Był to bardzo gorący tydzień, pełen manifestów, deklaracji i iskrzenia „na stykach”. Najpierw 12 stycznia w The Sunday Times minister pracy i emerytur Iain Duncan Smith zadeklarował, że będzie próbował uzyskać od Brukseli zgodę na przyjmowanie przez Wielką Brytanię takiej liczby imigrantów, jaka jest dla gospodarki niezbędna, bowiem „nieskrępowany przepływ ludzi w ramach UE już spowodował zapaść brytyjskiego systemu socjalnego, państwowej służby zdrowia i szkolnictwa”. Przecież nie chodzi tu jedynie o „wolny przepływ ludzi”, lecz – jest to transakcja wiązana – o usankcjonowaną prawem pomoc finansową państwa dla imigrantów, wszystkie te Income Support (zasiłek dla bezrobotnych), Housing Benefit (pokrycie czynszu), Child Tax Credit (zasiłek na dzieci), Sickness Benefit (zasiłek chorobowy), etc, etc. „Bardzo liberalne w Wielkiej Brytanii prawo imigracyjne – mówił dalej Duncan Smith - spadek po laburzystach, za rządów których fala emigrantów osiągnęła taką wysokość, a świadczenia dla nich takie kwoty, że utrzymanie obu jest, zwłaszcza w okresie kryzysu, niemożliwe”. Minister pracy wspomniał jeszcze, że jego kraj, wraz z innymi, które mają podobne problemy – Niemcy, Francja, Włochy, Holandia – będą dążyć do sytuacji, kiedy państwa członkowskie będą mogły same regulować kwoty przyjmowanych imigrantów oraz udostępniać świadczenia przybyszom dopiero po dwóch latach pobytu, wraz z uzyskaniem statusu rezydenta.”Dostęp do socjalu nie może być automatyczny” – zakończył Iain Duncan Smith. Dziś sytuacja jest taka, że – po ostatnich zmianach – przybysze mają prawo aplikować o pomoc po trzech miesiącach, a minister spraw wewnętrznych Theresa May zmniejszyła liczbę punktów Human Rights Act, na które mogą powoływać się nielegalni imigranci podczas spraw sądowych o ekstradycję oraz imigranci, którzy popadli w konflikt z prawem, z 17 do 4 punktów. Odebranie zasiłków na dzieci, które przebywają w krajach pochodzenia rodziców, pracujących na Wyspach, wymaga zmian traktatowych i, jeśli w ogóle do tego dojdzie, to nie wcześniej niż za kilka lat.
W poniedziałek 13 stycznia, 95 konserwatywnych posłów back benchers, wystosowało list do premiera Camerona, w którym znalazł się taki oto passus: ”Unijne regulacje mają negatywny wpływ na brytyjską gospodarkę i społeczeństwo… Trzeba zmienić nasze prawo w taki sposób, aby Westminster mógł blokować wprowadzanie dalszych unijnych przepisów zwykłą większością głosów”. Wielu torysów jest zdecydowanych, aby zrezygnować z traktatu z Schengen, gwarantującego swobodny przepływ ludzi w ramach UE, a rząd Camerona już toczy z Brukselą batalię w sprawie wydobywania gazu łupkowego. Wprawdzie David Cameron uznał list za „mało realistyczny”, ale zaraz dodał, że jego rząd już pracuje nad obiecaną renegocjacją warunków członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii. A ma do tego społeczny mandat, bo wyniki badań think tanku The British Future mówią, że 28% jego rodaków chciałoby bezwarunkowego opuszczenia Unii, a 38% jest za pozostaniem w Unii pod warunkiem udanej renegocjacji warunków członkostwa.
15 stycznia w Parlamencie Europejskim odbyła się słynna debata, w której polscy europosłowie wykazali wielką aktywność – i ciekawa byłaby analiza związku tej aktywności ze zbliżającymi się eurowyborami. Wiele mówiło się więc o stygmatyzowaniu ciężko pracujących Polaków – co jest poważnym argumentem, zważywszy ogólną sumę zasiłków pobieranych przez przybyszów z Pakistanu, Bangladeszu, Zimbabwe, Gambii czy Karaibów, byłych brytyjskich kolonii – bez wykształcenia i zawodu, rzadko podejmujących pracę. Brytyjczycy przedstawili własne argumenty – o których wyżej – komisarz UE ds. sprawiedliwości Viviane Reding zasugerowała, że „jest mało prawdopodobne, by mobilni przybysze stanowili ciężar dla krajów przyjmujących, bo przemieszczają się głównie po to, by pracować”, a komisarz ds. zatrudnienia Laszlo Andor, „iż żaden z krajów Unii nie przedstawił dowodów na to, że migrujący pracownicy nadużywają systemu socjalnego”. Każda ze stron pozostała przy swoim zdaniu.
W dwa dni później, 17 stycznia, PiS poinformował o odezwie prezesa Jarosława Kaczyńskiego do rodaków w Wielkiej Brytanii, która miała być odczytana przez europosła Krzysztofa Szczerskiego na spotkaniu bodaj w londyńskim POSK-u. Znalazły się tam słowa: ”Polska potrzebuje talentów, doświadczenia i energii młodych polskich emigrantów z Wysp Brytyjskich”. Mimo, że to słowa jak najsłuszniejsze, można było przewidzieć zachowania Polaków. Że w POSK-u pojawi się emigracja powojenna i parę osób z emigracji post-solidarnościowej, bo to głównie oni interesują się tematyką polityczną i uczestniczą w życiu Polonii. Ale ci, do których skierowana była ta inwokacja, nie przyjdą, lub w ilości śladowej. Dla nich są to jedynie słowa, słowa, słowa, w dodatku szefa opozycji, który ma niewielki wpływ na decyzje obecnego polskiego rządu. Obietnice przyszłych przemian w Polsce versus realne szanse na pracę i szczodre zasiłki tu, w Wielkiej Brytanii. Dobrze, że premier Kaczyński zdecydował się na ten ruch, bo zasygnalizował zainteresowanie PiS problemem imigrantów, ale na razie nie może być on odczytany inaczej, jak tylko niewyraźne i mgliste obietnice.
Polski MSZ ocenił liczbę Polaków przebywających na Wyspach na 638 tys., ale mówi się, że może ich być o połowę więcej. Rozrzuceni od Brighton na południu, poprzez Londyn, miasta Midlandów aż po Orkady i Szetlandy, gdzie pracują przy połowie i przetwórstwie ryb. Nie są to jedynie niewykwalifikowani budowlańcy czy kelnerki, otwierają polskie sklepy i restauracje, kancelarie prawnicze i spółki transportowe, spółdzielnie lekarskie i dentystyczne, sporo małych biznesów – jest nawet Polish Business Club, a w City można znaleźć polskich maklerów giełdowych. Polscy uczniowie podwyższają poziom brytyjskiego szkolnictwa, podatnicy napędzają koniunkturę gospodarczą, przedsiębiorczy i energiczni. Wypełniają kościoły, wpadają na giełdę pracy „do Hindusa”, do polskich sklepów i restauracji, głównie młodzi, głównie z prowincji. Chętni do każdej pracy, skrzętnie liczą dniówki i przeliczają na złote, porównują szczodre tutejsze benefity do nędznego polskiego socjalu. Być może wielu singli powróci, ale ci, którzy założyli rodzinę, a zwłaszcza rodziny z dziećmi – już nie. Cezurą mogłaby być dopiero ustawa Westminsteru o pomocy państwa jedynie dla rezydentów, po dwóch latach pobytu w Wielkiej Brytanii. Ale nawet wtedy, gdyby byli skazani wyłącznie na pracę, czy wróciliby do Polski, gdzie tej pracy nie ma? Przecież nie wiadomo, kiedy polski system socjalny stanie na nogi, a polityka rodzinna będzie naprawdę pro-rodzinna?
Budżet brytyjskiego państwa opiekuńczego został w ciągu ostatnich 20 lat wystawiony na ciężką próbę, służby państwowe są przeciążone, a cierpliwość Brytyjczyków, których standardy życia wciąż się pogarszają, na wyczerpaniu skoro – jak podała ankieta przeprowadzona przez YouGov dla Sunday Timesa - 76% poparło wydłużenie okresu oczekiwania na świadczenia oraz zmniejszenie tych świadczeń. Co więcej, argumentacje konserwatystów poparła – zdarza się to niezwykle rzadko – opozycja labourzystowska oraz lewicowy koalicjant, liberalni demokraci z Nickiem Cleggiem na czele. Demontaż państwa opiekuńczego, w tym kontynuacja anty-imigranckiej polityki rządu Camerona będzie trwał. Należy dodać, że cięcia budżetowe dotykają także samych Brytyjczyków, głównie beneficjentów pomocy socjalnej, głównie mieszkańców osiedli councilowskich, którzy dotąd żyli bardzo wygodnie na garnuszku państwa. Że przypomnę „spare bedroom tax” czy odebranie pomocy absolwentom szkoły średniej, którzy natychmiast po ukończeniu obowiązkowej nauki, aplikowali o socjal. W retoryce politycznej Camerona nadal pojawiać się będą Polacy i Bułgarzy, ale już nie imigranci z byłego Imperium Brytyjskiego, Hindusi, Pakistańczycy, Kenijczycy, przybysze z Karaibów. Po pierwsze z powodu „poczucia winy”, którą wciąż czuje lewicowo-liberalna część brytyjskiego społeczeństwa za kolonialne podboje, a po drugie – z powodu politycznej poprawności, ich dzisiejszego „dekalogu”.
Czy to znaczy, że Polacy – mieszkańcy Wysp znaleźli się w sytuacji patowej? Nie, moim zdaniem należy przypominać rządowi Davida Camerona o nadchodzących eurowyborach i wyborach lokalnych oraz liczbie Polaków, uprawnionych do głosowania. O stygmatyzowaniu Polaków oraz ciszy wokół emigrantów spoza Europy, rzadko pracujących, których chroni polityka PP. Trzeba walczyć ramię w ramię z Brukselą przeciw zmianom prawa o wolnym przepływie osób w UE oraz ograniczaniu dostępu Polaków do świadczeń socjalnych w oparciu o brytyjskie prawo. I jeszcze jedno: tytuł interesującego artykułu Janusza Szewczaka o systemie benefitów brzmiał: ”Nie warto drażnić Brytyjskiego Lwa”. Drażnić – nie, ale nie ma żadnego powodu, aby – znając brytyjskie realia – nie próbować negocjować sytuacji Polaków, przedstawiając własne atuty i racje. Tam Brytyjski Lew, tu – Orzeł w koronie. „Nie oczekuj szacunku od innych, jeśli sam nie będziesz się szanował”.
Elżbieta Królikowska-Avis
Londyn
20 stycznia 2014
