Po przegłosowaniu w Izbie Gmin ustawy o małżeństwach homoseksualnych /”The Marriage Same – Sex Couples Bill/, na Wyspach wciąż trwa rebelia konserwatystów z front i back benchers oraz „gubienie” elektoratu. W Paryżu słychać jeszcze echa 150 - tysięcznej manifestacji ulicznej przeciw podobnej ustawie, przegłosowanej 23 kwietnia.
Tydzień temu znany francuski historyk Dominic Venner w symbolicznym geście sprzeciwu wobec homomałżeństw zastrzelił się w katedrze Notre-Dame, a w Stanach Zjednoczonych wciąż trwają protesty przeciw decyzji szefostwa amerykańskiego skautingu, które zezwoliło na wstępowanie w szeregi skautów zdeklarowanych homoseksualistów. A dziś, jakby nigdy nic, jury MFF w Cannes, najbardziej opiniotwórczego spędu filmowego, przyznało Złotą Palmę tunezyjskiemu reżyserowi Abdellatifowi Kechiche za „Zycie Adeli”, opowiadającej o romansie dwóch lesbijek. Arabski reżyser, lesbijski romans – było jasne, że ze stawki 20 najlepszych żaden inny kandydat nie mógłby lepiej spełniać oczekiwań liberałów. Nic dziwnego, że bracia Cohen czy Steven Soderbergh nie mieli na nagrodę żadnych szans!
Wracając na brytyjskie podwórko: przegłosowana miesiąc temu, a właściwie przepchnięta głosami liberalnego koalicjanta i labourzystowskiej opozycji, ustawa o homomałżeństwach bardzo wzburzyła tradycjonalistów z partii konserwatywnej i dużą część jej elektoratu. Było jasne, że premier Cameron od dawna kokietował społeczność gejowską. Już w lipcu 2012 roku podczas bankietu na Downing Street 10 dla środowiska homoseksualistów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów zapowiedział, że do roku 2015 zalegalizuje homomałżeństwa, aby, jak się wyraził, „zmienić wizerunek Conservative Party, jako ugrupowania zamkniętego na nowoczesne”. I, żeby nie było wątpliwości, dodał, że „w tym sporze zbyt długo stał po zlej stronie barykady”. Z zaczął realizować obietnicę. Jesienią 2012 roku w Izbie Gmin odbyło się drugie czytanie ustawy, premier kilka razy powtórzył w mediach „popieram małżeństwa homoseksualne nie pomimo tego, że jestem konserwatystą, lecz właśnie dlatego, że nim jestem”, tradycjonaliści zaprotestowali, czyli debata publiczna właściwie się odbyła. Tyle, że Cameron nie przyjmował, i ostatecznie nie przyjął do wiadomości argumentów drugiej strony. Stąd cała awantura. Partyjna kłótnia wciąż trwa, na Twitterze można zobaczyć wpisy podobne do tego, autorstwa jednego z torysów, „mam nadzieje, że Izba Lordów zmasakruje tę ustawę” - co wydaje się jednak szczytem optymizmu, skoro na ogólną liczbę 743 lordów, mamy tylko 92 „prawdziwych”, dziedzicznych. Reszta to mianowańcy, w tym wielu laburzystów.
Tak więc w ciągu półtora roku Cameron doczekał się rewolty części swego gabinetu oraz posłów, w siedmiu okręgach w wyborach uzupełniających sukces odniosła Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa /UKIP/ i raz po raz słychać protesty kościołów, denominacji chrześcijańskich, ale także części wspólnoty żydowskiej i całej muzułmańskiej. A ostatnio Mike Judge z Instytutu Chrześcijaństwa powiedział Daily Mailowi: ”Nawołując do tolerancji, David Cameron wykazał się nietolerancją wobec wielu osób nie podzielających jego poglądów”. A potem dodał zdanie, które już krąży w przestrzeni medialnej: ”Nic dziwnego, że olbrzymia część wierzących patrzy podejrzliwie na politykę premiera”. I jeśli weżmiemy pod uwagę, że większość konserwatywnego elektoratu to ludzie wierzący, premier powinien się mocno zastanowić, czy jego pomysły modernizacyjne oraz PR-owskie nie poszły za daleko. Jednak Cameron jak żółw cybernetyczny powtarza bez końca: ”Popieram małżeństwa gejów, bo jestem wielkim zwolennikiem małżeństwa w ogóle, i nie chcę, aby geje byli wyłączeni z tej wspaniałej instytucji”. I z jednej strony dość beztrosko rezygnuje z historycznych wartości konserwatywnych, których w manifeście wyborczym z 2010 roku obiecał bronić, że przypomnę tylko jego „jesteśmy silni potęgą naszych wartości”. Z drugiej, co wydaje się równie niebezpieczne, kontynuuje miksaż programowy, zapoczątkowany przez Tony Blaira, pozbawiając Partię Konserwatywną jej dawnej tożsamości i ducha. I last but not least, gubi tradycyjny elektorat, zapominając, że przy bardzo wysokim stopniu zliberalizowania brytyjskiego społeczeństwa, na inny nie może liczyć.
Na powierzchni Conservative Party pojawiły się pęknięcia. Jeden z największych przeciwników ustawy o homomałżeństwach poseł Peter Bone od dawna proponował, aby projekt „The Marriage Same-Sex Couple Bill” przenieść na drugą kadencję, co było o tyle sensowne, że gdyby torysi zaczęli rządzić bez koalicjanta, można byłoby ustawie ukręcić łeb. Jego partyjny kolega Alistair Thompson na swoim blogu wprost zaapelował do premiera „aby przestał zajmować się bzdurami i odstraszać elektorat”. Wciąż przypomina się, że w ostatnich wyborach uzupełniających aż siedem razy zwyciężył UKIP, oraz o malejących wpływach z darowizn. Teraz projekt kontrowersyjnej ustawy trafi do Izby Lordów. Obrońcy rodziny wciąż mają nadzieję na jej zablokowanie. Episkopat katolicki kolejny raz ostrzegł Camerona, że „ jeśli mianem małżeństwa będzie się nazywać jakikolwiek związek, rodzina stanie się w Wielkiej Brytanii instytucją jeszcze mniej znacząca, niż dziś”. Wprawdzie ustawa nie ma zastosowania do kościołów chrześcijańskich / anglikańskiego, jako religii państwowej nie dotyczy w ogóle/, wspólnot żydowskich i muzułmańskich, lecz jesli będą chciały, mogą ją zaaplikować. Niezły galimatias, prawda? Jeśli dodać jeszcze, że brytyjscy geje od 2005 roku mogą zawierać związki partnerskie, które w istocie traktowane są jak małżeńskie, i w aspekcie praw do dziedziczenia, praw emerytalnych, alimentowania i prawa emigracyjnego, może zastanawiać, po co David Cameron podejmuje tak wielkie ryzyko?
Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze, Cameron, rocznik 1966, jest już „produktem” rewolucji kontrkulturowej lat 60. i 70. Urodził się i dorastał już w innej rzeczywistości obyczajowej i społecznej niż poprzednia generacja. Minister skarbu i przyjaciel z Oksfordu George Osborne, to z kolei rocznik 1971, a inny – Boris Johnson, mer Londynu i kolega ze słynnego Bullingdon Club, 1964. Wszyscy oni, to – jak twierdzą lewicowe media - to „posh boys”, synowie bogatych rodzin, często z korzeniami arystokratycznymi, którzy mają za sobą boarding schools, a potem dormitoria college’ów Oksfordu. Warto wiedzieć, że owe drogie prywatne szkoły z internatem, często z 300-letnią tradycją, to „wylęgarnia elit”, bardzo ważna instytucja w kreowaniu systemu społecznego Wielkiej Brytanii. Ale trzeba też pamiętać, że – jak mówią statystyki – około 60% chłopców i 25% dziewcząt styka się tam z praktykami homoseksualnymi. Dla większości jest to epizod, dla około 2% - nie. I potem doszlusowują do tego opiniotwórczy segmentu rynku wyborczego. Kolejny fakt – kiedy w 2005 roku zaledwie 39-letni Cameron został liderem partii torysów, nie bez powodu był nazywany „Tony Blair clone”. Rzecz w tym, że bacznie obserwował partyjnego przeciwnika, sposób w jaki, poszerzając swój elektorat, sięgnął on do etosu programu konserwatystów, i trzy razy z rzędu wygrał wybory. Pewnie dlatego przy formułowaniu swego programu przed wyborami w 2010 roku, aby powiększyć swoją bazę wyborczą, Cameron „zapożyczył” kilka haseł tradycyjnie wiązanych z socjalistami, jak „zielone myślenie”, pomoc dla krajów Trzeciego Swiata, prawa dla mniejszości etnicznych i właśnie seksualnych.
„Nowoczesny współczujący konserwatyzm”, to w istocie melanż thatcheryzmu i blairyzmu. W swoim orędziu wyborczym Cameron jedynie napomknął o przyszłych zmianach, dziś coraz dalej odchodzi od historycznego dziedzictwa konserwatyzmu. Premier Thatcher, ale także premiera Gladstone’a z jego doktrynami „polityki moralnej” i „polityki wielkich celów”. Chyba, że jest to już moralność „ante diluvium”, „po potopie”. Owszem, nie jest tak wściekle atakowany przez liberalne media jak Margaret Thatcher czy John Major, jego partia powoli pozbywa się „gęby” anachronicznej i ksenofobicznej, ale za jaka cenę? Jeśli okaże się, że rysy powstały na ścianach nośnych ugrupowania torysów, spory wewnętrzne będą trwały, a elektorat będzie nadal topniał, ta nowoczesna partia, świeżo po remoncie, może przepaść w już w następnych wyborach.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 28 maja 2013.
