I co będzie dalej? Zbigniew Bauer i Edward Chudziński to medioznawcy o dużym autorytecie. Toteż wierzę im, nawet gdy stwierdzają bez przedstawiania wyników konkretnych badań czy w ogóle nie wskazują przesłanek konkluzji. Tak więc uwierzyłem w prawdziwość konstatacji wyrażonej w książce pod ich redakcją „Dziennikarstwo wobec nowych mediów. Historia. Teoria. Praktyka” z 2009 r.
Napisano tu ni mniej, ni więcej, że dzisiejszy internauta, czyli, jak określam, zwykły „zjadacz chleba”, bardziej ufa wiadomościom i opiniom publikowanym w Internecie, podpisanym bądź anonimowym, niż informacjom i ocenom dziennikarzy.
To znaczy powinniśmy, a na pewno nasi następcy, szukać innego zawodu. Za kilkadziesiąt lat dziennikarze nie będą już nikomu potrzebni. Społeczeństwa, zwane jeszcze tradycyjnie odbiorcami naszych dokonań, będą pisać, oceniać rzeczywistość bez pośrednictwa dziennikarzy, którzy staną się zbędni, wręcz niewygodni ze swymi omszałymi rygorami warsztatowymi: językiem, przejrzystością komunikatów, logicznością opinii. Internauci chcą bowiem porozumiewać się i czerpać wiedzę o świecie bezwysiłkowo. Nasz rygoryzm – że trzeba przedstawiać fakty, rzetelnie (logicznie) uzasadniać oceny, unikać epitetów, wskazywać źródła - ich wręcz denerwuje. Internet, jeśli pójdziemy tropem tego myślenia, daje internautom poczucie absolutnej wolności umysłowej, psychicznej i wszelkiej wewnętrznej, natomiast wytwory pracy dziennikarskiej nie przysparzają im takich wartości (korzyści).
To smutne przypuszczenia, ale raczej słuszne. Wydałoby więc powiedzieć (napisać) morituri internautów salutant. I złamać pióra, pozamykać komputery, odbiorniki radiowe, telewizyjne. Szukać zaś innego zatrudnienia, może w biznesie, tylko że w Polsce rozwija się on nader anemicznie.
Wszelako dopóki żyjemy, nie czyńmy tego. Nie wiem, dlaczego formułuję ten optymistyczny imperatyw. Może dlatego że lubię dziennikarstwo. Lubię ten stan napięcia umysłowego, kiedy coś piszę po dziennikarsku, później owo uczucie zmęczenia po wysiłku pisarskim sprawia mi zgoła masochistycznie przyjemność. I znów pobudzony jakimś wydarzeniem publicznym, jakąś, najczęściej cyniczną lub głupią wypowiedzią polityka, podejmuję na nowo trud napisania czegoś konkretnego, przejrzystego i jednoznacznego. A po materializacji ogarnia paląca wątpliwość, czy się udało. Zazdroszczę tzw. internautom, że tych rozterek nie przeżywają, a nie doznają, ponieważ nie lubią dziennikarstwa.
Co gorsza, wciąż kiedy piszę, przypomina się staroświecki podział na rodzaje i gatunki dziennikarskie, genologia - dzisiaj już nic niewarta. Od czasów Arystotelesa była (tak – była, czas przeszły miniony) stosowana w literaturze. Od początku ubiegłego wieku zaczęto używać zmodyfikowanej teorii gatunkowej, czyli genologii, w prasoznawstwie. I od razu pojawiły się kłopoty. Jakie bowiem, wyznaczniki racjonale, konkretne, bezdyskusyjne decydują o tym, że coś jest informacją, a coś innego publicystyką. Oba „rodzaje” łączą się i przenikają, nie ma przecież publicystki bez informacji, lecz podobno informacja nie może upodobniać do publicystyki. Okazało się jednak że „informacja” ma jak na nasz dziennikarski użytek zbyt szeroki zakres znaczeniowy, lecz musimy się z tym pogodzić.
Autorzy przywołanej książki piszą, że podział na „rodzaje” informację i publicystykę utrzymuje się „raczej siłą tradycji” (str.331). Tak samo jak zaciera się granica między reklamą a twórczością dziennikarską. Od kiedy w naszej praktyce redakcyjnej posługujemy się pojęciem „artykułu sponsorowanego”? Od, powiedzmy, 20-30 lat, a owa nazwa to wszak desygnat tekstu reklamowego w ścisłym znaczeniu. Jedynie redakcje (niektóre i coraz rzadziej) uczciwie powiadamiają o tym odbiorcę. Kiedyś pod groźbą ostracyzmu środowiskowego przestrzegaliśmy zasady oddzielania (oczywiście „na wyczucie”) tzw. informacji od opinii i ocen, czyli od publicystki. Dzisiaj mieszanie w jednej wypowiedzi dziennikarskiej obu tych „rodzajów” (informacji i publicystyki) jest nagminne. Zdaje się, że chciała przełamać ten impas Maria Wojtak z Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w rozprawie „Gatunki dziennikarskie” (2004). Wszystko nazywa informacją, rożne są jedynie przydawki; każdy rodzaj poprzedza lub następuje po niej nazwa gatunku tradycyjnego: wzmianka – minimalna informacja prasowa; notatka prasowa - informacja poszerzona; wiadomość prasowa – informacja pełna; zapowiedź - informacja o informacji i reklama prasowa etc, etc. Komentarz nazywa się „informacją zinterpretowaną”, felieton „informacją zakamuflowaną”, wywiad – „informacją rozpisaną na głosy”, reportaż – „informacją zobrazowaną”. Sztuka dla sztuki. Albo parodia dla zabawy.
Natomiast w „Dziennikarstwie wobec nowych mediów…” autorzy słusznie piszą, że podział na informację i publicystkę „utrzymuje się raczej siłą tradycji” (str. 331). A we współczesnym medioznastwie wyodrębnia się gatunki wedle starych zasad literaturoznawczych, „by zaraz opisywać <odstępstwa> czy wyjątki tych klas>”. I dodają, że „<problemy gatunkowe> są stale dyskutowane” (str. 239). Otóż tu nie ma zgody – to stwierdzenie jest unikiem przed prawdą, że dziś nie ma już żadnej refleksji nad tradycyjną genologią, tam bardziej dyskusji o niej i że nie jest ona nikomu potrzeba. Nikt już nie pisze takich rozpraw i tak pięknie zatytułowanych, jak Jacka Maziarskiegoz 1969 r. „Do teorii gatunków dziennikarskich niemal prolegomena”. Mówiąc na uboczu twórczość dziennikarska i teoretyczna, w ogóle działalność publiczna tego niedawno zmarłego autora jest tak bogata i godna rozpowszechniania, że trzeba by ją jak najszybciej ująć w jakiejś mądrej syntezie. Obowiązek ten spoczywa przede wszystkim na laureatach nagród jego imienia.
My, dziennikarze praktycy, jesteśmy skłonni wszystko, co objętościowo niewielki nazywać felietonem (niekiedy nawet określać tak recenzje) albo komentarzem, a co większe (o ile większe? Bez znaczenia) - artykułem. Jeszcze rozmowy dziennikarza z kimś, może być również z dziennikarzem, nazywamy wywiadem. Natomiast zanika nam z wolna pojęcie reportażu, ongiś koronnego gatunku twórczości dziennikarskiej (i pobocza literatury). Toczono nawet błahe spory, czy reporter to to samo co reportażysta. Były też organizowane przez SDP, już nie błahe, seminaria i sympozja na temat reportażu. Kto z nas piszących chociażby sięgnął, nie mówię o solidnej lekturze, do dwóch bodaj najlepszych opracowań tego gatunku dziennikarskiego: Jacka Maziarskiego „Anatomia reportażu” z lat sześćdziesiątych, może odrobinę przeciążoną balastem naukowym, i napisanego z werwą, publicystyczną Andrzeja Magdonia „Reportera i jego warsztatu” (1993)?
Wszystko, co ważne w naszej profesji, ulega erozji i relatywizacji. Czy dlatego że straciliśmy odbiorców, którzy wolą grzebać w śmietniku internetowym pełnym tekstów, obrazków i głosu, niż nas czytać?
Czy może dlatego potencjalni odbiorcy wybierają śmietnik, bo nie umiemy ich zafrapować? Tak czy tak, chyba zbliża się kres naszego zawodu. Współczesne pokolenia na szczęście tego nie doczekają. A następne?
Jacek Wegner
