We środę najważniejszym brytyjskim newsem było referendum na Falklandach, których mieszkańcy przytłaczającą większością głosów / 99.8%/ wypowiedzieli się za utrzymaniem dotychczasowego statusu, terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii. Land – slide victory, lawinowe zwycięstwo, które w dzisiejszych czasach często zdarzają się w republikach bananowych, ale bardzo rzadko w cywilizowanych częściach świata. Wynik referendum, to rezultat paru zbiegów okoliczności, geograficznych i historycznych. Wyspy Falklandzkie są w posiadaniu Korony od 1833 roku, i choć leżą w odległości 12 tys. kilometrów od macierzy, osadnicy brytyjscy zbudowali sobie jak widać całkiem dobre życie, skoro niespieszno im do zmian. Archipelag mieszkańców liczy sobie 2500, z których do głosowania uprawnionych było 1672, i niemal wszyscy – przy 3 glosach sprzeciwu – opowiedzieli się za dotychczasowym statusem. Policzono głosy, szef międzynarodowej misji obserwacyjnej Brad Smith potwierdził, że „cały proces referendum przeprowadzony został zgodnie z prawem, był wolny od nieprawidłowości i nadużyć”, i rozpoczęło się świętowanie.
Następnego dnia wszystkie okładki brytyjskich gazet z dumą informowały o szczegółach wydarzenia, często powołując się na wystąpienie premiera Camerona. ”Nie można wyobrazić sobie jaśniej wyrażonej woli mieszkańców”, albo ” Falklandy są na wskroś brytyjskie, od Wschodniej Wyspy do Zachodniej”, i jeszcze - „ Argentyna powinna uszanować wyniki, uzyskane w demokratycznym procesie wyborczym”. A w BBC, ITV i Channel 4 pokazywano Port Stanley, stolicę archipelagu, gdzie setki ludzi, powiewając brytyjskim sztandarem Union Flag, nie szczędziły głosu śpiewając starą, dobrą „Rule Britannię!”. Jak zareagowała Argentyna? Najpierw prezydent kraju Cristina Fernandez de Kirchner nazwała referendum „parodią”, a potem zapowiedziała, że nie uznaje wyników, i „czeka na rozmowy”. A senator Daniel Filmus porównał Brytyjczyków do „squattersów, okupujących cudzy dom, których roszczeń prawo nie uznaje”. Premier Cameron podsumował sprawę oświadczeniem: „Mieszkańcy Falklandów w oczywisty sposób wyrazili swoją opinię, i żadnych rozmów nie przewidujemy”. Przypomnijmy pokrótce dzieje tego sporu.
Archipelag Falklandów najpierw był częścią Imperium Brytyjskiego, a teraz ma status terytorium zamorskiego. Cieszy się znaczną autonomią, bo Centrala wtrąca się jedynie w politykę zagraniczną i obronną – co sprowadza się głównie do ochrony przed ewentualną agresją Argentyny. W 1982 roku junta wojskowa z Buenos Aires dokonała inwazji na Islas Malvinas. Doszło do trwającej 74 dni wojny, premier Thatcher, nie zważając na histeryczne reakcje lewicowej światowej opinii publicznej, odbiła wyspy i konflikt zakończył się sromotną klęską generałów. Zaraz potem, na fali powojennej euforii, Margaret Thatcher wygrała kolejne wybory, a argentyński reżim został obalony w niecały rok póżniej. Tyle, że hasłami z którymi brytyjscy żołnierze szli na wojnę, był wtedy patriotyzm i duma narodowa. Jeszcze nie wiedziano, że Falklandy leżą na olbrzymich złożach ropy naftowej, szacowanych na 60 mld baryłek, a wartych z grubsza 167 mld dolarów. Pierwsze doniesienia pojawiły się w 1998 roku, ale wtedy – przy niskich cenach tego surowca na światowych rynkach – nie było koniunktury na rozpoczęcie wydobycia. Dwa lata temu jedna z czterech firm z licencją, Rockhopper Exploration, przedstawiła plan eksploatacji złóż, już od 2017 roku. Wiadomość o ropie naftowej oczywiście zaostrzyła spór między oboma krajami, prezydent Cristina Kirchner próbuje zainteresować Falklandami opinię publiczna, m.in. przedstawiła swoje roszczenia na forum ONZ. Latem 2012 roku Wielka Brytania, aby na dobre zakończyć spór, zdecydowała się rozpisać referendum, które właśnie się odbyło, a mieszkańcy wysp w sposób nie budzący wątpliwości zamanifestowali swoją wolę.
Ostatnie wydarzenia na Falklandach, to całkiem niezły komentarz do tematu „stan brytyjskiego konserwatyzmu dzisiaj”. Jednym z dowodów w tym procesie może być wystąpienia Camerona tuż po podliczeniu głosów: ”Jestem usatysfakcjonowany wynikiem referendum, najlepszym jakiego mogliśmy oczekiwać. Wyspy Falklandzkie mogą leżeć tysiące mil od Brytyjskich, ale są brytyjskie od początku do końca, i takie chcą pozostać. A Wielka Brytania zawsze tam będzie, aby Falklandów bronić”. Czy trzeba jaśniejszego sygnału jak Londyn traktuje swoje zamorskie terytoria, i jaka jest jego polityka zagraniczna? Przecież komentarz Margaret Thatcher, gdyby wciąż była premierem, nie mógłby być inny! Tyle, że w tonacji głosu Camerona trudno było znaleźć cień triumfalizmu, news o wyniku referendum pojawił się w mediach elektronicznych na 3-4 miejscu, a entuzjazm mieszkańców Port Stanley, owiniętych w Union Jack i intonujących „God save the Queen”, nie przeniósł się na ulice Londynu, jak zapewne byłoby jeszcze 30 lat temu. Najwyrażniej nowy współczujący konserwatyzm jest dyskretniejszy w manifestowaniu dumy narodowej i patriotyzmu – pokłosie przemian ideowo-społecznych ostatnich kilku dekad, z którymi Cameron najwyraźniej się liczy. Czy nie zanadto, oto jest pytanie?
O różnicy między niedoskonałym nawet konserwatyzmem, a kompletnym brakiem polityki zagranicznej, realizującej interes kraju, niech świadczy krótkie zajście, uwiecznione na zdjęciu, które obiegło świat. Rok 2012, szczyt państw G20 w Meksyku, w kuluarach prezydent Cristina Kirchner zatrzymuje Davida Camerona i w obecności licznie zgromadzonych dziennikarzy próbuje mu wręczyć kopertę z napisem „MALVINAS”. Premier odmawia przyjęcia pakietu, a potem zwraca się do reporterów: ”Nie będzie żadnych rozmów na temat Falklandów. Mam tylko nadzieję, że pani prezydent zauważyła, iż w przyszłym roku na wyspach odbędzie się referendum, i po ogłoszeniu rezultatów uszanuje decyzję ich mieszkańców”. A teraz spróbujmy popuścić wodze fantazji, jak sytuacja wyglądałaby, gdyby na miejscu Camerona znalazł się Donald Tusk? Najpierw zapewne przyjąłby kopertę z roszczeniami terytorialnymi, aby podkreślić jak bardzo jesteśmy otwarci na interesy innych narodów. Potem pocałował prezydent Argentyny w rękę, aby zaakcentować polską galanterię. A następnie ze strachu, co powiedzą światowe media mainstreamowe, obiecałby że zrobi wszystko, aby pretensjom Argentyny uczynić zadość. I tak Polska straciłaby złoża roponośne obliczane na 60 mld baryłek, jak straciła wiele szans w ekonomicznych negocjacjach z Rosją i Niemcami. Ale także z Czarnogórą i Mołdową, gdyby im także przyszło do głowy czegoś się od Polski dopominać. Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 17 marca 2013.
