kultury moralnej, którą wyniósł z domu rodzinnego. Dorosły Jaruzelski to nie tylko po prostu ateista, jak przystało na wyznawcę dialektyki marksistowskiej, to przede wszystkim ateista, którego w ogóle irytuje religijność. Pamięć ks. Jerzego Popiełuszki była dlań drażniąca. Przyjmował tym samym jakby punkt widzenia siepaczy, wyznających na rozprawach sądowych, że ks. Popiełuszko był szkodliwy dla Polski Ludowej, a więc z powodu wyższej konieczności: dobra tego państwa, trzeba go było „wyeliminować”.

Jesienią 1988 r. towarzysze na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR rozważali zapowiedź wizyty w Polsce ówczesnej premier Wielkiej Brytanii. Jaruzelski jako szef partii i państwa miał w tej dyskusji najpoważniejszy udział; powiedział m.in.: „ona (M. Thatcher- J. W.) jest twarda i my też ostatecznie możemy być. Jej bardzo zależy na tym, żeby do Polski przyjechać. Tutaj możemy sobie pozwolić na to, żeby w tej sprawie zająć stanowisko. Nie możemy jej zakazać, nie postawimy wartownika, jeśli ona w ramach prywatnej części pobytu pójdzie pod ten pomnik, trudno się mówi, do Popiełuszki leci paskudna baba, przecież anglikanie w ogóle tych papistów nie znoszą, a ona zaczyna wszystko od Popiełuszki. Więc powiedzieć, że dla mnie to jest nie do przyjęcia. Dla mnie to jest z czysto osobistych względów i bym traktował to jako demonstrację niezrozumiałą, zwłaszcza jeszcze w tym kraju, gdzie się wyrzynają ciągle tam i w tej Irlandii zamorzyła głodem kilku w więzieniu i wiele innych rzeczy”.

Po czerwcu 1983 r., po wizycie i dzięki niej papieża w Polsce, wydało się Jaruzelskiemu, że odzyskał swój prestiż polityczny, zapragnął kontaktów z Zachodem. Szybko więc w dniu 22 lipca tego roku, w rocznicę manifestu PKWN, zniósł „zawieszony” od 31 grudnia 1982 r. stan wojenny, powracając do stanu poprzedniego czyli dyktatury samej partii bez wojska. I rozpoczął wojaże po świecie. Najczęściej w celu wyłudzania - jak przed nim czynił to Gierek - kredytów. Nic z tego, czy niewiele, wychodziło. Sam zaś komiwojażer biedy polskiej doznawał osobistych upokorzeń. Wracając z socjalistycznej jeszcze wtedy Algierii, wprosił się do Pałacu Elizejskiego. Prezydent Francji nie mógł odmówić, lecz nader chłodno przyjął nieproszonego gościa. Nie przywitał go na lotnisku, nie wyszedł mu naprzeciw. Służba dyplomatyczna wprowadziła Jaruzelskiego do pomieszczeń Wersalu... bocznym wejściem. Pierwszy sekretarz PZPR chciał też odbyć przejażdżkę po Sekwanie; właściciel stateczku odmówił, gdyż - jak powiedział - nie zwykł był wozić żadnych Pinochelskich (aluzja do Pinocheta, wojskowego dyktatora Chile).

W ogóle ten rok 1983, rok zniesienia „zawieszonego” stanu wojennego, był znamienny. Jaruzelski uderzył w struny pokutne. Mówił na plenum do swych kolegów-towarzyszy i jednocześnie do całego społeczeństwa, że „odbudowa więzi partii z jej klasą, z ludźmi pracy, odzyskanie zaufania to zadania dla nas najważniejsze. Dzień po dniu, krok po kroku musimy likwidować dystans, jaki powstał między partią a częścią świata pracy. Można to osiągnąć tylko w jeden, jedyny sposób: ludzie powinni czuć, że partia jest im życiowo potrzebna, że jest blisko nich, że stanowi najpewniejszą oporę w walce z trudnościami i bolączkami, z marazmem i zastojem, z wszelkimi rodzajami zła, że program, który posiada, że zadania, które wytyczy, mają na celu jedynie dobro narodu”.

Nawet swoiście idealistyczny i naiwny Gomułka nie wymyśliłby takiego zwrotu, że partia może być „życiowo potrzebna”. To sformułowanie wnosi do tego patetycznego przemówienia, zresztą wszystkie były takie, odrobinę humoru.

Czy jednak Jaruzelski o tej „życiowo potrzebnej partii” mówił szczerze, czy po prostu grał swą rolę dobrego opiekuna zmaltretowanych przez siebie i swych towarzyszy rodaków? Niech odpowiedzą przyszłe pokolenia.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl