Skandal pod tytułem „wolność czy bezpieczeństwo”, przetaczający się od kilku miesięcy przez media, nabiera dynamizmu.

Zaczęło się od tego, że 30-letni Edward Snowden, były pracownik CIA i kontraktor NSA - nie wiadomo dlaczego nazywany przez lewicowe media „whistleblower” a nie szpiegiem i zdrajcą - przekazał prasie tajne informacje o PRISM i Tempora Internet Surveillance, programach inwigilacji, prowadzonych przez Agencję Bezpieczeństwa Publicznego, które polegały na monitorowaniu skrzynek mailowych, połączeń telefonicznych oraz portali społecznościowych obywateli. Teraz pytanie - komu Snowden przesłał te skradzione informacje – może konserwatywnemu Timesowi czy stacji telewizyjnej Fox News? Nie, skontaktował się z brytyjskim Guardianem, lewicowo-liberalnym dziennikiem, znanym m.in. ze swego poparcia dla redaktora naczelnego WikiLeaks Juliana Assange’a, który niedawno ujawnił setki tysięcy tajnych informacji, także z zakresu bezpieczeństwa narodowego kilku krajów, a który od czerwca ub. roku, uciekając przed szwedzkim wymiarem sprawiedliwości, przebywa w ambasadzie Ekwadoru w Londynie.

The Guardian ma wieloletnią praktykę w wojnie ideologicznej, nieodmiennie opowiada się po jednej stronie, i nie są to bynajmniej konserwatyści. To najbardziej opiniotwórcze forum prasowe brytyjskiej lewicy, które często gości na swoich łamach Timothy Gartona Asha, Jeremy Paxmana oraz Pauline Toynbee. Jak działa ten system naczyń połączonych, dowodzą słowa TGA we wczorajszym lewicowym programie Today BBC Radio 4, gdzie na nieśmiały argument gospodarza Johna Humphreysa, że służby bezpieczeństwa są być może potrzebne, aby chronić nas przed terrorystami, odpowiedział starą lewicową mantrą: ”Civil liberty – first, security – second”. Ani słowem nie wspomniał o prawie obywateli swego kraju do życia w spokoju i pokoju, a – wziąwszy pod uwagę fakt, że w ciągu ostatnich 5 -7 lat w Wielkiej Brytanii 122 osób zostało skazanych z paragrafu o terroryzm – jest się czym przejmować. Żadnego wrażenia nie zrobiła na nim także opinia sir Davida Omanda, byłego szefa GCHQ i doradcy kilku premierów, który stwierdził publicznie, że „przeciek informacyjny Snowdena, to dla brytyjskich służb najpoważniejsze uderzenie w historii – gorsze nawet w skutkach od siatki szpiegowskiej z Cambridge”. A kiedy dodał, że jego zdaniem, teraz materiały dotyczące brytyjskiego bezpieczeństwa narodowego, ”są z pewnością analizowane przez chińskie i rosyjskie służby”, widać, że w tym miejscu zabawa się skończyła. Jeśli przypomnieć, że Guardian zawsze bagatelizował znaczenie słynnej afery „piątki z Cambridge”, a z używanego na jego łamach słownictwa dawno zniknęły takie słowa jak patriotyzm, interes narodowy, brytyjska racja stanu, obraz całości staje się jakby bardziej czytelny.

Wiadomo dlaczego Edward Snowden jest ścigany przez służby Stanów Zjednoczonych, i że są to zarzuty ujawnienia ściśle tajnych tajemnic państwowych oraz szpiegostwa („1917 Espionage Act”). Wiadomo także, czemu szukał azylu w Hong Kongu (Chińska Republika Ludowa), a potem w Rosji, a nie we Francji, Szwecji czy w Polsce. I jak to się stało, że 13 września został nominowany do nagrody Sacharowa przez grupę Zieloni – Wolny Sojusz Europejski oraz Zjednoczoną Lewicę Europejską. Lecz tymczasem tylko NSA wie, co to były za informacje, za które otrzymał tymczasowy azyl w Rosji Władimira Putina. Podczas dokumentowania tego tematu w jednym z ostatnich numerów Timesa natknęłam się na pewien dość pikantny artykuł. Informował o przyznaniu Snowdenowi Nagrody Sama Adamsa za „krzewienie uczciwości w służbach bezpieczeństwa”. Na fotografii, obok samego Snowdena, widać było: Coleen Rowley z FBI, Thomasa Drake’a z NSA, Jesselyn Raddick z Departamentu Sprawiedliwości i Raya McGoverna z CIA. Oto szpieg, działający na szkodę interesów swojego kraju - USA, otrzymuje w Moskwie szacowną nagrodę ustanowioną przez weteranów amerykańskich służb bezpieczeństwa! Od kogo, kto wybór laureata autoryzował? Kilku byłych pracowników tych instytucji, na urlopie w stolicy Rosji. Obok zadowolonego Snowdena – uśmiechnięta Sarah Harrison, pracownica WikiLeaks, która towarzyszyła mu w negocjacjach najpierw w Hong Kongu, a potem w Moskwie. Wiele tu paradoksów i znaków zapytania, ale ten puzzle wydaje się dobrze pasować do paskudnego obrazka.

Tymczasem afera Snowdena rozszerza się z szybkością zarazy w średniowiecznej Europie. Media podały właśnie informację, że Stany Zjednoczone podsłuchiwały telefony komórkowe 35 liderów państw, co już napsuło sojusznikom wiele krwi. Ostatni w serialu był news, że NSA od lat podsłuchiwała połączenia telefoniczne kanclerz Angeli Merkel. Podobno z dokumentu NSA wynika, że także inne departamenty były zachęcane do zbierania informacji na temat wysokich figur politycznych i wojskowych - telefony, faksy, komórki. Podobno jeden z wysokich urzędników przekazał ponad 200 numerów, w tym 35 nie wymienionych z nazwiska głów państw, które ponoć natychmiast zostały wykorzystane. A ostatnio Der Spiegel, dziennik, który trudno byłoby nazwać konserwatywnym, i który w maju opublikował wywiad ze Snowdenem, doniósł, że komórka Angeli Merkel była także na podsłuchu. Oczywiście, Merkel oświadczyła, że to „niedopuszczalne”, wezwała prezydenta Stanów Zjednoczonych do wyjaśnienia sprawy, pouczyła, że „przyjaźń i współdziałanie powinny opierać się na zaufaniu”, i zażądała nowych międzynarodowych ustaleń na ten temat do końca roku. A co będzie, jeśli w międzyczasie inny kontrolowany przeciek przyniesie dowód, że niemiecki, francuski i hiszpański wywiad i kontrwywiad robią dokładnie to samo, co Stany Zjednoczone? Przecież to są działania rutynowe służb bezpieczeństwa.

Ciekawe, że w materiałach Snowdena dostajemy jak dotąd informacje o wysokim poziomie uogólnienia: „pewien pracownik NSA”, ”nieznany dotąd dokument z NSA”, „istnieje prawdopodobieństwo”, itd. Ile w tych dokumentach - do których 99.9% mediów nie miało dostępu, a gazeta która miała, to lewicowo-liberalny Guardian - prawdy, a ile bicia piany? Na ile jest to dalszy ciąg prób, po aferze WikiLeaks, rozbicia już nadwątlonego sojuszu amerykańsko-europejskiego, skłócenia aliantów, skompromitowania amerykańskich służb bezpieczeństwa, wykazania, że wszystko, czym się zajmują, to podglądanie i podsłuchiwanie obywateli, poza wszelką kontrolą i na globalną skalę? Stąd celowe przecież „zapominanie”, czemu w istocie MI5, MI6 oraz GCHQ, brytyjski odpowiednik NSA, służą? Chyba niezłą wykładnię konieczności istnienia służb bezpieczeństwa dał ostatnio w Brukseli premier Cameron: ”Podstawowym obowiązkiem rządu jest zapewnić bezpieczeństwo państwu i obywatelom. I nie zgadzam się z tymi liderami Unii Europejskiej, którzy krytykują pracę GCHQ i NSA, bo ich praca wielokrotnie ratowała ich obywateli przed terrorystycznym atakiem. Ani z dziecięcym gaworzeniem (użył wyrażeń „lah-dih-dah and airy-fairy, co znaczy „opowieści z krainy wróżek”), które próbuje dowodzić, że najważniejsza jest wolność osobista”. Oskarżył Edwarda Snowdena „i gazetę, która mu pomagała” czyli  Guardiana, o pomoc terrorystom, „którzy zmierzają do wysadzenia w powietrze naszego domu i naszych rodzin”. Niestety, w Brukseli opinie Camerona nie są zbyt uważnie słuchane. Być może należy częściej i głośniej wspominać o referendum w sprawie „być albo nie być” Wielkiej Brytanii w Unii?

Elżbieta Królikowska-Avis

Londyn, 28 października 2013

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl