Kiedyś wszystko było proste. Dziennikarz reprezentował redakcję, w której pracował. Gazety, stacje, rozgłośnie miały swoją linię, a pracownik musiał się do niej dostosować. Nie chodzi tylko o linię programową, równie ważna była forma, bo w dużej mierze to ona tworzyła różnicę między mediami. Zwłaszcza gdy linia była dominująca (a tak z krótkimi przerwami działo się na naszej medialnej scenie przez lata III RP), to właśnie sposób przekazu był dla odbiorcy decydującym wyróżnikiem. Istniała co prawda instytucja freelancerów, którzy pracowali dla kilku tytułów, ale ci specjalizowali się w publicystyce, reportażu czy dziennikarstwie śledczym i nie musieli (nie chcieli) dostosowywać się do codziennych wymogów redakcji z nimi współpracujących.

Sytuacja była w miarę przejrzysta. Dziennikarz był zatrudniony na etacie, miał wobec pracodawcy obowiązki, również te wynikające ze spisanych, bądź nie, kodeksów etycznych, ale z drugiej strony miał to, co dla dziennikarza jest niezwykle ważne – ochronę prawną i w miarę przyzwoitą wypłatę co miesiąc. Oczywiście sielanka to nie była, bo zwykle szef był beznadziejny a wierszówka za mała, ale przywiązanie do redakcji dawało poczucie stabilności i pewnej perspektywy. Zjawisko takie jak współpracownik było przynależne zazwyczaj tym, którzy dziennikarstwa dopiero się uczyli lub na co dzień zarabiali na życie gdzie indziej.

Dlaczego więc dziś wydaje się to niemożliwe? Jestem w stanie zrozumieć sytuację w mediach prywatnych. W ostatecznym rozrachunku liczy się wynik finansowy, czemu pilnie przyglądają się akcjonariusze i za to rozliczają kierujących gazetami. Choć i tu gdyby odpowiednio wcześnie koncerny medialne zareagowały na zmieniający się rynek, pewnie aż do takiego kryzysu w tej branży by nie doszło. A tak od lat jedyną reakcją na spadek przychodów była redukcja kosztów. A na pytanie „jak ciąć”, odpowiedź zawsze była taka sama: zwolnić część dziennikarzy, a innym proponować przejście na działalność gospodarczą. Jeśli jednak wszyscy dziennikarze mają mieć status współpracowników i ma to być zasada powszechna, to nijak nie mogę tego zrozumieć.

Pewnie mój brak zrozumienia wynika z myślenia stereotypowego, nie nadążającego za koniecznością dostosowania się do wymogów współczesności, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, w której dziennikarz jednego dnia pracuje w publicznej telewizji, by następnego zadawać pytania jako reporter prywatnego portalu. Bo przecież coś takiego jak zakaz konkurencji przestaje istnieć. Co prawda niektórzy, jak pani Kolenda-Zaleska, już próbują na łamach zaprzyjaźnionej gazety komentować swój telewizyjny materiał, ale efekt jest taki, że stand up myli im się z komentarzem, słowo pisane z mówionym, a język przypomina walenie cepem.

No, ale skoro to podobno nieuchronne, to mam dla dziennikarzy radę. Zamiast „pracuję w redakcji”, niech nauczą się mówić „pracuję dla redakcji”. I niech jeszcze dodają „dziś”. Ten prosty zabieg językowy pozwoli uniknąć trudnych pytań od zdezorientowanych rozmówców oraz uratuje od zawodowej schizofrenii. Na dodatek stworzy perspektywy na przyszłość. Przecież można pracować też „dla” agencji reklamowych, firm, partii politycznych, urzędów…

Tomasz K. Kleszczewski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl