Uważa się raczej powszechnie, że „Gazeta Wyborcza” jest bardzo dobrym dziennikiem. Jest! Znakomicie redagowana – niebałaganiarska mimo największą objętość wśród gazet codziennych, z przejrzystym podziałem na tematy (arcyaktualne) i formy dziennikarskie. Ma wielu stałych, zgoła fanatycznych czytelników, których nieomal uzależniła, jak Internet uzależnia dzieci i młodzież. Mówiąc na uboczu, może to jedna z niewielu pozytywna funkcja społeczna owych elektronicznych mediów, że odbiera młode pokolenia „Gazecie Wyborczej”, choć wyrabia nawyki niechlujstwa umysłowego i językowego.
Tak to już jest na tam padole, że nie ma dobra bez szczypty zła. Natomiast zło bywa bezkresne, czyste jak najczarniejsze ciemności. Narkotyczność „GW” jest groźna, ponieważ wciąga odbiorcę bezwiednie właśnie w otchłanie ciemności... Kilka razy pisałem na tym miejscu o pewnych moralnie szkodliwych enuncjacjach publicystycznych tego dziennika.
Nieraz się bowiem przekonywałem, że dekonstruuje on pojęcie, funkcje, tradycyjne znaczenie polemiki. Teraz znalazłem jeszcze jeden i to, jeżeli można tak rzec, zwięzły dowód. Oto jak zawsze w każdym numerze na drugiej stronie pomieszczone są komentarzyki. W numerze z 23 maja – trzy. Wszystkie mają swego rodzaju winiety oddzielone od tytułu tekstu jednopunktową bodaj linią. Nawiasem mówiąc, nie najlepszy to zabieg graficzny, wszak każda ekspozycja tematu powinna ściśle, bez wyodrębnień, przylegać do wypowiedzi, stanowić bezwzględną całość, bez linii, gwiazdek, „bombek” etc. Wyróżnienia są, owszem, konieczne zwłaszcza w długich tekstach. To przecież podstawowa wiedza o redagowaniu gazet z elementarza dziennikarskiego Walerego Pisarka. Lecz mniejsza o takie detale.
W każdym razie w rzeczonym numerze drugi komentarzyk od góry otwiera quasi winieta wersalami: „Atak na rzecznika praw obywatelskich”. Pierwsze słowo i następne wyrażenie przyimkowe zaczerwienione. A tytuł pod „winietą” czarny (też wersalikami) „Elbanowscy przerzucili się na gender”, pióra Dominiki Wielowieyskiej. Orzeczenie „przerzucili się” od razu sugeruje, że owi Elbanowscy nie są ulubieńcami „GW”.
Nic osobliwego, każda gazeta ma hołubionych lub nielubianych i czytelników, i autorów. Tylko że wypowiedzi tych drugich na łamach pism o przeciwstawnych profilach ideowych nie bywają nazywane atakiem. Tu zaś jawi się w całej krasie osobowość redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” - każdy pogląd, gdziekolwiek upubliczniony, który poznał Michnik i z którym się nie zgadza, jest atakiem na coś: jakiś temat, zjawisko lub na kogoś.
Rozumiem tę umysłowość, bo dorastałem w okresie stalinowskim, a dziś nie jestem aż tak stary, żeby nie pamiętać „walk o pokój” z „atakami”, imperialistów, szpiegów amerykańskich, księży katolickich na ich usługach, odwetowców, rewizjonistów, zaplutych karłów reakcji podporządkowanych rządowi londyńskiemu. Tak było dawno, ale nic to, Michnik nadal, po staremu, dostrzega „ataki”, acz odmienne, np. przeciwników gender. Stąd każe swym podwładnym nie polemizować z publicystami, politykami czy kimkolwiek bądź, którzy publiczne artykułują przekonania mu obce, a „odpierać ich „ataki”.
Jakoż autorka wymienionego wyżej komentarza pisze, że na łamach dziennika „Rzeczpospolita” Karolina i Tomasz Elbanowscy z Małgorzatą Lusarz, przedstawiciele fundacji Rzecznik Praw Rodziców „zaatakowali wczoraj panią profesor (Irenę Lipowicz - J. W.) za jej stanowisko w sprawie »równościowego przedszkola«. To kolejne uderzenie (…) w rzecznika praw obywatelskich”. Zauważmy: „zaatakowali”, „uderzenie”- to słowa, rzekłbym, „zmilitaryzowane” - z czasów „walki o pokój”. Jak silna była tamta propaganda, że głoszona przez nią ideologia do dziś włada umysłowością i językiem naczelnego „GW” narzucającego te przyzwyczajenia swym podwładnym.
Dla innej gazety, bez poststalinowskich obsesji „ataków”, to co wypowiedzieli na łamach dziennika „Rzeczpospolita” Elbanowscy i Lusarz, jest zwykłym tekstem publicystycznym, skłaniającym, jeśli ktoś nie zgadza z jego opiniami, do polemiki. Ale w „GW” nie uznaje się polemik – widzi się wszędzie są tylko „ataki”. Może dlatego, w konsekwencji, jej stali czytelnicy często agresywnie wyrażają wobec adwersarzy swe przekonania polityczne. Ten sposób „wymiany” spornych myśli spodobał się również wielu politykom, toteż w Sejmie posłowie częściej się „atakują”, niż sprzeczają. Sprzeczności pobudzają rozwój kultury i cywilizacji; odpieranie „ataków” niszczy te wartości i tworzy egzystencję paranoiczną, jak w byłych Sowietach i dzisiejszej Rosji.
Wielowieyska z dezaprobatą konstatuje, że reprezentanci fundacji Rzecznik Praw Rodziców, krytykujący rządowy poradnik (podręcznik) wychowawczy przeznaczony do przedszkoli „zajmują się kwestiami ideologicznymi”, najpierw posyłania sześciolatków do szkoły, a „skoro ta akcja(?) się nie powiodła, to przerzucili się na gender”. A kto z tych m. in. dwu wymienionych zjawisk czyni ideologię? Elbanowscy? Czy politycy rządzący nami z „Gazetą Wyborczą” pod pachą?
Wielowieyska dorzuca jeszcze w nie najpiękniejszej oprawie stylistycznej kilka frazesów i banałów, w rodzaju, że „kobieta powinna móc realnie wybrać swoją rolę”, (co to znaczy?); że autorzy inkryminowanego tekstu „nie rozumieją, iż promowanie równości – np. poprzez pokazywanie, jak zbawienne jest dzielenie się obowiązkami domowymi – wzmacnia rodzinę i więzi ojca z dziećmi”. Ale na końcu przypomina sobie, że przecież wróg czuwa i trzeba publicystyką odpierać „ataki": „bojownicy antygender tym się nie zajmują (dyskusją nad wspominanym podręcznikiem - J. W.), bo ich interesuje tylko walka na noże, a nie dyskusja, jak uchronić dzieci przed szkodliwymi stereotypami związanymi z płcią kulturową”.
Księga Rodzaju: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz (…) stworzył mężczyznę i niewiastę (…) mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”.
Trzeba więc niszczyć dzieło Stworzenia. Upiór komunizmu krąży po świecie, znalazł również przytulisko u swego przyjaciela w „Gazecie Wyborczej”.
Jacek Wegner
