Czy Ukraina ma jeszcze szansę na integrację z Unią Europejską? Dziennikarze z Wołynia i z Lwowa uważają, że tak, chociaż dzisiaj każdy dzień niesie niepewność jutra. Chociaż tutaj każdy człowiek zastanawia się czy rano, kiedy się obudzi, będzie już obywatelem Federacji Rosyjskiej czy jeszcze kraju, który wybrał drogę europejskich wartości.

Konferencja zorganizowana 25 lutego, w warszawskiej siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, miała się odbyć pierwotnie na przełomie listopada i grudnia ubiegłego roku. Udział w niej zapowiadał m.in. Stepan Kurpil, poseł z partii Batkiwszczyna, przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Integracji z UE. Od początku grudnia wypadki potoczyły się błyskawicznie. Majdan, opór społeczny, ataki Berkutu, mordowanie, torturowanie opozycjonistów przez nieznanych sprawców, zrywane zawieszenia broni, wizyty dyplomatów europejskich i oczekiwanie na bardziej wyraziste reakcje Unii w kontekście wydarzeń w Kijowie i innych miastach Ukrainy – to wypełniało czas opozycyjnych parlamentarzystów, którzy nie chcieli opuszczać swojego narodu w trudnych chwilach.

Kiedy już wydawało się, że pokojowe rozwiązanie problemu na Ukrainie jest blisko, ustalono termin konferencji w Warszawie. Kolejny rozejm między stronami został przerwany. Tym razem cały świat z przerażeniem patrzył na kijowski Majdan, gdzie snajperzy urządzili, bezprecedensowe w tej części świata, polowanie na ludzi.

Pomimo przeżytej tragedii i niepewności jutra, w Warszawie pojawili się dziennikarze ukraińscy, by opowiedzieć światu o prawdziwym dniu dzisiejszym ich kraju i niepewności jutra.

- Nie wiem jak odpowiadać, kiedy pada pytanie w jakim kierunku zmierza Ukraina – mówi Vołodymyr Pavliv, znany publicysta, na co dzień wykładowca na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie – Pozornie wszystko zmierza do normalizacji. Konstytuuje się rząd tymczasowy, trwają przygotowania do wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Wszystko z pozoru wydaje się zmierzać do zakończenia z happy endem. Ale tak nie jest. Zaprzecza temu widok na ulicach młodych ludzi z bronią w ręku, gotowych do walki. Zaprzecza temu polityka Rosji i wydarzenia na Krymie i wschodnich obwodach.

Zdaniem Pavliva przyszłość Ukrainy może być jeszcze gorsza, od dzisiejszej rzeczywistości.

– Zazwyczaj jestem pesymistą, bo często pozwala mi to na pozytywne rozczarowania – kwaśno żartuje Pavliv. – Ukraina tak jak kraje, które dzisiaj oferują jej pomoc, skupia się na dniu dzisiejszym. Na gaszeniu pożaru. Nikt nie zastanawia się nad przyszłością. Jak Ukraina będzie funkcjonować w najbliższych tygodniach, miesiącach i latach. To kraj, który stoczył się na skraj bankructwa. Kraj toczony przez lata przez korupcję. Jak uratować gospodarkę, a dzięki niej niezależność? Na te pytania dzisiaj nikt nie potrafi odpowiedzieć.

Kiedy skończy się, zły, krwawy sen Ukrainy

- Inaczej wygląda rzeczywistość kreowana przez media za granicą, nieco inaczej widziana okiem dziennikarza tutaj na miejscu – mówi Serhiy Shturkhectskyy, zmuszony do opuszczenia kraju dziennikarz, wykładowca uniwersytecki, członek Niezależnego Związku Dziennikarzy Ukrainy. – My znamy z autopsji realia, zależności i konteksty spraw, o których piszemy i mówimy. Stąd nasz ogląd sytuacji często bywa nieco inny od punktu widzenia naszych kolegów z Zachodu. Bardziej emocjonalny, mniej syntetyczny. Rewolucja wzbudziła w nas znowu nadzieję na dziennikarstwo niezależne, rzetelne, porzucające poprawność polityczną. Jesteśmy wdzięczni wszystkim tym, którzy nas wspierają moralnie. Podtrzymują w nas nadzieję na lepsze jutro, lepszy świat, o którym marzy od dawna Ukraina. Chcemy mieć szansę na swobodne działanie, współpracę z wybranymi przez nas ludźmi, mediami, krajami. Staramy się już teraz myśleć o przyszłości, kiedy skończy się ten zły, krwawy sen Ukrainy. Marzę o tym, aby w gazetach ukraińskich pierwsze strony zajmowały tematy polskie, tak jak dzisiaj Wy poświęcacie czołówki Ukrainie. Pragnieniem większości dziennikarzy na Ukrainie są naprawdę wolne, niezależne media.

- Właściwie trudno mówić o tym, że wolność słowa na Ukrainie była oficjalnie zabroniona – włącza się do dyskusji Oleksandr Zhoraniec, redaktor naczelny gazety Wołyń Nowa, w której większość udziałów posiada wołyńska administracja obwodowa. – Mogliśmy pisać o wielu aspektach życia, chociaż oczywiście były też tematy tabu. Czasem też dawano nam do zrozumienia, że jeśli nie opublikujemy materiału zgodnego z oczekiwaniami władzy, to albo stracimy lokal redakcji, albo pracę lub wynagrodzenie. Na szczęście u nas nie dochodziło do tak drastycznych sytuacji jak pamiętna sprawa Gongadze, czy oglądany niedawno przez cały świat atak na niezależną dziennikarkę Tatianę Czornowił w Kijowie.

- Media odegrają ogromną rolę w procesie demokratyzacji życia na Ukrainie – taką nadzieję ma Oleksandr Zhoraniec – aby jednak do tego doszło media muszą odzyskać pełną autonomię i niezależność od instytucji i politycznych i niezdrowych oczekiwań właścicieli.

Czy zatem potrzebne jest nowe prawo zabezpieczające wolność mediów? – Nie ma takiej potrzeby – zaprzecza Vołodymyr Pavliv – Ukraina posiada niezwykle przejrzyste i demokratyczne zapisy prawne, nie tylko określające przestrzeń działania mediów, ale również innych dziedzin życia. Problem w tym, że dotychczas nie było politycznej woli stosowania prawa w praktyce, ani też egzekwowania go przez instytucje do tego powołane.

Prawo stawało się pretekstem do jego łamania

Dziennikarze Ukraińscy, co do tego są zgodni. Przykład szedł z góry. Oligarchiczny system cechowała bezkarność ludzi łamiących prawo w kręgach władzy i wielkiego biznesu. Ignorowano naród, który nie miał szans na zabranie głosu we własnej sprawie. Odebrano mu wszak zdolność przeciwstawiania się, w zamian utrwalając przekonanie, że niczego nie można zmienić. Wszystko ma jednak swoje granice. Arogancja władzy sama sprowokowała protesty, które przerosły nie tylko jej wyobrażenie. Protesty również zaskoczyły samych uczestników ruchu społecznego sprzeciwu. Powstała sytuacja, w której wybrana wcześniej w wyborach powszechnych władza, z lęku przed gniewem społecznym, oddała pole opozycji. Ta, również zaskoczona, nie zdążyła przygotować pełnego przejęcia władzy. Na dodatek brak sprawnie funkcjonujących mechanizmów państwa nie pozwala skutecznie wygasić narastających, sztucznie podsycanych sprzeciwów regionów południowo wschodniej Ukrainy.

Ukraina chce być częścią Europy. To pierwszy przypadek w historii, aby kraj dążący do akcesji ze wspólnotą europejską, dochodził do niej na drodze krwawo tłumionej rewolucji. Czeka ją zapewne trudniejszy niż Polskę, szlak wiodący do celu. Wynika to z wielu uwarunkowań historycznych. Za czasów komunizmu, ta niegdysiejsza republika ZSRR, znalazła się w izolacji jakiej Polska nie zaznała w najgorszych chwilach swojej historii. Powszechna indoktrynacja i wpajane przekonanie o braku perspektyw innych niż wyznaczone przez centralną władzę, odciskała piętno na mentalności obywateli. Wielka radość z odzyskania niepodległości w roku 1991, mieszała się z wielkim kryzysem gospodarczym, niechcianym spadkiem po Związku Radzieckim. Pracowity i zdolny naród nadrabiał z mozołem zaległości cywilizacyjne i gospodarcze. Wynik ich wysiłku był jednak zawłaszczany przez jednostki budujące nową oligarchię. Postępował drenaż państwa, według scenariusza rodem z ZSRR, gdzie kraje trafiające na orbitę Związku Sowieckiego traciły moc ekonomiczną, polityczną i wreszcie kulturową, czyli czynniki, które decydują o odzyskiwaniu lub traceniu niepodległości.

Ukraina nie została jeszcze do końca pozbawiona tej zbawczej mocy. Media, określane często jako „czwarta władza” będą miały znaczący udział w demokratyzacji życia na Ukrainie. Ich rola stała się szczególnie ważna, właśnie teraz podczas wydarzeń, które cały świat obserwuje z zapartym tchem.

Dziennikarze z Ukrainy są pewni, że rzetelna praca ich kolegów z różnych redakcji ułatwi trudną drogę Ukrainy do Europy.

Andrzej Klimczak

fot. Mirosław Rowicki

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl