Słownictwo nieuchronnie staje się prymitywne; debata schodzi do poziomu plotki, a historia do poziomu bajki”. Czy to nie charakterystyka naszych czasów, naszych mediów? Przewidywał je prawie pół wieku temu Marshall McLuhan, kanadyjski medioznawca, a właściwie filozof-profeta mediów i doradca papieża, czego dzisiaj lewicujący medioznawczy wolą nie przypominać.

Polskie wydanie jego bodaj najistotniejszego dzieła, „Zrozumieć media. Przedłużenie człowieka” wyszło w bardzo dobrym tłumaczeniu Natalii Szczuckiej w 2004 r. i jakoś nie zwróciło specjalnej uwagi ni teoretyków, ni tym bardziej praktyków dziennikarstwa. Może dlatego, że autor wieszczy regres, którego doświadczamy, ba – którego z odbiorcami naszych wytworów często jesteśmy sprawcami…

Wynalazek druku rozpowszechnił wiedzę i ułatwił komunikację zarówno w sferze jednostkowej, jak i międzynarodowej. „W XVI w. druk – pisze McLuhan - przyczynił się do powstania indywidualizmu i nacjonalizmu”. A więc wzbogacił kulturę, wytworzył też obyczajowość dyskursu i - dziś trzeba dodać – nie przepoczwarzał polemik w inwektywy. Ani – co najważniejsze - nie niszczył języka. Albowiem i tak słowo pisane, obojętne, czy ściekające inkaustem z gęsich piór, lub składane z ołowiu, było elitarne. I chociaż po Gutenbergu elity przez prawie cztery wieki nie znały pojęcia praw autorskich, przyzwoitość nie pozwalała im pisarsko wykorzystać zapisanych cudzych myśli albo zapisywać własnych bez troski o porządek logiczny i estetykę słów oraz przejrzystość składni.

Sztuka literacka znacznie tu wyprzedzała dzisiejsze bezładne, niekomunikatywne, brzydkie i nierzadko wulgarne wypowiedzi internetowe. Wszelako w literaturze z początku minionego stulecia takie pisarstwo było świadomym zabiegiem mającym na cmentarzyku tradycyjnej powieści wytworzyć konwencję (i upodobania) „strumienia świadomości”. Oczywiście już w drugiej połowie tamtego stulecia owe eksperymenty – i osiągnięcia? - stały się czcze i dziś stanowią tylko zamknięty, niewielki, rozdział historii literatury światowej, z polskim wcale bogatym wkładem, o próbie - udanej lub nieudanej, zależy od interpretacji - unowocześnienia prozy literackiej.

Niebawem w sukurs regresowi przyszła elektronika – i stało się… ”McLuhan zauważył (…) – napisał Lewis H. Laphama, autor znakomitego wprowadzenia do „Zrozumieć media. Przedłużenie człowieka” - że przyśpieszające technologie przyszłości przenoszą nas z powrotem do, rozbłyskującej płomieniami ognisk jaskiń, neolitycznej przeszłości”. I właśnie wyprorokował… Internet.

„Nasze zachodnie wartości, zbudowane na słowie pisanym - pisał - zostały już w znacznym stopniu naruszone przez elektroniczne środki przekazu, takie jak telefon, radio i telewizję. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu wielu wysoko wykształconym ludziom trudno jest zgłębić ten problem bez popadania przy tym w panikę moralną”.

Może i jemu trudno było zgłębić istotę narastających przemian i chyba aby nie popaść „w panikę moralną”, lekceważył komputer, który w latach sześćdziesiątych zaczął być stosowany na Zachodzie zrazu w nader ograniczonym zakresie, a Internet był dopiero in statu nascendi. McLuhan przeczuwał, że oba te rodzące się instrumenty medialne, będą wkrótce determinować technikę pisarską, tym samym kulturę.

Bohdan Tomaszewski, nestor dziennikarstwa polskiego, u progu ery internetowej popadł również - zachowując stosowne proporcje – w „panikę moralną” i dał jej zwięzły, na wskroś dziennikarski wyraz („Rzeczpospolita” 9 sierpnia 2001 r.) w przesłaniu skierowanym do młodych kolegów z mediów elektronicznych; a wtedy Internet nie był jeszcze, chciałoby się powiedzieć: na szczęście, „czwartym medium”. Zachęcał ich, „tę generację, która dziś siedzi przy mikrofonie telewizyjnym i radiowym, żeby próbowali pisać. Pisanie jest męką, ale uczy języka. Nie można pisać kostropato w książce czy felietonie. Trzeba szukać nowych wyrazów i szanować słowo”. Postulat został unieważniony przez Internet, w którym każdy, kto chce, może pisać, co chce i jak chce. Pisanie w Internecie nie jest męką, wprost przeciwnie – przyjemnością milionów ludzi.

Natomiast gdy pisanie było męką, w kulturze zachodniej powstawały arcydzieła literackie, dziennikarstwo i publicystyka osiągały wyżyny, dzisiaj w zalewie niewyszukanych słów i zdeformowanych, prymitywnych zdań zupełnie już niedostępnych.

Jednak nie da się i nie wolno ograniczać powszechnej dostępności do Internetu. Zresztą spełnia on także rolę pozytywną, o jakiej tu żenująco byłoby pisać, bo w naszym środowisku jest aż nazbyt oczywista. Jednakże groźne są jego destrukcje językowe. A przecież, przepraszam za truizm, język to myślenie, myślenie to kultura. Więc co czynić, żeby zapobiec niszczeniu i nadawać ponownie językowi pisanemu wartości twórcze, pobudzające i podtrzymujące nieprzerwany rozwój kultury – żeby nas, wykorzystując przenośnię Słowackiego, zjadaczy chleba w aniołów przerabiał?

Wszelka sztuka i rzemiosło, którego tworzywem jest język, a więc i nasza profesja, nie mogą być demokratyczne, gdyż z natury, której zmienić się nie da, były, są i będą elitarne. Chyba że zgodzimy się na malarskie bohomazy, wrzaskliwie rytmiczną muzykę i językowe oraz myślowe bełkoty, nieraz ordynarne czy wulgarne. Lecz taka afirmacja cofałaby nas, wedle wieszczby Marshalla McLuhana, do jaskiń.

Może środowiska dziennikarskie zdołają zatrzymać ludzkość przed wejściem do nich? Obawiam się, że to pytanie jest i pozostanie, przynajmniej jeszcze długo, czystą retoryką. I tzw. internauci nadal będą z radością- bez twórczej męki - zapełniać dyski twarde, przepraszam za powtórzone słowo, bełkotem. I co będzie za kilka dziesięcioleci?

Już teraz trzeba rozmyślać o tej przyszłości, żeby znaleźć jakieś remedium chroniące przed degeneracją języka pisanego i mówionego oraz przekazać wiedzę o tym środku zaradczym następnym pokoleniom.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl