Redaktor naczelny na pierwszej stronie, zgodnie z dawno utrwalonymi zwyczajami, otwiera numer wstępniakiem ujmującym najważniejsze problemy ostatnich dwóch tygodni, albowiem rzecz dotyczy dwutygodnika „Gazeta Obywatelska” (z 4 – 17 kwietnia br.). Tymczasem wewnątrz numeru, na str. 8, jest drukowany sążnisty artykuł, który radykalnie i całościowo: w opiniach ogólnych i szczegółowych, zaprzecza temu, co pisze na pierwszej stronie autor wstępniaka. Może redagując taki numer redaktor naczelny kokietuje czytelnika swą bezstronnością, tolerancją wobec przeciwstawnych opinii? Ale w takim razie wprowadzałby w błąd odbiorcę; każdy przecież czytelnik oczekuje od „swego” medium (pomijam Internet, bo tam każdy może pisać i redagować wypowiedzi lekceważąc wszelkie zasady) konkretnych informacji i jasnych, logicznych, konsekwentnych opinii bliskich jego pojmowaniu rzeczywistości. Jeszcze inaczej – każde pismo ma własny tzw. profil ideowo-polityczno-graficzny i tym samym własnych czytelników podzielających mniej czy bardziej ściśle tę aksjologię i przyzwyczajonych do jego kształtu, układu, wyglądu. U nas, notabene, ta prawidłowość doprowadzona jest do takiej ostateczności, że dzieli społeczeństwo na kilka antagonistycznych, by nie rzec wręcz wrogich, odłamów.
Wstępniaki odbiorca percypuje więc jako swego rodzaju zapowiedź treści i idei numeru. Jeżeli naczelny pisze na pierwszej stronie, że jest źle, to czytelnik już wie, że publicystyka całej gazety będzie poświęcona temu złu; najwyżej gdzieś, dla równowagi, wydrukowany zostanie tekst polemiczny, lecz z wyraźną wskazówką, że to materiał dyskursywny. Podstawą i mediów, i języka jest konwencja, niepisana rzecz jasna, często nieuświadamiana, ale zawsze odczuwana, choćby intuicyjnie. Oczywiście konwencje można zmieniać, wszelako pod warunkiem, że obie strony – nadawca i odbiorca – o tym wiedzą. Toteż dogłębne zaprzeczenie wewnątrz numeru bez zapowiedzi, że ono nastąpi, głównych tez wstępniaka – wyda się odbiorcy absurdem albo nadużyciem jego zaufania. Może tracić szacunek do pisma. Powtórzy się to w kilku numerach i przestaje je kupować – to jedna z wielu przyczyn upadku pism…
Otóż Kornel Morawiecki, redaktor naczelny owej wymienionej „Gazety Obywatelskiej”, wielce zasłużony w minionych i obecnych bojach politycznych o zewnętrznie wolną dzisiejszą Polskę, prominent Solidarności Walczącej, która wydaje to pismo, pozwolił sobie właśnie na złamanie konwencji. Główne poglądy jego krótkiego wstępniaka o brzydkim tytule, niezachęcającym do czytania: „O ład”, są na stronie 8, jak już powiedziałem, doszczętnie zniszczone – i to w logicznym, obszernym wywodzie eseistycznym.
Morawiecki stwierdza ni mniej ni więcej, że rosyjskie (raczej rosyjsko-sowieckie) imperium 22 lata temu „samo, bez wystrzału, zrzekło się zwierzchnictwa nad olbrzymim obszarem”. Co jest oczywiście wierutnym fałszem. Pisząc tak ahistorycznie Morawiecki naraża na szwank autorytet własny i periodyku, a w rezultacie i prestiż Solidarności Walczącej.
Związek Sowiecki rozpadł się bowiem wskutek nędzy w samej Rosji i krajach ujarzmionych; w następstwie bezprzykładnej w dziejach powszechnych demoralizacji własnych społeczeństw (pijaństwo, kłamstwo, korupcja, strach powszechny); w konsekwencji działań dwóch gigantów XX w. – Jana Pawła II i prezydenta Reagana; dzięki permanentnej, prawie dziesięcioletniej i dziesięciomilionowej kontestacji Solidarności, w tym i Solidarności Walczącej, która, jak się rzekło, wydaje Morawieckiemu pismo. Lekceważąc wpływ czynów patriotycznych zbuntowanego społeczeństwa polskiego na rozkład imperium rosyjsko-sowieckiego, Morawiecki uwłacza pamięci męczenników niepodległości z czasów PRL i deprecjonuje samego siebie...
Co więcej – ów wstępniak kończy dwuzdaniowym, wytłuszczonym akapitem: „W przyszłości, da Bóg, bogata Ukraina razem z nami stanie się zwornikiem euroazjatyckiego kontynentu”. No to miałaby się – nie daj Bóg - spełnić wieszczba z „1984” Orwella… A jej bohaterem pozytywnym stałby się Kornel Morawiecki. Pozytywnym w tym sensie, że budowałby „zworniki” nowego ładu euroazjatyckiego, w którym Ukraina, Polska i Rosja w bratnim ucisku miłości trzymałyby własne i obce narody.
Całą stronę ósmą tego wielkoformatowego pisma zajmuje zaś artykuł Rafała Łapińskiego pod tytułem „Faszyści z Kremla”. Akcja równa się reakcji – skoro Putin faszystami, terrorystami, nacjonalistami, antysemitami nazywa Ukraińców walczących o suwerenną przynależność do kultury i cywilizacji zachodniej, to każdy ma prawo identycznie bezzasadnymi epitetami określać swych przeciwników politycznych. Tytuł wypowiedzi Łapińskiego nie jest jednak gołosłowny, chociaż naturalnie stanowi przytyk do dzisiejszych pojedynków rywali politycznych na inwektywy, które tutaj, w Rosji wobec Ukrainy, oprócz oręża i przemocy są jakby repliką zmagań barbarzyńskiego Goliata z subtelnym Dawidem. Słusznie Łapiński pisze, że „system faszystowski tworzony jest konsekwentnie właśnie w Rosji przez samego Putina”, albowiem prezydent Rosji „buduje kult imperium i rozpętuje narodową histerię, którą trudno utrzymać w ryzach (…) Przypomina to budowanie narodowej megalomanii przez Adolfa Hitlera”.
W lidzie autor z podziwu godną odwagą apoteozuje… rusofobię: „Po raz kolejny (…) świat przekonuje się o tym, że rusofobia jest jedynym racjonalnym, wynikającym z doświadczeń odniesieniem do tego państwa. Właśnie rusofobia nie pozwala przykładać europejskiej miary do bizantyjskiego tworu i ulegać złudzeniom”. A dalej niczym w intermediach ze średniowiecznych fars nieco rozładowuje napięcia dziejącej się blisko nas tragedii: „zabawnie jest obserwować obecnie miny niedawnych przyjaciół Rosji – od Tuska, przez przywódców Unii, po Obamę. Jakże nieporadnie poruszają się na nieznanym sobie terenie, jak z zaskoczeniem odkrywają rzeczy oczywiste...”. Łapiński pisze też nie bez uroku retorycznego (pozornego), że „Rosja stanowi ślepy zaułek historii” I zaraz dodaje: „To państwo nie radziło sobie na własnym terenie, aspiruje do pouczania i zbawienia wszystkich innych…”.
Zestawmy teraz te myśli z cytowanym powyżej postulatem-modlitwą wstępniaka Morawieckiego, iżby Bóg dał, by Ukraina z nami (i w domyśle z Rosją) stała się zaczynem euroazjatyckiego kontynentu – a odkryjemy absurdalność zredagowanego numeru. I oczywiście, lecz o to mniejsza, aberrację polityczną autora „O ład”. Nie wiem, dlaczego Łapiński, autor tego wnikliwego eseju, napisanego pięknym językiem przypominającym Stanisława Cata Mackiewiczem, nie podejmuje expressis verbis polemiki ze swym naczelnym.
Szkoda tej gazety, kultywującej tradycję Solidarności Walczącej. Szkoda wybornych piór znakomitych publicystów – Jerzego Jachowicza, Rafała Łapińskiego, Bohdana Urbankowskiego użyczających swego autorytetu pismu o takim rozchwianym profilu ideowo-politycznym i tak nielogicznie redagowanym. Na dodatek kojarzącym się w przedostatnim słowie wstępniaka z książką Orwella, ale nie jako ostrzeżeniem przed tym, co może czekać ludzkość, a jakby zachętą, że trzeba tę groźbę jak najrychlej urzeczywistnić...
Czyżby Kornel Morawiecki pogubił się w zawiłościach współczesnej historii? Nie podejrzewam bowiem, że z rozmysłem chce stać się spiritus movens świata z „1984”.
Jacek Wegner
