Pierwsza Rzeczpospolita uległa zagładzie dlatego, że jej obywatele – szlachta i magnaci, których dzisiaj nazywamy oligarchami – przedłożyli mamonę nad dobro wspólne dwunarodowego państwa. Jeśli jakimś organizmem państwowym zaczyna rządzić oligarchia, to konstrukcja tego tworu prędzej czy później się wali.

Oczywiste, że zniszczyły nas trzy największe mocarstwa europejskie żyjące z grabieży mniejszych państw, niczym szczupaki pożerające małe rybki. Ale myśmy byli rybą ogromną, a własnym egoizmem antyobywatelskim sprowokowaliśmy te mocarstwa do pozbawienia nas niepodległości. .Ba – niektórzy oligarchowie wręcz sprzedawali za żywą gotówkę Prusom, Rosji i Austrii swą ojczyznę.

Niektórzy! I niewątpliwie byli w mniejszości, acz przeważył ich zgubny wpływ na dzieje Polski i Litwy, które jako jedno państwo, dodajmy: terytorialnie największe w Europie, po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja i powstaniu Tadeusza Kościuszki w jej obronie straciło niepodległość na 123 lata.

Mówimy z dumą, że w Rzeczypospolitej 3 maja 1791 r. uchwalono drugą na świecie, po Stanach Zjednoczonych, a pierwszą w Europie (francuska młodsza o równe cztery miesiące) konstytucję nowoczesną. Właściwie pierwszą w ogóle była szwedzka, uchwalona przez stany generalne w ciągu 20 minut, pod naciskiem Gustawa III 21 sierpnia 1772 r., składała się z zaledwie 57 artykułów – wszystkie wymierzone przeciw oligarchii. Ta konstytucja szwedzka inspirowana przez króla, który nie mógł już dalej znosić bezczelności magnatów, wyraziście jeszcze nie rozgraniczała zakresu kompetencji trzech rodzajów władzy. Nowoczesność ustrojów parlamentarnych mierzy się bowiem od drugiej połowy XVIII w. wprowadzeniem do nich trójpodziału monteskiuszowskiego. Amerykańska, nasza i francuska były już właśnie takie.

To wcale nie przypadek, że staliśmy się prekursorami nowoczesnych systemów ustrojowych. Właściwie pierwszymi zapowiedziami nowoczesnych ustaw zasadniczych były nasza konstytucja „Nihil novi” z 1505 r. oraz Artykuły Henrykowskie z 1573 r., zakreślające granicę podejmowania przez panujących bez porozumienia z obywatelami wszelkich decyzji ich dotyczących.

Nie lękam się zarzutu megalomanii narodowej, gdy teraz otwarcie tudzież z dumą napiszę, że jesteśmy narodem dziedziczącym najdonioślejszą kulturę obywatelską. Oto Claude Backvis, belgijski slawista drugiej połowy minionego stulecia, spostrzega w „Szkicach o kulturze staropolskiej”, że umysłowość „szlachecka wyrosła z nawyków do sejmowania i sejmikowania, a także z życia ziemiańskiego, ciągłego obcowania z naturą, jest silnie przesycona pierwiastkiem politycznym, obywatelskim. Nie lękliwa – pisze dalej uczony – obserwacja jednostki ani kombinacja sprytu, woli czy pożądania bywa chlebem powszednim kultury staropolskiej, ale zamyślenie nad problemami ogólnymi, nad moralnością (praktyczną), nad polityką”. świadczą o tym traktaty, a mówiąc współczesnym językiem, dzieła publicystyczne m.in. Jana Ostroroga, zmarłego w pierwszym roku XVI w., Andrzeja Frycza Modrzewskiego, którego wielotomowe dzieło zostało przetłumaczonego w 1577 r. na polski przez Cypriana Bazylika pod tytułem „O poprawie Rzeczypospolitej księgi czwore”. Stąd dziś każdy Polak wie, że Modrzewski, wyjaśniając pojęcie „republiki”, położył nacisk na trzy wartości, spiął je razem, skorelował, mianowicie: wspólnotę, uczciwość, pożyteczność. Wspólne jest bowiem – wywodzi – to co publiczne, tak że rzeczpospolita wydaje się być „nie czym innym, jeno wspólną wszystkich uczciwością i pożytkiem”.

Wspomniany Klaudiusz Backvis zauważa też pewien ciekawy fenomen – polska kultura jest jego zdaniem dlatego odmienna od zachodniej (bez zbytecznej skromności powiem tu wyraziście: bogatsza), że nasz sejm staropolski był ogniskiem życia politycznego i kulturalnego, wyciskał piętno na naszej umysłowości i duchowości. "Sejm, pisze uczony, i tylko sejm, pełni funkcje katalizatora społecznego, która na Zachodzie przypada »Dworowi i Miastu«, tylko w sejmie w pełni przejawia się rywalizacja talentów (…). Ale kiedy nawet w dyskusjach ideologicznych (…) przeciwieństwa ścierały się nieraz bardzo gwałtownie, a w każdym razie przeciwnicy wyczerpywali wszystkie zasoby sztuki oratorskiej – poczucie wspólnoty dawało znać o sobie”…

A zatem sejm pobudza w wiekach XVI, XVII i XVIII publicystykę o sile i rozmiarach niespotykanych gdzie indziej. Nie sposób w tej krótkiej wypowiedzi choćby wymienić jedynie wszystkich najznamienitszych staropolskich publicystów, od których dzisiaj powinniśmy się uczyć wrażliwości politycznej i żaru patriotycznego, i to obojętnie, czy się z nimi zgadzamy lub nie – m. in. Górnickiego, Skargę, Birkowskiego, Starowolskiego, Opalińskiego, Kochowskiego, Morsztynów, Lubomirskiego, Leszczyńskiego, Konarskiego, Kołłątaja, Staszica, Jezierskiego etc. Upadek myśli politycznej i obniżenie poziomu publicystyki politycznej to skutek, jak pisze Władysław Konopczyński, prywaty, czyli zatracania poczucia wspólnoty obywatelskiej. „Przez lenistwo – pisze historyk – raczej niż przez nieuczciwość tumaniono siebie wspaniałym gestem i pięknym frazesem, gdy na dnie duszy rozrastało się niekontrolowane świadomością obywatelską sobkostwo”. To brzmi niczym diagnoza współczesnego społeczeństwa, a zwłaszcza naszych raczej bezmyślnie wybieranych posłów.

Do uzdrowienia kultury obywatelskiej i unowocześnienia instytucji państwowych przystąpił w latach trzydziestych XVIII w., w mrokach czasów saskich, ksiądz Stanisław Konarski – niezwykły człowiek, wykształcony w uniwersytetach zachodnich, gorący patriota, pedagog, organizator i wybitny publicysta. Po powrocie ze studiów do kraju od razu podjął też, widocznie przerażony tym, co zobaczył, szeroko zakrojoną działalność reformatorską. Trwała ona bez mała lat czterdzieści i została uwieńczona stworzeniem w 1773 roku – tuż po jego śmierci – pierwszego na świecie ministerstwa oświaty, to jest Komisji Edukacji Narodowej. Tak oto, po ponad 220 latach, spełniała się w Rzeczypospolitej wizja Modrzewskiego opieki państwa nad szkolnictwem wszystkich stopni.

Po Konarskim innym sługą Kościoła katolickiego i jednocześnie publicystą wielce zasłużonym dla polskiej kultury i historii był ksiądz Hugo Kołłątaj – osobowość przebogata. Jakże byłby dzisiaj nam potrzebny! Reformował oświatę, skupił wokół siebie grupę radykalnych polityków i pisarzy, nazwał ją od swego nazwiska "Kuźnicą Kołłątajowską". Jej najradykalniejszym przedstawicielem był ksiądz Franciszek Salezy Jezierski, który zaskarbił sobie miano „Wulkanu »Kuźnicy«”, ośmieszając wsteczników piórem ostrym niczym brzytwa – straszył też, że rewolucja francuska przeniesie swe gilotyny z Paryża do Warszawy...

To publicyści przygotowali klimat do zamachu stanu, który przeprowadzili przy ich współudziale politycy uchwalając 3 maja Ustawę Zasadniczą. Sądzili, że uratują Rzeczpospolitą przed unicestwieniem. Nie uratowali, przeciwnie – przyśpieszyli zagładę fizyczną, ponieważ zaborczy sąsiedzi przestraszyli się wskrzeszenia wielkości Rzeczypospolitej i dokonali nowego rozboju. Ale Konstytucji nie dało się już wymazać ze świadomości publicznej, utrwalała ona honor Polaków, który stanowił i nadal będzie stanowić poczucie, jak pisał Modrzewski, wspólnej uczciwości, cokolwiek powie dzisiaj w Sejmie jakiś szachrajski utajony wróg polskości…

Konstytucja Trzeciego Maja 1791 r. zaświadcza, że nie jesteśmy narodem nikczemnym. Twórcy Ustawy Rządowej, tak bowiem wówczas powszechnie nazywano Konstytucję, pisali, że dzięki niej są „wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów” i „cenią drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą – egzystencję (…) niepodległość (…) i wolność wewnętrzną narodu”. Czyli odwrotnie niż my dzisiaj, wolni zewnętrznie musimy znosić dolegliwości wewnętrznego zniewolenia biurokracją, nieuczciwością wielu posłów i ministrów, którzy mają jednocześnie mandaty poselskie.

Właśnie! Konstytucja z 1791 r. wyraźnie oddzielała stanowiska rządowe, urzędnicze, od misji poselskich. W tym wymiarze jest bardziej nowoczesna i racjonalna od obecnej uchwalonej naprędce i nie bez udziału beneficjentów ustroju sprzed 1989 r. w latach dziewięćdziesiątych. Prof. Bogusław Leśnodorski pisze bowiem, że po maju 1791 r. „rząd ustanowiono mieszany, bo, zbliżając się poniekąd do systemu prezydenckiego w Stanach Zjednoczonych Ameryki, króla uczyniono szefem rządu, czyli ściślejszego grona rady ministrów Straży Praw (niebędących posłami – J. W), jak i całej administracji. Ale ministrów zasiadających w gabinecie i kolegialne ministerstwa, komisje wielkie, równocześnie uzależniono od sejmu w postaci odpowiedzialności prawnej konstytucyjnej, za naruszenie prawa, i politycznej, parlamentarnej za kierunek polityki ich i króla”.

To był prawdziwy sejm! Tych funkcji dzisiejszy nie spełnia. Czyż tedy nie trzeba się wstydzić współczesnego parlamentu, który nadając posłom urzędy ministerialne niweczy triadę władzy państw nowoczesnych? Tymczasem nasi przodkowie sprzed ponad dwustu lat zapisali: „Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelska i porządek społeczności w równowadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży i władza sądownicza (kursywa w oryginale- J. W.) w jurysdykcyjach na ten koniec ustanowionych lub ustanowić mających”.

Ustrój naszej dawnej parlamentarnej Pierwszej Rzeczypospolitej monarchicznej szkodliwie wikłało nadawanie przez sejmiki ziem i powiatów instrukcji wybieranym posłom na sejmy walne lub ekstraordynaryjne; instrukcje owe uwzględniły jedynie interesy wyborców. Wiedzieli o tej ułomności twórcy Ustawy Rządowej z maja 1791 r. toteż postanowili: „…posłowie na sejmikach obrani w prawodawstwie i ogólnych narodu potrzebach podług niniejszej Konstytucyi uważani być mają jako reprezentanci całego narodu, (kursywa w oryginale - J. W.) będąc składem ufności powszechnej”. Nie straszyła jeszcze nikogo zmora partyjnictwa, jak ją nazywał Piłsudski, i z jaką nieustannie – niestety, bezskutecznie – walczył.

Dobrze, że nie doczekał III Rzeczypospolitej, w której posłowie nie tylko rządzącego ugrupowania nie poczuwają się do reprezentacji narodu, a wyłącznie dbają o elektorat swych partii, od którego zależą ich apanaże poselskie.

I jak tu mówić o postępie, czyż bowiem nasz współczesny parlamentaryzm w owych dwóch wymiarach: nadawania posłom urzędów ministerialnych i dbałości posłów o dobro partii, a nie całego narodu – nie jest krokiem wstecz naszych dziejów?

A nasi współcześni publicyści? Nie czytałem jeszcze żadnego artykułu, który by drążył owo zjawisko niszczące zasady parlamentaryzmu nowoczesnego, którego my – nie zapominajmy – jesteśmy prekursorami.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl