Aby dowiedzieć się, czy dla orwellowskiej rzeczywistości nie ma alternatywy, czy i jak można przejść ze świata 1.0 do świata 2.0, a także o tym, jaka jest wartość informacji, trzeba zajrzeć do najnowszego, szóstego numeru pisma NOWE MEDIA, pod redakcją Eryka Mistewicza. Jednak odpowiedzi, które otrzymujemy, wzbudzają kontrowersje, co może tylko cieszyć, bo nic tak nie służy polemice, jak właśnie kontrowersje.
Wybór artykułów, które prezentuję, był spontaniczny. Zainteresowały mnie przede wszystkim tytuły, a drugim kryterium były tematy, traktujące o naszej wolności i prywatności oraz o kryteriach wiarygodności informacji dziennikarskiej.
I.
Tomasz R. Aleksandrowicz, współtwórca Instytutu Analizy Informacji w Collegium Civitas w Warszawie, pisze o wartości informacji. Jaka ona jest, w czym się wyraża, od czego zależy. Mamy dziś do czynienia z tzw. attention crash, nasza uwaga już nie nadąża za nowymi informacjami, percepcja została zablokowana. Nie wiemy, co jest ważne, a co nie. Gromadzimy stosy danych, ale nic z tego – twierdzi autor – nie wynika. Internet jest śmietnikiem, jak zatem w takiej sytuacji ocenić i jak wycenić informacje?
Autor zaskakuje tezą, że „czas darmowej informacji, jaką cechowało się dzieciństwo Internetu, się kończy”. A sama informacja kosztuje tyle, za ile ktoś ją chce kupić. Co służy do wyceny informacji? Po pierwsze, trzeba wziąć pod uwagę użyteczność informacji, tzn. jakie korzyści możemy odnieść, pozyskując daną informację, jakie utracilibyśmy, gdybyśmy tej informacji nie mieli. Po drugie, powinniśmy kierować się własną wiedzą i rozsądkiem, by określić kontekst informacji. Po trzecie, jeżeli informacja pochodzi z wielu źródeł, to możemy jej zaufać. Ale jak, płacąc za informację – pyta autor – nie kupić kota w worku? W praktyce trudno jednoznacznie stwierdzić, które informacje są wiarygodne. Nie istnieje źródło doskonałe, nawet źródła o utrwalonej renomie mogą zawierać błędy.
Autor nie pozostawia jednak czytelnika w rozpaczy, lecz próbuje zmierzyć się z problemem i daje wskazówki, jak rozpoznać wiarygodne źródło. W niektórych podręcznikach dotyczących źródeł informacji dziennikarskiej znajdziemy wyłącznie ogólne zalecenie, że należy korzystać ze źródeł wiarygodnych, bez precyzowania, czym one są. Dobrze więc, że Tomasz R. Aleksandrowicz wymienia kilka kryteriów oceny ich wiarygodności, a są nimi: 1) reputacja mierzona m.in. rekomendacją ze strony osób lub instytucji; 2) powaga źródła (o chorobie wściekłych krów – pisze autor – dowiemy się więcej z czasopisma naukowego niż z popularnej gazety); 3) konfrontacja z naszą wiedzą; 4) dostęp do wydarzenia (ważne, żeby informacja pochodziła z pierwszej ręki, jak np. na Twitterze); 5) relacja pomiędzy wiarygodnością informacji a wiarygodnością źródła informacji (domyślam się, że chodzi tu o to, że źródło uznawane dotąd za wiarygodne będzie podawać wiarygodne informacje, co jednak nie musi być prawdą, bo często zdarzało się odwrotnie). Warto zatem płacić – podsumowuje autor – za informacje pochodzące ze źródeł, które spełniają wyżej wymienione kryteria.
Sprawa wydaje się więc prosta, ale – moim zdaniem - nie jest, bo podane rozwiązanie może być tylko przykładem uśrednionych oczekiwań, albowiem:
1) reputacja źródła nie wystarcza w sytuacjach, kiedy spełnia ono funkcje propagandowe lub PR-owe, lub kiedy wykorzystywane jest przez nierzetelne media;
2) nie zawsze naukowe pisma zamieszczają sprawdzone naukowo fakty, o czym świadczy cytowana przez autora artykułu (T.R. Aleksandrowicza) dyskusja o pochodzeniu „wirusa choroby AIDS”;
3) konfrontacja z naszą wiedzą nic nie da, gdy nie mamy żadnej wiedzy;
4) na Twitterze też pojawiają się zwodnicze, niesprawdzone, a nawet celowo oszukańcze informacje, co więcej, łatwo podważyć pogląd autora, że na Twitterze dominują informacje ze źródeł bezpośrednich – moje analizy wykazują coś całkiem przeciwnego: że na Twitterze najwięcej jest linków i wiadomości z drugiej, a nawet trzeciej ręki, a informacje własne są rodzynkami!;
5) istnieją przykłady choćby z dziennikarstwa śledczego, kiedy poważni dziennikarze zostali wprowadzeni w błąd przez „wiarygodne” źródła. Ponadto, nie rozwiązuje problemu korzystanie z wielu źródeł (potwierdzanie się, krzyżowanie się źródeł), kiedy dla nich wszystkich źródło wyjściowe jest to samo.
Co robić więc, żeby mieć pewność? Postępować według podanych zasad, bo one są ideacyjne, wyobrażają to, jak powinno być, ale należy pamiętać, że są one tylko statystyczną prawidłowością i etyczną potrzebą, która nie zastąpi dokładnej analizy źródeł i łutu szczęścia w kontaktach z realnymi źródłami informacji.
II.
O wolności słowa w Polsce napisała Dominika Bychawska-Siniarska, szefowa „Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce” HFPC. Wymieniła siedem grzechów głównych: zniewagę (istnienie art. 212 k.k.), autoryzację (według prawa prasowego z 1984 roku!), obowiązek rejestracji prasy (w Internecie), areszt prewencyjny dla słów (art. 23 i 24 k.c.), gazety samorządowe, łamanie tajemnicy dziennikarskiej przez służby, ingerencje właścicielskie w pracę redakcji.
Każdy z tych punktów został dokładnie omówiony. Najważniejsze tezy w skrócie:
-
Wolności słowa nie da się pogodzić z utrzymywaniem art. 212 k.k. Z sankcji karnych za zniesławienie zrezygnowały w ostatnich latach takie kraje, jak Ukraina, Bułgaria, Rumunia czy Gruzja. W Polsce z art. 212 skazano w 2011 roku 232 razy (w roku 2000 – 43 osoby). Nie dość – można by powiedzieć – że nie respektuje nasze państwo art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, to jeszcze dokręca śrubę!
-
Za brak autoryzacji dziennikarzowi grozi grzywna lub kara ograniczenia wolności. Zdaniem Bychawskiej-Siniarskiej taka regulacja ze względu na sankcję karną jest unikatowa w skali światowej!
-
Niejasne pozostaje prawo prasowe w kwestii rejestracji portali internetowych.
-
W oparciu o artykuły Kodeksu Cywilnego można prewencyjnie powstrzymać niekorzystną dla kogoś publikację, powołując się na ochronę czci i dobrego imienia. Autorka przywołuje casus aresztowanego filmu Henryka Dederki „Witajcie w życiu”. Od siebie dodam, że w ubiegłym roku został taką formą cenzury prewencyjnej objęty reportaż o zakonnikach z gdańskiej szkoły im. Św. Jana de La Salle.
-
Wydawanie przez samorządy gazet godzi – według Bychawskiej-Siniarskiej – w istotę wolności i swobodę słowa.
-
Służby specjalne naruszają dziennikarskie prawo do ochrony tajemnicy źródeł informacji.
-
Właściciele mediów nie przestrzegają standardów dziennikarskiej i redakcyjnej niezależności. Przykładem jest sprawa zwolnienia redaktora naczelnego i trzech dziennikarzy po publikacji „Trotyl na wraku Tupolewa”. Do zwolnienia doszło m.in. w związku z odmową ujawnienia przez nich dziennikarskich źródeł informacji.
Konkluzje autorki są niewesołe: w obronie wolności dziennikarzy nie staną politycy, którzy sami są zainteresowani utrzymywaniem instytucji dyscyplinujących media. Absurdalne jest również to, że wciąż obowiązuje w Polsce prawo prasowe z 1984 roku, podtrzymujące takie choćby relikty jak autoryzacja dosłownie cytowanej wypowiedzi, czy istnienie fantomowej Rady Prasowej. Kuriozalny jest art. 2 Prawa Prasowego, który mówi, że:
Organy państwowe zgodnie z Konstytucją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stwarzają prasie warunki niezbędne do wykonywania jej funkcji i zadań, w tym również umożliwiające działalność redakcjom dzienników i czasopism zróżnicowanych pod względem programu, zakresu tematycznego i prezentowanych postaw.
Niezrozumiałe jest, jak można poważnie traktować ustawę, która powołuje się na PRL nieistniejącą od przeszło 20 lat! Niestety, ta ustawa obowiązuje i wciąż szkodzi dziennikarzom, bo w myśl zawartych w niej artykułów dziennikarze skazywani są prawomocnymi wyrokami sądowymi. Zgadzam się z większością ocen i sądów autorki, i tym bardziej odczuwam nieadekwatność 22. pozycji Polski w światowym rankingu wolności prowadzonym przez organizację Reporterzy Bez Granic. Zanim zdobędziemy prawo do mówienia o wolności mediów w Polsce, powinniśmy wyeliminować wszystkie negatywne zjawiska, o których wspomina w swoim artykule Dominika Bychawska-Siniarska.
III.
Ważne kwestie relacji pomiędzy tradycyjną gazetą a jej transformacją w Internecie poruszył redaktor naczelny „Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski. Temat: jak przeprowadzić gazetę do Internetu? Problemy, przed którymi staje redaktor naczelny (a może wydawca?) autor nazywa dylematami „Mojżesza z Papieru”. Jakie to dylematy? Po pierwsze, „czy ja tam muszę iść?” Następnie: „czy z dwoma plemionami dojdę do mety?” (te dwa plemiona to dziennikarze pracujący na potrzeby gazety i dziennikarze internetowi). Dylemat trzeci: jak oba plemiona zjednoczyć? Czwarty: „skąd wziąć pieniądze, żeby utrzymać redakcję, nie uprawiając przy tym prostytucji?” I piąty: zmienić etykę i kraść z Internetu czy nie?
Jastrzębowski jest świadom tych wszystkich trudności, bo sam prowadzi i gazetę papierową, i gazetę w Internecie. Proponuje rozwiązanie umiarkowane: łączenie obu typów działalności. Jednocześnie, redaktor naczelny musi pokazać wszystkim wewnątrz redakcji, że droga jest słuszna, choć wyboista. Dziennikarze tradycyjni muszą nauczyć się Internetu, ci online zaś – samodzielnego pozyskiwania informacji, jej weryfikowania i redagowania. Jastrzębowski pisze o bojkocie ze strony dziennikarzy tradycyjnych, którzy nie chcą uczyć się nowego sposobu pisania tekstów i tytułów. Problem to znany z wielu redakcji zagranicznych i polskich. Z czasem, a jest to chyba proces nieunikniony, albo ludzie się asymilują, albo odchodzą. Trudności z adaptacją mają na ogół dziennikarze starszego pokolenia.
Najważniejszą sprawą wydaje się jednak pozyskiwanie środków na działalność wydawniczą. Jastrzębowski podkreśla, że nie należy iść na łatwiznę i korzystać z darmowych materiałów przepisywanych z Internetu, lecz tworzyć własne, unikalne, obszerne i odpowiadające potrzebom odbiorców materiały prasowe. Ta deklaracja jakby „z ust” redaktora naczelnego drugiego pod względem sprzedaży w Polsce tabloidu może niektórych dziwić. Dla mnie jednak potwierdza ona ambicje „Super Expressu” bycia nie tyle brukowcem, co gazetą wpływową i opiniodawczą.
IV.
Afera ze Snowdenem uświadomiła nam kruchość naszej prywatności. Charles Crawford, były ambasador Wielkiej Brytanii w Warszawie utwierdza nas w przekonaniu, że nie mamy na co liczyć – Wielki Brat już tu jest. Współczesna technologia pozwala zbierać informacje w każdym zakątku świata, a kto ma informacje ten ma władzę. Ludzie są postrzegani jako organizmy emitujące dane. Informacje zebrane razem, jeśli dotyczą jednej osoby, są jej potencjalną reprezentacją.
Dane o sobie rozsiewamy wszędzie, np. Twitter jest wartościowym narzędziem informacji o jego użytkownikach. Te różnorodne dane są zbierane przez rządy. Crawford pyta: czy chcemy, aby rząd był silny, czy chcemy budować granicę przeciw tej opresji? I proponuje na przykład, żeby wprowadzić potężne komputery, które przeszukiwałyby światowe zasoby danych w poszukiwaniu podejrzanych wzorców zachowań. Oczywiście, nadzorcy tego systemu powinni podlegać kontroli i audytom. Dla tego systemu, urządzonego a la Orwell (to moja uwaga – M.P.) rządy, biznes i obywatele stanowią ciekawe wzory danych. Niemożliwe będzie – akcentuje Crawford – bycie anonimowym, a dane emitowane przez ludzi, zbierane i przechowywane, „będą wskazywały na wzorce zachowań i lojalności, które będą mogły być użyte zarówno w dobrych, jak i złych celach (podkreślenie – moje), zarówno przez agencje rządowe, jak i prywatne organizacje”. Zdaniem Crawforda doprowadzi to do spadku przestępstw, bo od razu będzie wiadomo kto, co i gdzie ukradł lub na kogo napadł. Bycie obserwowanym ma być gwarancją naszej wolności i bezpieczeństwa.
Crawford nazywa Snowdena zdrajcą, a jego fanów pożytecznymi idiotami. Nie wiem, w jakim stopniu autor utożsamia się z prezentowanymi poglądami i aprobuje opisywany przez siebie kierunek zmian, a w jakim pisze o nich jako zmianach, których nie można powstrzymać, bo są one zdeterminowane technologicznie. Tak, czy inaczej, jego stwierdzenia odnośnie do Snowdena, jak i wyrażone we wnioskach przekonanie o tym, że obserwacja (nawet mocniejsza i bardziej dotkliwa niż u Orwella) jednostki i nadzór nad nią dają jej gwarancje wolności i bezpieczeństwa, wywołuje mój sprzeciw i niezgodę. Otóż cała afera ze Snowdenem pokazuje, że niemożliwe jest jednocześnie zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa oraz absolutnej wolności i prywatności inwigilowanym jednostkom. Aleksandra Sowa, badaczka nowych mediów, w artykule „Prywatność 4.0 Skandale, prorocy oraz szczypta herezji” napisała, że jedną z zasług Edwarda Snowdena jest „uświadomienie społeczeństwu o >manii inwigilowania< społeczeństwa. Nie ukrywam, że ten typ myślenia jest mi bliższy niż byłego ambasadora w Warszawie, Belgradzie i w Sarajewie. Nazwanie Snowdena zdrajcą jednoznacznie bowiem określa sympatie autora. Moje są po drugiej stronie. I sądzę, że może wskutek działalności takich „pożytecznych idiotów” jednak nie spełnią się wizje Orwella (Rok 1984), Truffuat (Fahrenheit 451) i Crawforda, bo wszakże – jak pisze sam Charles Crawford – jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma wybór.
Cztery artykuły, cztery różne spojrzenia na współczesne problemy mediów, prywatności i wolności. Na tym lektura „Nowych Mediów” oczywiście się nie kończy. Warto przeczytać jeszcze m.in. Alana D. Muttera o rozcieńczaniu dziennikarstwa, Radosława Sikorskiego o twitterowej dyplomacji, Piotra Gabryela o przyszłości dziennikarstwa, czy Eryka Mistewicza o trzeciej dekadzie Orwella. Przekaz ich wszystkich jest wspólny i jednoznaczny: nadchodzi nowa era, nie wiadomo tylko, czy się jej bać, czy oczekiwać z ufnością.
Marek Palczewski
Autor jest adiunktem w Katedrze Dziennikarstwa SWPS w Warszawie
Nowe Media 6 4/2013
