Zrazu się zachwyciłem – oto zdało mi się w połowie września, że zobaczyłem relikt mojej młodości zawodowej. Ostatni raz uczestniczyłem w redagowaniu graficznie podobnej czarnobiałej gazety mniej więcej dwadzieścia lat temu. Była drukowana w, rzekłbym, udoskonalonym przed ponad wiekiem Gutenbergu: składy były linotypowe, ich łamanie w ramach drukarskich.

Na początku, w aurze odzyskanej wolności, wszyscyśmy z niebywałym wcześniej zapałem pracowali nad tym pismem. Redaktorem naczelnym był Piotr Wierzbicki – zawiódł na całej linii, zaprzepaścił duży majątek, ponieważ chociaż mądry pisarz, publicysta i krytyk muzyczny, nie miał żadnego doświadczenia dziennikowego. To znaczy nie wiedział, jak się robi dziennik, używam tu kolokwializmu, albowiem myślę nie tylko o redagowaniu, ale również o organizacji i produkcji – w ogóle infrastrukturze. Wydawnictwami dzienników i pism dziennikopodobnych dużego formatu nie jest bowiem łatwo zarządzać. Po odejściu Wierzbickiego naczelni zmieniali się niczym w kalejdoskopie na coraz gorszych; kierował pismem nawet Stanisław Michalkiewicz i dziennik padł. Żaden naczelny nie miał potrzebnych umiejętności, więc zaprzepaszczona została przepiękna idea przyświecająca powołaniu i budowaniu zrębów wydawnictwa.

Ową zaś gazetę, jaka mnie w połowie września zafrapowała, kupiłem przed siedzibą Zarządu Głównego naszego stowarzyszenia od pięknej, młodej dziewczyny, która jak to niegdyś bywało, niczym uliczni gazeciarze trzymała pismo złożone na przedramieniu i proponowała przechodniom jego kupno. Spodobała mi się także ta arcydawna dystrybucja. Pomyślałem sobie z rozrzewnieniem – wraca, stare przedwojenne, kiedy kultura polska była w zenicie. Nawet pierwsze słowo tytułu jest pęknie staroświeckie: „kurier”. Lecz już następne – tajemnicze: „wnet”. W sumie „Kurier Wnet”. Pod winietą tytułową – „gazeta niecodzienna”.

Natknąłem się kiedyś w odniesieniu do takiej nieokreślonej częstotliwości na żartobliwe słowo „niecodziennik”. Może i owo pismo jest żartem dziennikarskim? Parodią – dla rozweselenia czytelnika - prawie czterechsetletniej tradycji szacownego słowa „gazeta”? Utrwaliło się ono w kulturze europejskiej po roku 1634, kiedy we Francji wydano pierwsze, w miarę regularnie ukazujące się pismo nazwane „La Gazette”. I proszę - kto zaprzeczy, że wszechobecna angielszczyzna nie zdołała jednak wyprzeć słownictwa i resztek kultury francuskiej. Notabene w leksyce i frazeologii ojczystej jest o wiele więcej zapożyczeń z francuskiego niż angielskiego (np. redakcja, reportaż, felieton, rzucić okiem, zająć miejsce, wziąć taksówkę, w trakcie pisania etc. etc.). I właśnie w naszym dawnym języku zawodowym, kiedyśmy drukowali gazety w technice typograficznej, drukarz wykonujący strony wedle makiety nazywał się z francuska metrampażem, od „metteur en pages” (dosłownie: układacz stron czy porządkujący lub przygotowujący strony). Niektórzy mylą tę funkcję z zecerem (źródłosłów niemiecki), a przecież zecer składał (przepisywał) teksty na linotypie. Między składem zaś a łamaniem jest różnica podobna do odmienności między pisaniem a redagowaniem…

Właśnie. Zasady szpiglowania, makietowania, kompozycji stron, adiustacji tekstów w sensie merytorycznym są w erze elektronicznej identyczne, jak przed stuleciem. Natomiast nieporównywalnie odmienne są techniki składu, łamania i druku. ów „Kurier Wnet” rozbudził moje wspomnienia nostalgiczne dlatego, że jego szata graficzna, jak powiedziałem, kojarzy się z grafiką staroświecką, jest wręcz jej imitacją. Zaprzecza więc niechlujstwu internetowemu, przyciąga wzrok, kusi do czytania odbiorców zmęczonych nadmiarem nowoczesności i łaknących choć trochę tradycyjnego ładu. Czyżby tedy była to próba pogodzenia tradycji z supernowoczesnością?

Wszelako czytelnik ze zdumienie stwierdza, że ów „Kurier Wnet”, zredagowany jest osobliwe. Na tak zwanym przed dziesięcioleciami „skrzydełku” na pierwszej stronie, z lewej krawędzi, a więc wedle medioznawców najłatwiej i najszybciej postrzeganej, w szarym tle (dawniej to wyróżnienie w czarnobiałej gazety nazywało się „na rastrze”), w blokach oddzielonych od siebie, jest kilka ważnych informacji odredakcyjnych, mających wyjaśniać zamierzenia wydawnictwa i redaktorów.

W pierwszym bloku wydrukowana jest trzywierszowa deklaracja ukazująca profil polityczny, że „chcemy wolności, silnej Polski…”. Trzecia osoba liczby mnogiej ma w mediach, zwłaszcza prasie, niezwykłą siłę perswazyjną, gdyż niweluje dystans między odbiorcą a twórcą pisma, autorami wypowiedzi. Dalej jest w tym bloku napisane, że chcemy „wolnego dostępu do (…) prawdziwych informacji. Bo tylko fakty się liczą”. Nieprawda! W naszej publicznej działalności liczą się również nasze opinie o poznanych faktach, zjawiskach pojętych jako zbiór faktów. A, jak wiadomo, fakty różni koledzy różnie interpretują, czyli sugerowana w domyśle super-obiektywność „Kuriera Wnet” mocno się wikła.

Na domiar złego odbiorca czytając sążniste teksty nie wie, kto ocenia i opiniuje, albowiem wypowiedzi dziennikarskie nie są podpisane. W trzecim, przedostatnim bloku owego „skrzydełka” na pierwszej stronie widnieje informacja, że „większość tekstów jest anonimowa” I znowu nieprawda – bo wszystkie są anonimowe. Oczywiście słowo „większość” ma znaczenie niekonkretne, powiedziałbym, rozciągłe, relatywne, a jednak coś określa, jest przeto przeciwieństwem braku. A właśnie na łamach „Kuriera Wnet” brak jest jakiekolwiek autorskiej sygnatury… Podpisy pod materiałami to nie wyłącznie satysfakcja autora, to przede wszystkim przejaw szacunku do czytelnika, który zawsze chce wiedzieć, kto w danej gazecie wyraził jaki pogląd. Sygnowanie wypowiedzi publicystycznych uwiarygodnia więc każdą gazetę.

Czytelnik „Kuriera Wnet” szybko się zorientuje, że niektóre teksty już gdzieś czytał, że były publikowane na innych łamach. I zaczyna łączyć spostrzeżenia: - niepodpisane, bo wtórne. Lecz dlaczego tej wtórności redakcja nie zaznaczyła? Zaczynają się mnożyć tajemnice.

Każde przedsięwzięcie medialne, obojętne czy internetowe czy w tradycyjnej formule, a dezorientujące odbiorcę, stawiające go przed niewiadomymi - jest, po pierwsze, niezgodne z aksjologią naszego zawodu, albowiem pracujemy po to, by informować konkretnie i jasno bądź równie komunikatywnie perswadować. Po wtóre – skutecznie odstręcza odbiorcę, który jeśli czegoś raz czy drugi nie zrozumie, wyłączy odbiornik, odłoży gazetę, zamknie Internet. I nasze działania tracą sens.

Podobnych niezrozumień jest w „Kurierze Wnet” nadmiernie dużo. Gazeta nie ma daty i liczby numerów. Jakże więc powiadamiać kogoś, że „Kurier Wnet” w numerze takim a takim umieścił to i to? Nie, raczej w egzemplarzu, który kupiłem pod siedzibą SDP u młodej dziewczyny… Cała gazeta staje się, mimo tytuł i podtytuł, amorficzna, jakby anonimowa, jakby była fantomem. Ma na szczęście paginację i czasami na górnych marginesach stron w kontrze podane są nazwy działów, wszelako jakie to działy - „Miejsca” albo „Ludzie - ?

Odbiorca dowiaduje się ze wspomnianego „skrzydełka”, że gazeta jest „własnością Spółdzielczych Mediów Wnet”, w naturalnym więc odruchu szuka w numerze, przepraszam, w egzemplarzu informacji o owym właścicielu - daremnie. Za to szczęśliwie poznaje nazwisko redaktora naczelnego (oba słowa pisane wielkimi literami) gazety redagowanej przez zespół „dziennikarzy Radia Wnet i ludzi z nami zaprzyjaźnionych”. Nowa tajemniczość: o dziennikarzach Radia Wnet można się stosunkowo łatwo dowiedzieć z Internetu, lecz o ludziach zaprzyjaźnionych – z kim: radiem czy gazetą? - byłoby już nieco trudniej.

Na tymże samym „skrzydełku” u dołu, już nie na rastrze, bez tła szarego, wydrukowane zaproszenie „do lektury i współpracy” I apel, żeby przysyłać „swoje informacje”. Ponowne zaniepokojenie: a artykuły, komentarze, reportaże, słowem, publicystykę - już nie? Acz nareszcie jest coś konkretnego - adres internetowy, pod który (nie, jak napisano niepoprawnie „na adres) można przekazywać teksty.

Dzięki niemu odbiorca „Kuriera Wnet. Gazety Niecodziennej”, zagubiony w labiryncie niedopowiedzeń, może zrozumieć zamierzenia zespołu redakcyjnego i „ludzi zaprzyjaźnionych”. Ta gazeta w intencji jej twórców ma być symbiozą dziennikarstwa prasowego, radiowego i internetowego. Te trzy rodzaje mediów mają się w tym papierowym przedsięwzięciu ściśle uzupełniać, więcej – uwspółuzależniać. Eksperyment oryginalny i odważny. Ale czy udany? Czy nie zakończy się tak, jak wspomniane na początku krótkie dzieje wspaniale zapowiadającej się gazety z pierwszych lat ostatniej dekady XX w.?

„Kurier Wnet” graficznie kojarzy się ze staromodonymi sposobami redagowania gazet codziennych i niecodziennych, rozbudza nostalgię za prawdziwym dziennikarstwem prasowym, ale zarazem zamiast fascynować powagą merytoryczną i kunsztem redaktorskim, rodzi w lekturze tyle pytań i wywołuje tyle wątpliwości, że lepiej nie próbować przewidywać jego przyszłych losów. Niech młodzi dziennikarze żyjący na co dzień Internetem i z Internetu spróbują go ocenić. A właściciele przekonają się niebawem, czy cel merkantylny, o jakim tu z rozmysłem nie wspomniałem, będzie osiągnięty.

Czego szczerze życzę, choć wątpię…

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl