Podczas cyklicznej audycji Jacka Żakowskiego w TOK FM, Tomasz Lis tak komentował książkę „Resortowe dzieci”: ”To nie jest amerykańskie… Lustrowanie polityków czy dziennikarzy w pale się nie mieści! A to, co wyprawiają żule z prawicowego lumpeksu, jest w okolicach mainstreamu” – cokolwiek by to miało znaczyć. Można oczywiście odpowiedzieć w podobnej konwencji: ”A co wyprawiają żule z lewicowego lumpeksu? Na przykład kłamią jak najęci”. Ale ktoś musi utrzymywać europejskie standardy publicznej debaty, żeby o nich do końca nie zapomniano. Więc odpowiem tylko: „Hm, zastanawiam się, dlaczego kolega Lis mija się z prawdą?”, pytanie, jakie można zadać nawet w brytyjskim parlamencie. Był przecież przez 2,5 roku korespondentem w USA, napatrzył się i nasłuchał jaką rolę odgrywa w systemie demokratycznym wolność słowa oraz pełna transparentność życia, także prywatnego, polityków, wszystkich osób publicznych, lecz pewnie był tam zbyt krótko lub zbyt dawno, więc zdążył zapomnieć.
A już przeciwstawianie „rynsztokowej prawicy” mitu mniemanego inteligenckiej, trzymającej się zasad etyki, o nienagannych manierach Unii Wolności, jeszcze raz przypomniał, że od początku był to jedynie mit. A właściwie nie mit - bo mit zakłada jednak przynajmniej jakieś odległe echa prawdziwych zdarzeń - tylko wizerunek medialny. Lecz teraz, kiedy dzięki prawicowym mediom, wydawnictwom znamy już wiele prawdy o ROADZIE, Unii Wolności i Unii Demokratycznej – niewtajemniczonych informuję, że to ta sama partia, tylko inne ksywki - odwoływanie się dziś do inteligenckiej, eleganckiej, etycznej Unii Demokratycznej, to dobre parę lat za późno. O wiele, wiele „mostów” za daleko. Przecież dziś nawet jej byli członkowie nie rozpoznaliby się w tym wizerunku, kreślonym w TOK FM przez Tomasza Lisa!
A teraz wracając do mijania się z prawdą Lisa. Bo przecież nie może nie wiedzieć, że w demokracjach polowanie na polityków, nie tylko podczas kampanii wyborczej, trwa 24/7 czyli na okrągło. Jest nawet specjalne słowo „fishing”, które znaczy łowienie ryb, ale także węszenie dziennikarzy wokół polityków, aby dokopać się prawdy, jakichś faktów, które skrzętnie skrywa. Nieprawidłowości, korupcji, przekroczenia swoich uprawnień czy prywatnych skandali, słowem „szkieletu w szafie”. Najbardziej znanymi sukcesami dziennikarzy w tym „wędkowaniu”, był skandal Watergate i rezygnacja Richarda Nixona czy wykrycie podwójnego życia Billa Clintona, który tylko cudem uniknął impeachmentu. Życiorys polityka, czy innych osób publicznych w demokracjach musi być jawny i transparentny, i jest to żelazna zasada. Dzięki mediom wyborcy znają mocne i słabe punkty kandydatów na prezydentów, premierów, posłów i senatorów, i w taki sposób, mając w miarę pełną informację, mogą wybrać swego reprezentanta. Inaczej jest to tylko „zabawa w chowanego”. Ten element dostępu obywatela do informacji o osobach publicznych jest na Zachodzie traktowany bardzo poważnie, i stanowi jeden z ważniejszych przywilejów/praw obywatelskich. W Wielkiej Brytanii wszyscy wiedzą, że ojciec Davida Camerona jest milionerem, że był self-made-manem, czyli dorobił się swego majątku sam, żona premiera, Samantha, pochodzi z arystokratycznej rodziny Berkeley Sheffieldów, a zmarły synek cierpiał na autyzm. A kiedy okazało się, że znany publicysta polityczny BBC Andrew Marr, kiedy miał pozamałżeński romans i załatwił sobie zakaz sądowy wspominania o tym przez media (super-injunction order), i w jakimś momencie dotarło to do opinii publicznej, Marr bez końca przepraszał swoich widzów i czytelników.
W październiku mieliśmy nad Tamizą skandal, którego wątpliwym bohaterem stał się przywódca labourzystowskiej opozycji, Ed Miliband, i jego zmarły w 1994 roku ojciec Ralph. Podobieństwo do sytuacji rodzinnych, opisanych przez Dorotę Kanię, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza w ich „Resortowych dzieciach” – uderzające. A i reakcja owych „resortowych dzieci”, brytyjskich czy polskich – identyczna. Na początku października w konserwatywnym tabloidzie Daily Mail (o trzy gwiazdki lepszy od Super Expressu, zwłaszcza sobotnia publicystyka) pojawił się artykuł Goeffreya Levy „Człowiek, który nienawidził Wielką Brytanię”, przy czym tym człowiekiem był ojciec szefa opozycji Eda Milibanda, Ralph. Z materiału tego wyłania się obraz komunisty, entuzjasty rewolucji francuskiej, radzieckiej, a potem kubańskiej, aż do końca lat 50. wierny sojusznik sowieckiego totalitaryzmu, przeciwnik Kościoła, monarchii, wolnego rynku, przy każdej okazji dezawuujący brytyjską historię i tradycję. A kto zaręczy, czy nie stała za nim rosyjska agentura? Levy, cytując wystąpienia Ralpha Milibanda, dowodził, że wiele z jego komunistycznych teorii znaleźć dziś można w speechach syna Eda, zwanego zresztą „Czerwonym Edem”, np. podczas ostatniej dorocznej konferencji we wrześniu b. roku. „Nie dziwię się – pisał Levy - że pewne stereotypy marksistowskiego myślenia Ralph zaszczepił w swoim synu, ale jestem zaskoczony, że teraz, gdy już wiemy, że komunistyczny totalitaryzm był jednym z najstraszniejszych reżimów w historii, >Czerwony Ed< próbuje lansować go w programie Labour Party”. Dodajmy – z jednej strony promuje post-komunizm, z drugiej – jak się zaraz przekonamy – próbuje zatrzeć ślady, skąd te pomysły pochodzą, i robi prawdziwe piekło, kiedy konserwatywna prasa publikuje informacje, dotyczące pracy i działalności politycznej jego ojca. Dokładnie jak liberalna lewica w Polsce.
Po opublikowaniu tekstu Goeffyera Levy, w lewicowych mediach, z BBC, ale także komercyjnej ITV, w Guardianie i post-komunistycznej Morning Star, rozpoczęła się zbiorowa histeria. Na głowy naczelnego i autora tekstu – oczywiście pod pretekstem „ratowania dobrych standardów dziennikarskich” - wylano wiele kubłów pomyj. Zaprezentowano taki brak obiektywizmu, szacunku dla prawdy, faktów i wolności słowa, jak ich koledzy „po poglądach” w Polsce po ukazaniu się „Resortowych dzieci”. Twierdzili, iż to nieprawda, że ojciec Eda „nienawidził Wielkiej Brytanii”, że to nieetyczne, aby krytykować człowieka, który nie może się bronić, i powoływać na ojca, aby uderzyć w syna - choć „Czerwony Ed” sam w co drugim wystąpieniu cytuje swego ojca, i przed wydrukowaniem tekstu Levy’ego często zwierzał się, jak jest z niego dumny. I w istocie nic się w sferze faktów nie zmieniło, prócz tego, że dziennikarz wyciągnął z archiwum te „powody jego dumy”. Znów podobne jak w Polsce.
Wkrótce ta lewicowo-liberalna histeria zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Gromkim głosem wołano o zaostrzenie prawa prasowego, Ed Miliband, broniący „dobrego imienia” swego ojca nie wychodził ze studiów BBC, chyba po to aby udać się do ITV, Daily Mail porównywano do zamkniętego na cztery spusty za hackerstwo, szmatławca News of the World, a wydawnictwo Associated do imperium Murdocha. Ktoś nawet zażądał zamknięcia Daily Maila (2.7 mln egzemplarzy dziennie!), choć wszyscy dobrze wiedzieli, że tam chodziło o zarzuty natury kryminalnej, a tu – o wolność słowa i dziennikarskiej wypowiedzi. Ale liberalna lewica od 200 lat tak ma, wspominał o tym już Edmund Burke w bardzo interesujących i dziś „Rozważaniach o rewolucji we Francji”. I wtedy w sukurs przyszedł inny publicysta Daily Maila, Stephen Glover, który w swoim materiale dowiódł hipokryzji lewicy, która "»tańcząc na grobie premier Thatcher« wykazuje nadmierną wrażliwość, jeśli idzie o ojca Eda – marksistę”. Przytoczył kilka faktów – zachowań brytyjskiej lewicy po śmierci Margaret Thatcher, m.in. skandowanie przez lewicowych aktywistów podczas ulicznych zabaw „Co za radość! Maggie nie żyje!”, twittu byłego posła z ramienia Partii Pracy George’a Gallowaya „Niech wreszcie spłonie w piekielnym ogniu!” i słów byłego labourzystowskiego radnego Dereka Pattona, który publicznie stwierdził, iż „bardzo żałuje, że pani premier w ogóle się urodziła”. Wtedy lewicowe media nie protestowały przeciw łamaniu etyki dziennikarskiej, co więcej, najwyraźniej wspierały tych, którzy to robili. Te okrzyki, te twitty bardzo przypominały incydenty na Krakowskim Przedmieściu po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Bo liberalna lewica tak ma, czy to brytyjska czy polska. To samo DNA, ta sama sztanca myślenia, i nie ma to nic wspólnego ani z demokracją, która jednak zakłada egalitaryzm i społeczną sprawiedliwość, ani etyką, ani etykietą. A audycja Jacka Żakowskiego w TOK FM była tylko jednym z tysięcy dowodów.
Elżbieta Królikowska-Avis
30 grudnia 2013
