Złowrogo zapisał się w naszej historii najnowszej X Pawilon, katownia UB na Rakowieckiej. Ta nazwa to równocześnie tytuł drugiego wydania wspomnień Stanisława Krupy, nestora naszego zawodu i zarazem dawnego żołnierza Armii Krajowej z batalionu dywersyjnego Szarych Szeregów „Zośka”, uczestnika Powstania Warszawskiego, odznaczonego 21 sierpnia 1944 r. Krzyżem Walecznych.

„… w styczniu 1949 r. studenta czwartego roku prawa na Uniwersytecie Warszawskim – Stanisława Krupę - zgarnięto z domu do czarnej <cytryny> i w towarzystwie funkcjonariuszy urzędu bezpieczeństwa przewieziono do aresztu” – tak rekomenduje tę książkę Wacław Nowowiejski, dziennikarz, również powstaniec warszawski i późniejszy, serdeczny druh autora, z którym wiele lat pracował w znanej swego czasu popołudniówce „Kurier Polski”.

Krupa opisuje dramatyczne chwile aresztowania. Była godzina 11 wieczorem, kiedy ktoś zapukał gwałtownie do drzwi Stanisław oderwał się od książki i spokojnie poszedł otworzyć. Do mieszkania wpadło dwóch cywilów, trzeci stał w drzwiach i pilnie baczył na każdy ruch gospodarza. Autor przyznaje, że nie miał zamiaru uciekać, gdyż czuł się zupełnie niewinny. Na mocy dekretu nowej władzy ujawnił swą bohaterską przeszłość akowską i podjął pracę cywilną oraz studia. Zrazu więc pomyślał, że zaszła jakaś pomyłka.

Tymczasem ubowcy kazali mu wyjść z sobą i zagrozili, że jeśli dokona jakiegoś nieprzewidzianego ruchu, będą strzelać. Na podwórzu zaczęli wrzeszczeć, żeby przyśpieszał kroku. Na co Stanisław wciąż nie wiedząc, o co chodzi, zapytał, dlaczego im tak śpieszno. I zanim skończył zdanie, dostał w twarz. Jego okulary spadły i stłukły się, tak to wspomina – „na pięć lat utraciłem niezbędne mi szkła (miałem zresztą i mam nadal silny astygmatyzm). Trzykrotnie zapisywałem się na Mokotowie do naczelnika więzienia w sprawie zezwolenia na doprowadzenie do okulisty i kupno szkła. Bezskutecznie”.

W kazamatach ubecko-esbeckich stosowano wyrafinowane metody opresji, nie tylko karano za przewidziane w regulaminie przewinienia, ale też w każdy wymyślny, dowolny sposób. Dla władzy więzień był nie podmiotem, a obiektem, nad którym można i trzeba było się znęcać. Takie postępowanie przetrzymywali tylko najsilniejsi. A wielu z tych najsilniejszych spośród najsilniejszych było w piwnicach Dziesiątego Pawilonu więzienia warszawskiego na Mokotowie mordowanych strzałem katańskim w potylicę.

Krupa uniknął na szczęcie tego losu, bo, po pierwsze, doczekał tzw. odwilży październikowej; po drugie ubecy i oskarżający go prokuratorzy na usługach UB nic konkretnego nie umieli mu zarzucić. „Przecież wy, zośkowcy, to ostoja faszystowskiego reżymu - tłumaczył jeden ubek - Wy o niczym innym nie marzyliście i nie marzycie, jak tylko, żeby zniszczyć Polskę ludową. Co więcej, dalej spiskujecie i przymierzacie się obalić ludową władzę”. Uzasadniać tego zarzutu nikt z oprawców nie myślał, bo by nie umiał. Jak bowiem udowadniać abstrakty? Wystarczyło, że zrodził się w głowie jakiegoś wysoko postawionego pretorianina Polski powstałej na mocy Manifestu PKWN, żeby zamykać, udręczać, sądzić i rozstrzeliwać.

Krupa pisze o strasznych warunkach fizycznych, o sadyzmie klawiszy i okrucieństwie przesłuchujących. A niebagatelną też wartością jego wspomnień są opowieści o bohaterskich patriotach, z którymi zetknął się w X Pawilonie, m. in. o asie lotnictwa polskiego, Stanisławie Skalskim, z którym siedział w celi, czy słynnym majorze Łupaszce, zamordowanym w X Pawilonie.

Skalski tęsknił za ojczyzną i wbrew wiadomościom przenikającym do Londynu o terrorze sowiecko-polskim w 1947 r. wrócił do kraju. Nowa władza zrazu mianowała go szefem techniki i pilotażu w Dowództwie Wojsk Lotniczych, a po roku aresztowała, Był w w X Pawilonie torturowany przez UB. Został skazany na śmierć pod urojonym zarzutem szpiegostwa. Karę tę zamienioną później na dożywocie. Skalski i Krupa wyszli z kazamatów w tym samym roku 1956 r.

Widział, jak Łupaszka poszedł na śmierć sprężystym, żołnierskim krokiem, z hardo podniesioną głową. Książka kol. Kupy to niemal miniaturowy fresk o powojennej martyrologii patriotów polskich – wybitnych i nieznanych, Napisana jest sprawnie, po dziennikarsku, w konwencji reportażowej. Może trochę sztuczne, jakby „teatralne”, są dialogi, których autor rzecz jasna nie spisywał „na żywo”, a rekonstruował po latach.

Stanisław Krupa w 1958 r. podjął pracę w dziennikarstwie; zawsze marzył, żeby działać w redakcji. I tam go poznałem w 1964 r. Szczycę się, że z nim pracowałem w „Kurierze Polskim”, popularną naówczas obok „Expressu Wieczornego” popołudniówką wydawaną przez wydawnictwo „Epoka” Stronnictwa Demokratycznego. W tej gazecie dużo było wtedy zatrudnionych kombatantów. Na przykład Wacław Nowowiejski, który, jak wspomniałem, wstępem zaopatrzył książkę Krupy. Słyszałem o nim, że ranny w Postawaniu Warszawskim przeleżał w jakiejś w na pół zburzonej willi żoliborskiej jakiś czas po kapitulacji. Cudem ocalał.

Stanisław Krupa w latach siedemdziesiątych był rzecznikiem dyscyplinarnym SDP. Kiedyś porosiłem go o pomoc w sprawie z góry skazanej na niepowodzenie. Otóż byłem wtedy, gdyż tak ułożyły się moje losy, zatrudniony w ideowo i warsztatowo dość niesympatycznym tygodniku „Za wolność i lud”. Jego naczelnym był dawny szef pisma „Kraj Rad”. Można sobie wyobrazić, jakich domagał się tekstów.

Często wjeżdżałem w teren na tzw. imprezy kombatanckie. Razu pewnego wysłano mnie do Krakowa na obsłużenie jakiej poważnej dla redakcji i nadzorcę politycznego (ZBoWiD) uroczystość. Zawsze unikałem w materiałach takich określeń, jak „przyjaźń polsko-radziecka”, „ustrój socjalistyczny”, „Związek Radziecki” etc. Ale pech chciał, że rozchorowałem się akurat po oddaniu owego materiału z Krakowa. I do tekstu bez mojej wiedzy naczelny dopisał owe polityczne desygnaty, których właśnie unikałem. Czułem się zmanipulowany. Każdy, jak wiemy, dziennikarz-redaktor ma obowiązek i prawo do zmieniania tekstów, czyli adiustacji, tak aby pasowały do koncepcji i objętości numeru.. Lecz ani wtedy, ani dzisiaj zasady adiustacji nie były ani nie są skodyfikowane, wykonuje się ją zgodnie z sumieniem i doświadczeniem.

Po powrocie do redakcji ze szpitala z przerażeniem zobaczyłem w moim reportażu z Krakowa owe slogany polityczne, których z rozmysłem nie używałem, i włos na głowie mi się zjeżył. Pobiegłem do „Kuriera Polskiego” i poprosiłem Stanisława Krupę, jak wspomniałem rzecznika dyscyplinarnego SDP, żeby z urzędu oskarżył mojego naczelnego o przekraczanie uprawnień adiustatorskich. Krupa przyznał mi rację moralną, rozumiał moje oburzenie, wszelako oznajmił ze smutkiem, że jest tu bezradny, bo nie znajduje sankcji, która by zabraniała redaktorowi dopisywania do materiałów dziennikarskich jakichkolwiek treści, zwłaszcza o wymowie politycznej. Wspomniał swój proces polityczny, o jakim pisze w książce. Ani w śledztwie, ani na procesie nikt mu nie udowodnił, że z „zośkowcami” usiłował przemocą obalić ustrój Polski ludowej; oskarżenie to pozostawało czystą insynuacją, a mimo to zapadł nań wyrok pięciu lat więzienia, dwuletniej utraty praw publicznych i obywatelskich oraz konfiskatę całego mienia (studenckiego...). Najwyższy Sąd Wojskowy orzekł, iż sąd I instancji „wnikliwie przeprowadził postępowanie sądowe i wciągnął słuszne wniosek. Wyrok jest sprawiedliwy…”.

Wtedy poczułem się zawstydzony, że przychodzę do niego w tak błahej sprawie. Ale kol. Stanisław nie odczuwał żadnej niewspółmierności i poszliśmy na kawą gawędząc swobodnie o naszych naczelnych. Mój, kiedy mu powiedziałem, że oskarżę go o dopisywanie do moich tekstów, czego tam nie ma, roześmiał się i zripostował, że jeśli koledzy poznają, co dopisał, to jemu, nie mnie przyznają rację.

No tak, czasy lat siedemdziesiątych były plugawe. Ale już nie takie, jakie w młodości przeżył nasz dzisiaj sędziwy, acz wciąż krzepki, kolega Stanisław Krupa.

Później go nie widywałem. Spotkałem przypadkowo za rządów AWS na jakiejś uroczystości kombatanckiej, gdzie znalazłem się prawem kaduka. Nieśmiało mu się przypomniałem, on od razu mnie poznał i rozpoczęliśmy rozmowę o polityce. Ze smutkiem powiedział, że „AWS przegra na własne życzenie”. Za kilka miesięcy zapowiedź się spełniła - doszło do wymiany rządu. Pomyślałem, że autor „X Pawilonu…” nic nie zatracił z bystrości i prawości, które cechowały dawnych „zośkowców”. Może dlatego władza komunistyczna tak ich w latach czterdziestych nienawidziła.

Jacek Wegner

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl