Dopiero teraz, po prawie miesiącu, Kornel Morawiecki pyta na pierwszej stronie swego dwutygodnika „Gazeta Obywatelska” (3-16 października) czy „Zagłuszyć prawdę?” w odniesieniu do milczenia naszego środowiska wobec opinii Waldemara Łysiaka wyrażonych w „Muzyce Majdanu” („Do rzeczy”15-21 września). Łysiak demaskuje bowiem irredentę ukraińską jako wywołaną przez moralnych spadkobierców UPA i w ogóle ukraińskich zbrodniarzy-sadystów mordujących po roku 1941 głównie Polaków. Piszę „głównie”, ponieważ w szale mordowania zabijali też swych rodaków próbujących ich powstrzymywać, jak również – mówię to gwoli prawdy historycznej – Rosjan-sowietów.
Morawiecki jest tak przejęty rewelacjami Łysiaka, iż twierdzi, że powołuje się on na źródła zagraniczne. Tymczasem owo powołanie jest nader wątłe. W tekście Łysiaka, notabene nadzwyczaj nawet jak na jego pisarstwo rozwlekłym, pojawia się właściwie jedno odniesienie „źródłowe” do niemieckiego „Der Spiegel”, i to na dodatek niejako pośrednio, w nawiązaniu do wypowiedzi publicystów „Gazety Wyborczej”.
Zresztą intencja tej kilkunastowierszowej artykulacji Morawieckiego nie jest przejrzysta. Nie wiem, czy zgadza się on z wywodami Łysiaka, czy jest im przeciwny. Konkretne u Morawieckiego jest li tylko wezwanie mediów, żeby zajęły się tematem podejmowanym przez Łysiaka. „Zamiast dociekań – pisze Morawiecki – sypią się gromy na Łysiaka. Żeby zagłuszyć prawdę?” To czytelnik nic już nie wie, wszak pięć wierszy wyżej redaktor naczelny „Gazety Obywatelskiej” utyskuje: „Dlaczego ta kwestia kluczowa dla wydarzeń na Ukrainie jest przemilczana przez polskie media? Dlaczego nikt z nim (Łysiakiem - J.W.) poważnie nie polemizuje?” Więc albo „sypią się gromy”, albo artykuł Łysiaka jest przemilczany przez media. Może „sypanie gromów” odbywa się nie w mediach, a na przykład na towarzyskich spotkaniach; rad bym w nich uczestniczyć. Więc jak wierzyć Morawieckiemu, skoro w tych ośmiu wierszach wyraża przekonania przeciwstawne?
Jednak ta niezborność jest być może skuteczną figurą retoryczną, albowiem tym silniej zwraca uwagę na Łysiaka. A przecież o to Morawieckiemu chodzi. On chyba nie chce razem z nim „zagłuszać prawdy”...
Długi tekst Łysiaka też ma istotny mankament, na szczęście rzadko symplifikujący jego dokonania – jego argumentacja jest bowiem gołosłowna. Natomiast całości brakuje wyrazistej konkluzji.
Łysiak nazywa mianowicie Wiktora Janukowycza „szczerym przyjacielem Polski”. Bo „zaczął twardo odkręcać OUN-owskie/UPA-owskie »akty strzeliste« duetu Juszczenko/Tymoszenko”. To może i prawda, aczkolwiek nie widać w wywodach Łysiaka żadnej przesłanki, która by czyniła tę opinię wiarygodną. Przecież przytaczanie subiektywnych sądów innych publicystów, np. skądinąd szlachetnego księdza Isakiewicza–Zaleskiego o zbrodniarzach spod znaku Trójzębu nie może być uznane za żadną tzw. obiektywizację przekonania o „szczerej przyjaźni do Polski” satrapy (byłego) ukraińskiego. Wszyscy, obojętnie na narodowość i obywatelstwo, którzy jednoznacznie, bez wykrętów i hipokryzji, potępiają zbrodnie Ukraińców z tych dwu organizacji (a była jeszcze SS Galizien), mają rację i kierują się godnymi uszanowania intencjami. Nie jest to jednak tożsame z uczuciami przyjaźni do naszego narodu i państwa, tudzież ze szczerym patriotyzmem polskim. Albowiem są to dwa odmienne systemy wartości, pewnie że komplementarne, lecz bynajmniej się nie współwarunkują.
A co wynika dzisiaj z mniemania Morawieckiego, że media chcą „zagłuszyć prawdę”?
Jakie też wnioski płyną z tej prawdy, którą ewokuje Łysiak w „Muzyce Majdanu”? Nazwanie Janukowycza „szczerym przyjacielem Polski” bez wskazania przejawów owej „szczerej przyjaźni”, (ja ich nigdzie nie dostrzegłem) stawia pod znakiem zapytania uczciwość pisarską Waldemara Łysiaka, twórcy doświadczonego i cenionego przez kręgi społeczeństwa myślącego niezależnie. Przecież przeciwstawianie się dążeniom do odrodzenia tradycji zbrodniczych formacji mordujących z niewyobrażalnym okrucieństwem r ó w n i e ż Polaków nie stanowi dowodu, że jest naszym przyjacielem, na dodatek szczerym...
Czy Łysiak rozmyśla nad przyczynami, dla których tamten prezydent nie podpisał traktatu stowarzyszeniowego z Unią Europejską? Dlaczego uciekł przed rewolucją we własnym kraju do Rosji, a nie na przykład do Polski, której był (jest) „szczerym przyjacielem”? Łysiak tą „pustą” opinią naraża na szwank swój autorytet, przed którym niejeden – i ja również – chyli czoła.
To są jednak kwestie szczegółowe. A najważniejszy jest wspomniany brak u Łysiaka ostatecznej konkluzji. Skoro tylu Ukraińców wymordowało w bestialski sposób kilkaset tysięcy Polaków, to mamy dzisiaj w ich konflikcie z Rosją stawać po jej stronie?
Jest podstawowa różnica niebrana pod uwagę ani przez Morawieckiego, ani Łysiaka. Wiem, że nie przystoi krzywd doznanych od innych liczyć liczbami ofiar. Lecz jestem absolutnie pewien, że niewspółmiernie więcej Polaków zabili Rosjanie i Rosjanie-sowieci, chociażby dlatego że byli i są liczniejsi od Ukraińców. Jednak i ta wielkość nie jest w moim rozumieniu najistotniejsza Najważniejsze w moim pojmowaniu jest to, że Rosjanie i Rosjanie-sowieci mordowali nas jako obywatele własnego państwa. To nie były to krwawe wybryki części narodu, natomiast są zbrodniami zaplanowanymi przez państwa carów i sowietów. Tymczasem bestialstwo Ukraińców w latach 1941-1945 było skutkiem działania nie państwa, a części – na pewno dużej – narodu. Więc pytam, które zagrożenia są niebezpieczniejsze – wynikające z imperializmu konkretnego państwa czy części narodu bez organizacji państwowej?
A poza tym czy Rosja była kiedykolwiek naszym niewyrachowanym i szczerym sprzymierzeńcem? Natomiast w narodzie ukraińskim mamy wspólnych bohaterów Rzeczypospolitej – ataman Piotr Konaszewicz Sahajdaczny. I kilku ukraińskich mężów stanu dążących do jednoczenia się z Rzeczypospolitą: Jerzy Niemirycz, Szymon Petlura. Z Rosją zaś łączy nas wyłącznie pamięć cierpienia. Było i jest wśród twórców rosyjskich sporo przyjaciół Polski, lecz nie ma ich i nie było wśród żadnych rządów, zanim zdołali się uformować, powiększali liczbę cywilnie (i często fizycznie) unicestwianych. Ukraina nigdy, żadną najkrwawszą nawet antypolską rzezią, a było ich kilka w naszych wspólnych dziejach, nie stanowiła zagrożenia dla naszej niepodległości państwowej, podczas gdy Rosja carska odebrała nam państwowość na 123 lata, Rosja sowiecka na 45 lat. Morawiecki może nie znać, ale Waldemar Łysiak na pewno czytał owo znamienne zdanie Pawła Jasienicy, że suwerenności pozbawił nas nie wschodni wróg, lecz wschodni sojusznik. W ukraińskim państwowym kierownictwie jest sporo polityków apologetów OUN/UPA i dlatego mamy opowiedzieć się po stronie „wschodniego sojusznika”? I nie pomagać Ukrainie? Nieudzielanie jej dostępnej nam, chociażby propagandowej, pomocy to wzmacnianie Rosji i – jak rzekłem – zbliżanie jej do naszych granic, jeśli nie w pojęciu terytorialnym, to do granic duchowej niezawisłości, którą często niszczyła i zniszczyła? Zdumienia niezrozumienie tego niebezpieczeństwa przez Łysiaka. Niedostrzeganie tej groźby u współtwórcy i lidera „Solidarności Walczącej” przeraża…
Papież św. Jana Paweł II pielgrzymował na Ukrainę mimo wiedzy o potwornych zbrodniach części tego narodu. Do Rosji, niby demokratycznej, nie pojechał. I nie ma znaczenia, czy nie mógł lub nie chciał. Albowiem najważniejsza jest wymowa tej pielgrzymki po Ukrainie; czyż nie stanowi impulsu do pojednania? Z narodem i młodym państwem ukraińskim możliwym i koniecznym. Z Rosją na razie, dopóty prowadzi politykę imperialną, aneksyjną – wykluczoną.
Co czynić? Odrzucać dzisiejsze, ponowne aspiracje ukraińskie do niepodległego państwa, dlatego że wśród obecnych polityków kierujących nawą zrewoltowanego państwa są spadkobiercy ideologii OUN/UPA? I dać Rosji pochłonąć Ukrainę, bez której Moskwa staje się małym państwem europejskim z gigantycznym terytorium azjatyckim zagrożonym przez ekspansjonizm chiński? O tym Putin wie doskonale i dlatego nie chce wypuścić Ukrainy ze sfery swych wpływów. W dzisiejszej konstelacji politycznej tylko Ukraina może umacniać pozycję mocarstwową Rosji. I nawet jeżeli na Ukrainie zwycięży, mówiąc skrótowo, opcja skrajnie nacjonalistyczna, Ukraińcy nie ruszą z nabitą bronią w kierunku naszych granic, przynajmniej nie w najbliższych dziesięcioleciach. Z najbanalniejszej przyczyny – są za słabi. A Rosja sowiecka była już we Lwowie, skąd do Przemyśla jest ok. 100 km. Czy chcemy, żeby ten rosyjski wciąż jeszcze olbrzym znów po trupie Ukrainy stanął u wrót Rzeczypospolitej?
Rozumowanie Łysiaka i niezbyt jasne pytanie Morawieckiego są niezgodne z nasza racją stanu. Przykro, że obaj publicyści, zwłaszcza pierwszy, nie zdają sobie z tego sprawy.
Jacek Wegner
