Internet może być metaforą współczesnego świata – miejscem, gdzie zmagają się wolność z inwigilacją, obywatelskość z instytucjonalizacją, prywatność z ekshibicjonizmem, bezpieczeństwo z zagrożeniem. Od czasu rewelacji ujawnionych przez Snowdena nikt nie może czuć się w pełni swobodny. I taki stan rzeczywistości pokrywa się ze stanem hiperrzeczywistości. Mapa stała się terytorium.
To zjawisko, ta aporia pomiędzy wolnością a bezpieczeństwem, gdzie tertium non datur, jest starannie monitorowane przez medioznawców, politologów, socjologów i filozofów. W czasopiśmie „Nowe Media” zajęło się nim kilku badaczy, których refleksje przedstawiłem już na tej stronie (kliknij TU)
Dziś ciąg dalszy tego dyskursu znajduję w artykule z najnowszego numeru Studiów Medioznawczych „Przyszłość internetu – scenariusz pesymistyczny”, autorstwa Mirosława i Lilianny Lakomych*.
W centrum uwagi autorów stają zagadnienia związane z wolnością: osobistą, cywilną, polityczną i gospodarczą, wolnością słowa oraz mediów. Autorzy stwierdzają, że „Rozwój globalnego internetu w II połowie XX w. doprowadził do narodzin przestrzeni wolności ponad władzą państwową”. W świecie wirtualnym obywatel pozostaje poza sferą jurysdykcji państwa. Globalna sieć została zdefiniowana (a właściwie zredefiniowana) jako „zagrożenie dla władzy państwowej, jako ostoja przeciwko władzy, z którą należy walczyć jawnie i skrycie”. Potwierdzeniem tej tezy byłyby arabska wiosna czy działalność Edwarda Snowdena, ale zauważmy, że z drugiej strony, globalna sieć stała się również na niespotykaną dotąd skalę miejscem ograniczenia wolności, inwigilacji obywateli, naruszania ich podstawowego prawa wolności wypowiedzi i sfery prywatności.
Autorzy wspomnianego artykułu zwracają uwagę, że owocem hippisowskiej kontrkultury jest przeświadczenie, że „wszystko, co jest dostępne w sieci należy do internautów. Stąd zapewne rozkwit mediów demaskatorskich (casus Wikileaks) oraz dziennikarstwa obywatelskiego, którego nadrzędną ideą jest hakowanie polityki”. Tak pojmowana wolność kłóci się z prawem do własności intelektualnej i jest źródłem trywializacji dyskursu, w którym treści wartościowe wypierane są przez treści mało istotne. Do głosu dochodzą webplemiona, które mogą być zagrożeniem dla tradycyjnych aktorów politycznych. Globalna sieć dała obywatelom narzędzia realizacji utopijnych dotąd marzeń o równości, demokracji i wolności (w ruchach arabskiej wiosny czy w maskach Anonymusa). Elity obowiązującego status quo tak bardzo obawiają się takich czy podobnych ruchów, że proklamują internet drugiej generacji zagrożeniem dla porządku publicznego (Raport Światowego Forum Ekonomicznego z konferencji w Davos). Mamy do czynienia z efektem „dystopi” czyli „rozjeżdżania się” oczekiwań szerokich mas i działań władz. W wielu krajach dochodzi do ograniczenia swobody wypowiedzi w sieci. Następuje „bałkanizacja” Internetu, czyli wydzielanie z globalnej sieci całkowicie kontrolowanych przez państwo intranetów. Co ciekawe, w tym kierunku zmierzają zarówno państwa takie, jak Iran, Chiny, Rosja, czy Korea Północna, jak i państwa o długich tradycjach demokratycznych, które zamykają dostęp do sieci. Ponadto, i to jest realne zagrożenie, spełnia się wizja Orwella – „Sieć staje się narzędziem wykorzystywanym przez służby cyfrowe do badania cyfrowych śladów i kontrolowania obywateli przez systemy podsłuchów i wszechobecnych kamer” (zjawisko „panoptyzmu”). Dziś już nie tylko słynny PRISM, czy system globalnej inwigilacji ECHELON, są zagrożeniem dla naszej wolności. Takie możliwości daje również – o czym donoszą autorzy – unijny projekt INDECT, koordynowany przez krakowską Akademię Górniczo-Hutniczą (!). Oczywiście – podkreślają autorzy artykułu – interesy USA są sprzeczne z procesami bałkanizacji, albowiem Stany Zjednoczone są zainteresowane dostępem do globalnej sieci, czyli sieci otwartej na ich penetrację.
Nie wszyscy może jeszcze wiedzą, że PRISM kontroluje największe skupiska internautów, w tym Facebooka, Google i YouTube, a zatem – jak mniemam – już dawno pożegnaliśmy się z wolnością w sieci, bo czymże jest wolność przy pełnej kontroli naszych ruchów i z możliwościami ich zablokowania? Jest atrapą wolności a nie wolnością samą. W imię walki z terroryzmem agencja bezpieczeństwa USA (NSA) pozwala sobie na bezpardonową ingerencję w naszą prywatność i sferę wolności. Pora się z tym pogodzić albo walczyć. Trzecia droga, udawanie, że nic się nie stało, jest przysłowiowym chowaniem głowy w piasek lub zamiataniem ujawnionych brudów pod dywan, co z powodzeniem robią politycy, których kariera zależy od silniejszego partnera (np. od takiego mocarstwa jak Stany Zjednoczone).
Autorzy artykułu przedstawiają (za organizacją Reporterzy bez Granic) długą listę państw walczących z wolnością w Internecie. Są wśród nich m.in. Francja (wprowadziła radykalne przepisy antypirackie oraz zakaz cytowania w tradycyjnych mediach treści z FB czy Twittera?!), Australia, Arabia Saudyjska, Białoruś, Iran, Rosja czy Kuba. Wymienione wcześniej trendy (panoptyzacja i bałkanizacja) wydają się sprzeczne – piszą Mirosław i Lilianna Łakomy) „ze współczesnym pojmowaniem wolności jako fundamentalnej wartości odpowiadającej naturze i godności człowieka”.
Tytuł artykułu sugeruje pesymizm, co do przyszłości Internetu. Wydaje się jednak, że nie istnieje determinizm dziejowej konieczności. Pesymistyczne podejście może wprawdzie podpowiadać dotychczasowy rozwój mediów i środków kontroli społecznej, ale – z drugiej strony – aktywizm szerokich grup społecznych (choćby w czasie Arab Spring, w wystąpieniach Anonimowych, czy w zgodnej akcji wielu serwisów internetowych przeciw pogłębionej inwigilacji) wydaje się wskazywać, że rzekoma historyczna konieczność jest tylko ideologią elit władzy, którą ta chce narzucić wolnemu społeczeństwu Internautów.
Marek Palczewski
Katedra Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej SWPS w Warszawie
*M. Lakomy, L. Lakomy, Przyszłość Internetu – scenariusz pesymistyczny, „Studia Medioznawcze”, nr 4 (55)/2013, s. 39-47.
