Jest przedziwnie skonstruowana, jakby składała się z narracji wpisywanych w inne narracje; każda zaś zawiera odmienne treści utkane z tego samego materiału tematycznego. A mimo to nie staje się bełkotliwa, kompozycyjnie niezborna. Wprost przeciwnie, wydawca („Słowa i Myśli”) na ostatniej stronie okładki sugeruje, że od książki naszego kolegi Jacka Wegnera „trudno się oderwać, jej akcja rozwija się niczym u Toma Clancy’ego czy Fredericka Forsytha. Gdybyśmy żyli w Ameryce, to w Hollywood powstałby oparty na niej sensacyjny thriller…”. Idąc tym tropem chciałoby się zachęcić do tej publikacji rodzimych filmowców, ponieważ owo „gdyby” nigdy się nie spełni, nigdy jako zwarty naród nie będziemy przecież żyć na antypodach. Cała zresztą, bez wyjątku, treść publikacji dotyczy wyłącznie Polski.

Jednak nie ma odniesień do wielkich dziejów naszego państwa i narodu. Kanwą treściowo-problemową jest tu bowiem wydarzenie tak błahe, że waham się nadać mu przydawkę „historyczne”, jakkolwiek wszystko, co dzieje się publicznie w sferze wspólnoty narodowej i państwowej, zapisuje się automatycznie na trwałych kartach przeszłości. Owa historyczność książki Jacka Wegnera ”Zamach na Lenina. Krótka historia Ruchu” jest wszakże mocno zawikłana. Autor w wieloosobowych narracjach pisze, o czymś, czego… nie było. Wyjaśnia mianowicie we wstępie, że „Niezmaterializowane, a tworzone z wielką determinacją i odwagą projekty spalenia muzeum leninowskiego, były i są niewątpliwie z punktu widzenia skutków politycznych więcej niż błahe. Lecz historia wcale nie musi obfitować w wielkie wydarzenia, żeby była dramatyczna i ważna. Natomiast zawsze uwidacznia postawy tych, którzy ją tworzą. I to jest w dziejach najistotniejsze”.

Przeszłość, w której miało się dokonać coś, a nie dokonało, jest dla twórcy tego dzieła pretekstem do zaglądania ludziom, swym bohaterom, w dusze i umysły, a nawet obserwowania ich obyczajów. Przy czym znakomita większość owych bohaterów to herosi nie jedynie książkowi, a prawdziwi, wielu z nich żyje pośród nas i może zaświadczyć, że to, czego nie było… było naprawdę. Planowali bowiem mniej więcej od wczesnej wiosny 1970 r., że wysadzą pomnik Lenina w Poroninie, gdzie od 1947 r. „stało” wielkie muzeum jemu poświęcone z jego posągiem spiżowym dwu i półmetrowej wysokości, ważącym trzy tony, bardziej patetycznym niż rzeźby starożytnych bóstw.

W tamtym roku 1970 przypadała setna rocznica urodzin architekta Rosji bolszewickiej, największego znanego nam imperium wyrafinowanych morderstw i prostackiego kłamstwa, powtarzanego bez końca. Propaganda władzy peerelowskiej tak zgoła histerycznie indoktrynowała nasze społeczeństwo wielkością tego człowieka, że wielu Polaków po prostu nie mogło znieść tego natręctwa.

Już wcześniej, w połowie lat sześćdziesiątych, ukonstytuowała się grupa młodych inteligentów, których szczególnie gniotła dyktatura partii służącej interesom Rosji sowieckiej. Ci młodzi czuli się tak poniżeni w swej godności narodowej owymi irracjonalnymi obchodami leninowskimi, że postanowili zniszczyć poroniński pomnik Lenina. Okazał on jednak za duży, jak na ich pirotechniczne możliwości. Zmienili więc zamiar: zamiast wysadzać monument, podpalić muzeum. Zaczęli planować to przedsięwzięcie tak skrupulatnie i długo, aż aresztowała ich Służba Bezpieczeństwa, która inwigilowała każdego z nich i wszystkich razem, od kiedy tworzyli grupę.

Pierwsza więc warstwa narracyjna to wspomnienia trojga uwięzionych, lecz owe relacje nie następują bezpośrednio po sobie; wplecione są w nie ipeenowskie raporty esbeków. Dochodzi nadto narracja czwartej osoby, pisana przezeń, lecz niedotycząca pomysłu dywersji poronińskiej, a w ogóle działań owej grupy, z wyrazistym uwydatnieniem opinii i roli samego relacjonującego. Byłoby to jakby szczególne wprowadzenie, od którego  normalna, nie filmowa książka, powinna się zacząć.

Druga warstwa, najspójniejsza, to narracja autorska, faktograficzna. Autor pisze o tym, czego zdołał się dowiedzieć z dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej.

Wreszcie trzecia warstwa, też w miarę spójna. Jej wymowa jest właściwie najsmutniejsza, pokazuje bowiem, upadek dwóch dawnych protagonistów konspiracyjnego związku. Zwłaszcza jednego, który zresztą już w śledztwie zradzał współtowarzyszy tajnej walki o zachowanie godności narodowej i obywatelskiej. Dzisiaj zaś swym ordynarnym zachowaniem kompromituje Sejm, a więc i Polskę. Ten niegdysiejszy prawdziwy bohater w latach osiemdziesiątych wydał drukiem pod pseudonimem książkę w tzw. drugim obiegu o działalności tego „Ruchu”, wychwalając w niej wszystkich zdradzanych i naturalnie siebie. Później, zrobiwszy niebywałą karierę parlamentarną, opublikował jeszcze parę rozpraw publicystycznych, nawet nieźle napisanych. W tygodniku „Do rzeczy” (9-15 grudnia) anonimowy autor notatki „Jak Stefan tępił Lenina” anonsując ukazanie się książki Jacka Wegnera napisał, że przywołuje ona wydarzenia dawne, kiedy ów antybohater „nie zajmował się jeszcze mową nienawiści”...

Ale wracam do tematu pracy „Zamach na Lenina…”. Otóż okazuje się, że „poszarpana” struktura narracyjna osobliwie nie utrudnia percepcji, wprost przeciwnie czyni lekturę łatwą, miłą i atrakcyjną. Jeden z rekomendujących ją na ostatniej stronie okładki napisał, że książkę „czyta się z zapartym tchem”. I inny zaś, profesor z IPN, wieszczy, że „zostanie okrzyknięta książką roku” albo, co najbardziej prawdopodobne, „bezczelnie wpuszczona do kanału zapomnienia”...

Puentą moich rozważań i jednocześnie kwintesencją „Zamachu na Lenina…” jest, jak sądzę, ostatnia notka rekomendacyjna z okładki: „mało jest książek, które są jednocześnie tak realistyczne i tak zaskakujące. Jacek Wegner opowiada o tajnych służbach, miłości i zdradzie, dramatycznych ludzkich losach, które łamie przemoc totalitarnego państwa”. A we wspomnianym anonsie w „Do rzeczy” jest nadto napisane, że „autor opowiada, nie szczędząc anegdot”.

Podsumujmy: wielość płaszczyzn i języków narracji o tajnych służbach, miłości i zdradzie, realizm i dramatyzm, powaga i anegdota.

Rzeczywiście surogat scenariusza filmowego, wystarczy opisy przetransponować w logiczne, quasi fabularne, wizualne sekwencje i mamy film.

Anna Malinowska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl