Siódme dziesięciolecie minionego wieku. było „wybuchowe”. Zdezorientowane społeczeństwo, pozbawione dostępu do prawdziwych informacji publicznych, tłumaczyło sobie, że to opozycja wewnętrzna w PZPR chce tymi eksplozjami i podpaleniami skompromitować Edwarda Gierka. Do dziś nie wiemy, ile było w tym prawdy. W każdym razie ktoś podpalił słynny w Warszawie Centralny Dom Dziecka, odcinek świeżo otwartego Mostu Łazienkowskiego – dumy establishmentu partyjnego. Zapaliły się też maszyny rotacyjne w Domu Słowa Polskiego, największej drukarni warszawskiej i chyba jednej z największych w kraju.

15 lutego 1979 r. w Rotundzie warszawskiej, siedzibie okazałego w stolicy banku i zarazem symbolu, jak indoktrynowała władza, gospodarczo-urbanistycznych sukcesów Gierka, wczesnym popołudniem zapadła się podłoga, w powietrze wyleciał sufit, rozstąpiły się ściany od tajemniczej eksplozji, chodniki i jezdnia w promieniu kilkuset metrów pokryły się odpryskami szkła i szczątkami blach, była to bowiem ówcześnie supernowoczesna budowla szklano-aluminiowa. Zginęło 49 osób, jak informowano w oficjalnym prasowym komunikacie, niemożliwym wtedy, ani dzisiaj do weryfikacji. Ofiarami byli pracownicy banku, głównie kobiety, dwaj robotnicy naprawiający centralne ogrzewanie i przypadkowi klienci; rannych było 103, a budynek uległ zniszczeniu w 70 proc.

Od razu przybyli ówcześni dygnitarze. m. in. premier Piotr Jaroszewicz, wiceminister spraw wewnętrznych, pierwszy sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, komendant główny MO - aby pokazać warszawianom, jak władza jest zatroskana losem poddanych. Liczba i ranga prominentów od razu sugerowała, że wybuch to dywersja - kosztem istnień ludzkich. Miejsce natychmiast otoczono kordonem milicji i wojska, później zaś metalowym płotem, przy którym przechodniom nie było wolno się było zatrzymywać. Opodal w dzień i w nocy czuwali także esbecy przyglądający się bacznie każdemu przechodzącemu zbyt blisko miejsca katastrofy.

Po kilku czy kilkunastu dniach podano oficjalnie, że przyczyną tragedii był wybuch gazu. Ba, w pobliżu, ok. 100 czy 200 m, od Rotundy nie ma budynku z gazociągiem. Toteż, jak czytamy w dokumentach IPN, jeden z esbeków, którego nazwiska nie mogłem ustalić, doszedł do wniosku, że „gaz przedostawał się (…) przez 12 otworów niewykorzystanego kanału telekomunikacyjnego (…) wydobywał się z uszkodzonej (pękniętej) zasuwy zainstalowanej pod powierzchnią chodnika obok budynku <Uniwersalu> i migrując z nimi znalazł ujście w przebiegającej równolegle sieci telekomunikacyjnej”. Tyleż mętne co nieprawdopodobne…

Tymczasem również nieczytelnie podpisany esbek w randze porucznika podał w notatce służbowej, że kasjerka (nie odnotował jej nazwiska) zeznawała, iż tuż przed wybuchem widziała w Rotundzie dwóch mężczyzn rozmawiających po rosyjsku. Natomiast kpt Krzysztof Tomaszewski, kierownik Sekcji I Wydziału III MSW, zanotował zeznania pracownic (bez podania nazwisk) Rotundy, że widziały i słyszały na chwilę przed wybuchem kobietę wybiegającą z pomieszczenia na ulicę i krzyczącą, żeby uciekać, bo zaraz będzie eksplozja.

Natomiast Stefan ćwiek, pierwszy zastępca dyrektora Poczty i Telekomunikacji w Warszawie stwierdził, iż nieznane mu są zjawiska „migracji gazu” do komór i budynków. Utyskiwał nadto, że jego przedsiębiorstwo ma ciągłe kłopoty z zatrudnieniem potrzebnych kompetentnych pracowników, gdyż „niskie pensje nie zachęcają ludzi do pracy”. O zwiększającym się zaś systematycznie niebezpieczeństwie egzystencji warszawian mówił także do protokołu Andrzej Józef Dziewulski, naczelny dyrektor Zjednoczenia Miejskich Przedsiębiorstwa Inżynieryjnych, że wskutek niedoinwestowania, urządzenia podlegające jego zarządowi są tak mocno zużyte, iż w każdej chwili mogą prowadzić do katastrofy. Każdy kierownik konkretnej instytucji komunalnej nadzorujący w przeszłości jakieś prace dla Rotundy lub w pobliżu niej, narzekał na trudności kadrowe, materiałowe, bałagan organizacyjny. Skutkiem tych niedomogów wszystkie przewody, zamknięcia, od których zależała szczelność, były źle wykonane.

Ostatecznie wiceprokurator Lisowski (imię nieznane) zamykając śledztwo nad Rotundą stwierdził oficjalnie, że przyczyną wybuchu „było gwałtowne wyzwolenie się energii najprawdopodobniej spowodowane przedostawanie się do podziemi budynku gazu ziemnego”.

I z owego prawdopodobieństwa tamta władza uczyniła pewnik. A nawet na tablicy ku czci ofiarom katastrofy w Rotundzie kazała umieścić inskrypcję, że był to wybuch gazu.

Jeśli naprawdę w lutym 1979 r. wskutek „migracji gazu”, a nie dywersji jakieś frakcji pezetpeerowskiej dążącej do skompromitowania Gierka, który za kilkanaście miesięcy był internowany, została zniszczona Rotunda, to i tak winne jest ówczesne państwo zaniedbujące swe podstawowe obowiązki wobec podlegających sobie przedsiębiorstw (innych prawie nie było). Wtedy powiedzielibyśmy, że do niezliczonych zbrodni i jeszcze liczniejszych oszustw, kłamstw i szachrajstw Polski z lat 1944-1989 należy dodać jeszcze jedną odpowiedzialność za kilkudziesięciu zabitych i ponad stu rannych zabitych w zburzonej Rotundzie.

Z krótkiego przypomnienia tej katastrofy sprzed lat trzydziestu czterech płyną smętne wnioski odnoszące się do współczesnej rzeczywistości – uwydatniają, do jakich nieszczęść może doprowadzić arogancja władzy. Przecież gdybyśmy nie wiedzieli, że Kazimierz ćwiek i Andrzej Józef Dziewulski demaskują społeczno-gospodarcze zaniedbania PRL, powiedzielibyśmy, że ich krytyka i ostrzeżenia przed skutkami tamtej degrengolady dotyczą naszych czasów…

Jacek Wegner

Udostępnij
Tagi:
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl