Przeczytałem niedawno dwa osobliwe teksty.
Jeden o zdrajcach, drugi o moralności katolickiej. Pierwszy naszego kolegi Marcina Wolskiego „Poczet zdrajców polskich” („Gazeta Polska” 19.02. 2014 r.), następny o trzy dni późniejszy Szymona Hołowni „List miłosny zamiast kodeksu karnego” („Rzeczpospolita” 22-23 lutego 2014 r.). Oba łączy, i z tego moim zdaniem wynika ich dziwaczność, że mieszają w imię przedziwnie rozumianej tolerancji nakazy etyczne z możliwościami ich lekceważenia. Nadmierna tolerancja w moralności – szeroko potraktowanej: jako patriotyzm, a w katolicyzmie wierność naukom Kościoła – może, zwłaszcza kiedy dookoła krzewione są ideologie nihilistyczne, antynarodowe i ateistyczne czy chociażby tendencje indyferentyzmu, niszczyć i ład moralny, i życie biologiczne. Nasz naród jak żaden inny doświadczył w XX w. od zachodnich i wschodnich sąsiadów aż nadto boleśnie tych destrukcji.
Czy obaj autorzy znają podstawowe przesłanie moralne Jana Pawła II, skierowane do młodzieży, która dzisiaj współuczestniczy w kształtowania naszego narodowego, państwowego chrześcijańskiego bytowania? Wielki papież zawarł je w dwóch prostych lapidarnych zdaniach: zdaniach: wymagajcie od siebie, nawet jeśli nikt nie będzie od Was wymagać.
Tymczasem Marcin Wolski pisze komentarzyk, którego wymowy ideowej nie sposób zrozumieć: chwali czy gani Polaków wiernych do końca carowi? Apoteozuje Polaków, którzy dla dobra swych rodaków zdradzali cara? O Trauguttcie, jednym z największych zdrajców obcego suwerena, a Prometeusza narodu, z którego się wywiódł, pisze nawet: „Tylko w Polsce mogła urodzić się myśl, żeby wynieść kogoś takiego na ołtarze”. Brzmi to jak obraza pamięci dyktatora Powstania Styczniowego. Widać Wolski dawno czytał „Gloria victis” Orzeszkowej albo nie przejął się literacką kreacją głównego i wymową tego wyjątkowego dzieła postromantycznego, wedle którego prometeizm narodowy jest wyłączną determinantą rozwoju narodów, państw i ludzkości (patrz zresztą filozofia Józefa Hoene Wrońskiego). Oczywiście, że każdy publicysta w wolnym kraju może formułować i głosić chociażby najbardziej obrazoburcze przekonania, pod warunkiem jednak, że panuje nad słowem, nad frazą i nie obraża nonszalancją niczyich uczuć patriotycznych.
Wolski egzemplifikuje swe pokrętne, a każdym razie trudno zrozumiałe wywody, wątłymi też przesłankami. Twierdzi na przykład, że ponieważ w Dwudziestoleciu „wojskowe kadry dowódcze składały się prawie wyłącznie z renegatów, którzy złamali przysięgi dawane wcześniej rozmaitym Mikołajom, Wilhelmom i Franciszkom Józefom, to sąsiedzi nazwali nas <pokracznym bękartem wersalskim>”. Nieprawda. Dla sąsiadów byliśmy solą w oku, oni nienawidzili naszej niepodległości, obojętnie, czy kadra dowódcza złamała lub nie złamała przysięgę wierności ich suwerenom. Tej nienawiści obu sąsiadów do Polski dowiódł wrzesień 1939 i późniejsze miesiące oraz lata. Wstyd wybitnemu publicyście i pisarzowi dawać się zwodzić tak drastycznym uproszczeniom.
Osnową tekstu Wolskiego, do niedawna wykwintnego prześmiewcy politycznych i społecznych dewiacji III RP, jest ocena czynu Ryszarda Kuklińskiego. Lecz tak wielosłownie i nieprzejrzyście sformułowana, że skołowany czytelnik nie wie, czy w końcu autor uważa go za zdrajcę narodu, czy bohatera zdradzającego pro publico ciemiężycieli, którym służył. Bacząc na sformułowania znów można odnieść wrażenie, że nie jest to opinia przychylna. Wszak Wolski w nawiasie pisze: „używanie określenia pułkownik wobec kogoś, kto został zdegradowany, trzeba uznać za wysoce ryzykowne”. A kto go zdegradował? Przecież nie przedstawiciele wolnego narodu, a jurgieltnicy obcego, wrogiego nam mocarstwa. I tę degradację Wolski w zacytowanym fragmencie gotów jest przyjąć? Więc kto mu bliższy: zdradzający najemników Kremla czy najemnicy Kremla?
Nie rozumiem Wolskiego i jego pokrętnego patriotyzmu. Dotychczas jednoznacznie potępiał polskich serwilistów rosyjsko-sowieckiej Moskwy, a teraz miałby usprawiedliwiać ich zachowanie wobec Kuklińskiego? Czy to, powiedziałbym, lapsus myślowy, czy też przejaw jakichś głębszych przemian tego cenionego pisarza-publicysty? Ostatnimi czasy zdezorientowała mnie również wypowiedź z 13 listopada ub. r. (na łamach tej samej gazety), gdzie kreuje na wielkie autorytety polityczno-moralne Mazowieckiego, Geremka i Kuronia. Wprawdzie nieco później osłabia to fałszerstwo przywołaniem współcześnie działających polityków niekalających idei niepodległości, ale i tak pozostaje niepokój.
Wolski puentuje swe rozważania o zdrajcach przypomnieniem znanej retoryki (cynicznej), Jaruzelskiego, nazywając go „zasłużonym (sic!) sprawcą Okrągłego Stołu”, że jeśliby uznać bohaterstwo patriotyczne Kuklińskiego, to za kogo trzeba by uznać ich – kadrę dowódczą wojsk polskich pod komendą rosyjsko-sowieckch sił zbrojnych Układu Warszawskiego? I tę sporną kwestię, przeniewierstwa narodowego albo wierności płk. Kuklińskiego i służalstwem lub bohaterstwem twórcy stanu wojennego, zamyka również znaną, ordynarną wypowiedzią Adama Michnika „odpieprzcie się od generała”, dodając od siebie „I tego należy się trzymać”. Co to znaczy w tym kontekście?
Nie czepiać się Jaruzelskiego, bo tak poleca Michnik? A w przywołanym powyżej komentarzu z 13 listopada ub. r. Wolski nazywa Michnika „największym szkodnikiem III RP”. Więc jak - szkodnik czy autorytet? Powaga czy drwina? Nie do docieczenia. Biedny czytelnik.
Wydaje mi się, że Wolski jest zagubiony w pozornych zawiłościach doraźnej polityki. Do niedawna widział rzeczywistość polityczną w barwach jaskrawych, teraz spowija ją szarością, gdzie wszystko może być wszystkim: renegactwo prometeizmem, bohaterstwo zdradą, serwilizm heroizmem. Lepiej, żeby szanowany i podziwiany autor wrócił do tego, w czym jest najlepszy - do drwiącego śmiechu. Albowiem jego felietonistyka to skarb polskiej piśmienniczej kultury współczesnej. I dlatego powrotu Wolskiego do tego rodzaju pisarstwa oczekuje czytelnik, zupełnie zdezorientowany jego ostatnimi pisanymi na serio(?) komentarzami politycznymi.
Natomiast Szymon Hołownia oczyszcza katolicyzm z pojęcia grzechu. Widzi tę religię jako przyzwolenie na życie wyzwolone z wszelkich wymagań moralnych, której największą wartością jest tolerancja. Do inaczej wierzących zwraca się (na szczęście obwarowując ten zwrot cudzysłowem) per bracia „katotalibowie”. Konsekwentnie od siebie też nie wymaga dyscypliny myślowej – przepełnia swe wywody takim pustosłowiem, że aż irytuje. Złośliwcy taką metodą wyłuszczania swych racji nazywają przelewaniem z pustego w próżne.
Wszelako posługuje się ciekawą, nader oryginalną przenośnią, nazywa mianowicie Ewangelię listem miłosnym, a nie kodeksem karnym. środek wyrazu ładny, lecz jego wymowna w najwyższym stopniu nieprawdziwa. I tu jest sedno sporu z autorem.
Ewangelia jest bowiem i jednym, i drugim. Najwyższy Prawodawca naszej kultury każe nam kochać wszystkich, nawet – co najtrudniejsze - nieprzyjaciół, jednakże nie pozwala nam grzeszyć. „List miłosny” to nakaz wzajemnego miłowania, a „kodeks karny” to nakazy i zakazy, które dziedziczy i strzeże ich jednoznaczności właśnie Kościół. Od wieków permanentnie powtarza imperatyw swego Założyciela, który mówił grzesznikowi - idź, a nie grzesz więcej. Staje się więc jakby prokuratorem naszych dusz, kochając i każąc kochać, oskarża i przebacza pod warunkiem zaniechania zła. Hołownia powiela stereotypy, że Kościół jest, musi być, otwarty zarówno dla praworządnych, jak i dla łamiących prawa boskie. Ale to wcale nie znaczy, od czego Hołownia w jakimś niewytłumaczalnym zapamiętaniu abstrahuje, że tak Jezus, jak i Jego Kościół przygarniając wszystkich, przebacza tylko tym, co chcą przebaczenia, czyli przestają grzeszyć. Niech autor z werbalizmu przejdzie do doświadczenia, zweryfikuje swe aksjologiczne abstrakcje i na przykład zapyta kobietę po aborcji i po spowiedzi św., co powiedział jej spowiednik. Albo mężczyznę żyjącego w małżeństwie niesakramentalnym, czy ksiądz udzielając mu w konfesjonale rozgrzeszenia nie zażądał zmiany pożycia?
Hołownia pozując na nowoczesnego katolika, czującego odrazę do, jak się wyraża „katotalibów”, mniema, co dzisiaj jest nader modne, że Kościół, jeśli chce być popularny, musi przełknąć każde świństwo swych wiernych bez żadnych dla nich konsekwencji. Przechodzi tedy do porządku nad fundamentalnymi, jeśli można się tak wyrazić, zasadami penitencjarnymi katolicyzmu. Albowiem zapomina (może nie wie?), że Najwyższy Autorytet naszej kultury każe upominać grzesznych, i to nawet publicznie. Jest w Ewangelii św. Mateusza (18, 16-17) pouczenie, że obowiązkiem każdego, kto słucha Nauczyciela jest upominanie brata, jeśli źle czyni. Ktoś z słuchających pyta, a gdy brat nie posłucha? To trzeba wziąć świadka i jeszcze raz go upomnieć. A kiedy i to nie pomoże? Trzeba powiedzieć o tym wszystkim w synagodze. A więc uporczywego grzechu nie wolno ani tolerować, ani, co więcej - ukrywać przed bliźnimi. Bez odejścia od grzechu nie ma przebaczenia i pojednania z Bogiem i ludźmi. Kościół od wieków tak właśnie w imię swego Twórcy postępuje i będzie postępować do końca, bo inaczej sprzeniewierzyłby się naszemu Nauczycielowi – przebaczającemu, ale i niepozwalającemu grzeszyć.
Publicysta „Rzeczypospolitej” upojony wartością tolerancji Ewangelię przykrawa do hedonizmu współczesnego człowieka, który nie chce zrezygnować z przyjemnych doznań somatycznych i jednocześnie domaga się, by Kościół zezwalał mu na takie postępowanie...
Za co Albert Camus - agnostyk! - dostał Nagrodę Nobla? Za dwie powieści: „Dżumę” i „Upadek” – najgenialniejsze moralitety dwudziestego wieku. Pierwsza pobudza do czynnej walki ze złem. Druga jest przejmującym, rzekłbym, łkaniem Pokutnika, który nie zdołał uratować jednego ludzkiego istnienia. A wedle religii starojudejskiej ten, kto ratuje jednego człowieka, ocala cały świat. Pokutnikowi się wydaje, że jego grzech zaniechania obarcza całą ludzkość… Dlatego zła nie wolno chrześcijaninowi, jeśli rzeczywiście chce nim być, tolerować. W moralności nie ma, powtarzam, co pisałem w powyższej polemice z Wolskim, ani tolerancji, ani kompromisów; moralność nie jest wielobarwna, ma jedynie dwa kolory: biały i czarny. Niestety! I dlatego liberalizm katolicki Hołowni jest nie do przyjęcia przez Kościół i przez tych, którzy mienią się jego wyznawcami.
Jeżeli pisze się o etyce katolickiej, trzeba, po pierwsze, dobrze znać co najmniej cztery Ewangelie; po wtóre – znać powołanie Kościoła, który musi być im wierny bez żadnych retuszy swemu Twórcy, bo inaczej przestałby być samym sobą, Kościołem rzymskokatolickim. Po trzecie – trzeba poznać, chociażby pobieżnie, fundamentalny dla współczesnego katolicyzmu dorobek piśmienniczy artystyczny i filozoficzny ostatnich, powiedzmy, stu lat, jest on niesłychanie bogaty i ważki; niektórzy teologowie twierdzą, że uchronił katolicyzm dwudziestowieczny od upadku. Jest w tym i skromny wkład myśli polskiej. Czy Hołownia słyszał o przedwojennym „Odrodzeniu”, które formowało dusze i umysły wielu naszych wybitnych pisarzy i myślicieli, dość wymienić Jerzego Turowicza i Jerzego Zawieyskiego? Żaden z nich nie głosił z taką dezynwolturą jak Hołownia pochwały religii bez wymagań. Ewangelii nie pojmował tak przesłodzenie, jak czyni to dzisiaj publicysta najpoważniejszego dziennika sądząc zapewne, że przyczynia się do rozwoju katolicyzmu, owszem - do relatywizacji prawd naszej wiary. Mniemania, że wierność przesłaniu ewangelicznemu nie wymaga żadnej dyscypliny duchowej. To nie mrzonka ani mit, to antyidea szkodząca współczesnej kulturze religijnej naszego wierzącego społeczeństwa.
Jacek Wegner
