Komentarzyk Jerzego Haszczyńskiego „Obudźcie się, Niderlandy” z drugiej strony dziennika Rzeczpospolita” (24 lipca) powinien być szeroko popularyzowany i dobitnie komentowany, ponieważ odważnie, jak rzadko w naszych mediach, demaskuje obłudę i kunktatorstwo tzw. poprawnościowców. Pisze mianowicie m. in.: „Jak to możliwe, że w obronie parady gejów Holandia angażuje się politycznie w innych krajach, a po zabiciu 200 jej obywateli nie chce łączyć tego mordu ze stosunkami politycznymi z Rosją. Jak można się obnosić, jak Holendrzy ze swoją wizją wolności, ze swoim prawem do eutanazji czy palenia marihuany, a jednocześnie ignorować dążenia do wolności i suwerenności Ukrainy, kraju, z którym Holandia jako członek Unii Europejskiej podpisała niedawno umową stowarzyszeniową?” I dalej publicysta pyta smętnie: ”skąd się bierze ten chłód elit, ich skrajny pragmatyzm”? Są to pytania pozornie retoryczne. Jednak ostatnie osłabia dosadność poprzednich i sugeruje, że chyba autor trzyma na uwięzi swą odwagę publicystyczną dostosowując się do panującej w naszych mediach, oprócz internetowej wolnoamerykanki, konwencji eufemistycznej (to też byłoby echo poprawności politycznej?).
Holandia, jak i cała Zachodnia Europa, ze Stanami Zjednoczonymi już dawno straciła honor i ducha waleczności, zamieniwszy je na hedonizm i egoizm. A ponieważ dziedziczy wysoką kulturę, wypracowywaną przez ponad dwa tysiąclecia, to zakłamuje swe postępowanie nowo pojmowaną „tolerancją”: udawaną troską o ludzi inaczej… kopulujących, zapładniających, umierających.
Tchórzostwo Zachodu jest nieustannie od 1938 r. przyczyną jego własnych i społeczności spoza tego regionu doznawanych cierpień.
W Monachium politycy Wielkiej Brytanii i Francji akceptowali zajęcie przez Hitlera części Czechosłowacji. (Mówiąc w nawiasie, mieliśmy w tym udział. Odbieraliśmy wprawdzie nasze ziemie, ale przy okazji zbójeckiego wyczynu Niemców. Po równo trzydziestu latach z innym zbójem i jego, jak my, jurgieltnikami rozjeżdżaliśmy czołgami czechosłowackie pragnienia wolności. Mają nas za co Czesi nie lubić…).
W Teheranie, Jałcie, Poczdamie Zachód bez zająknięcia dawał Rosji sowieckiej, czego chciała. W Norymberdze sądząc zbrodniarzy wojennych pominął ludobójstwo rosyjsko-sowieckie. Prokurator amerykański miał podobno przygotowane oskarżenie Rosji o zbrodnię w Katyniu (o innych jeszcze nie wiedziano), lecz pod wpływem nacisków sowieckich, do których dołączyły się celowo rozdmuchiwane wiadomości mediów Polski pojałtańskiej o pogromie kieleckim - nie wniósł go do Trybunału. Krzysztof Kąkolewski w „Cmentarzu umarłych” i Bohdan Urbankowski przedstawiają przekonywające dowody, że zbrodnia kielecka na żydach była wyłącznie sprowokowaną grą polityczną, mającą ukazać Zachodowi Polaków niewartych jakiejkolwiek sprawiedliwości, gdyż byli współsprawcami „ostatecznego rozwiązania”. Dzisiejszymi niedobitkami tej stalinowskiej propagandy są, pomijając rzecz jasna domorosłego historyka Jana Tomasza Grossa, prof. Paweł Machcewicz i Konstanty Gebert. Kilka lat temu pisali na łamach niezastąpionej w tego rodzaju enuncjacjach „Gazety Wyborczej”, że „w wymordowaniu Żydów Polakom przeszkodziła jedynie pogarda, jaką byli darzeni przez Adolfa Hitlera. (...) Porównywanie kolaboracji francuskiej czy ukraińskiej z brakiem kolaboracji w Polsce jest jednak o tyle chybione, że to Hitler nie chciał mieć Polaków za swoich kolaborantów (...). Hitler wzgardził ich ofertą”…
Politolog i publicysta amerykański Patrick J. Buchanan na początku naszego stulecia wydał książkę „śmierć Zachodu”. Spostrzeżenia Amerykanina sprawdzają się dzisiaj z przerażającą dokładnością. Autor pisze m.in.: „Teraz wywrócił się do góry nogami nasz świat. To, co niegdyś było słuszne i prawdziwe, dzisiaj jest fałszem i złem. To, co niegdyś było niemoralne i karygodne - swoboda seksualna, aborcja, eutanazja, samobójstwo, stało się postępowe i chwalebne. Nietzsche nazwał to przewartościowaniem wszystkich wartości: dawne cnoty stają się grzechem, dawne grzechy stają się cnotą”.
Przypomina się tutaj, może nie na miejscu, jedna z powieści Tadeusza Konwickiego (tytułu nie pamiętam), gdzie narrator, porte-parol autora, ironicznie nazywa przeżyte czasy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych bezgrzesznymi. Wydarzenia z początku naszego wieku, a zwłaszcza ostatniego roku, są konwekcją owej „bezgrzeszności”.
„Nowy hedonizm najwyraźniej nie potrafi zaoferować ludziom żadnego poczucia celowości życia – pisze Buchanan – Pierwsze owoce, jakie wydał, zdają się być trujące. Czy ta nowa, <dająca poczucie swobody> kultura, którą młodzi przyjmują z (…) entuzjazmem, okaże się najgroźniejszym, śmiertelnym wirusem? A jeśli, jak utrzymuje papież i co najwyraźniej potwierdzają statystki, na Zachodzie zapanuje <kultura śmierci>, czy zachodnią cywilizację czeka równie niechlubny koniec jak imperium Lenina?”
Ta groźba okazuje się dziś przedwczesna w tym sensie, że mocarstwo bolszewickie zaczyna się właśnie na naszych oczach odradzać. I od razu straszy! Siergiej Markow, utytułowany politolog rosyjski mówi „Rzeczpospolitej” (31 lipca, str. B4), twardym językiem bolszewickim, że „na „agresję (sic!) sankcji” zachodnich Rosja odpowie agresją, ale „niekoniecznie będzie to agresja gospodarcza”; Donieckiej republice Ludowej trzeba jak najszybciej „okazać pomoc militarną”.
Tymczasem człowiek Zachodu jest mięciutki jak plastelina. „Uwolniony od obowiązku - wywodzi Buchanan - cywilizowania i chrystianizowania ludzkości, pławiąc się w luksusie i rozpasaniu (…) pogodził się z nieuchronnie nadciągającą śmiercią”. Dlatego nie chce widzieć niebezpieczeństwa powtórzenia się tego, co nastąpiło po Monachium 1938 r.
Nie wie, że gdyby dawniej, powiedzmy przed I wojną światową, jakieś państwo naszej cywilizacji popełniło zbrodnie porównywalne z zestrzeleniem samolotów pasażerskich, to pozostałe kraje uznałyby ten czyn za casus belli. Na początku lat 80. Rosja sowiecka zestrzeliła nad Sachalinem południowokoreański samolot pasażerski i zginęło prawie 300 osób, bo, jak obwieściła Agencja TASS, były w nim zainstalowane urządzenia szpiegowskie. Politycy Zachodu uwierzyli w te tłumaczenia, ponieważ lęk przed ZSRS paraliżował, jak dzisiaj przed Rosją, umysł i wolę. A cztery lata temu nad Smoleńskim rozpadł się samolot z polskimi politykami najwyższej rangi państwowej. I znów był casus belli. Ale boimy się wojny, choć Zachód i tak umiera bez niej.
Zachód sankcjami nie przezwycięży imperialnych, po trupach, dążeń Putina. Satrapa rosyjski zdaje sobie sprawę jak Piotr I i Katarzyna II, że bez Ukrainy i Polski Rosja stałaby się ponownie małym krajem europejskim z wielkimi terytoriami azjatyckimi, które z czasem byłyby jej kulą u nogi. Toteż Rosja nigdy z Ukrainy nie zrezygnuje. Może zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego było nowym, zbrodniczym, testem Putina na zachowanie dzisiejszego Zachodu, jak dla Niemców Monachium 1938 r. dla ówczesnego?
Piłsudski po rozpoczęciu przez Niemcy zbrojeń proponował Francji wojnę prewencyjną. Francja stchórzyła. We wrześniu 1939 r. razem z Anglią stchórzyła po raz drugi. Za oba tchórzostwo zapłacił wkrótce cały świat. A dziś Francja ma odwagę produkować dla Rosji wysokiej klasy sprzęt wojskowy. Czy może być w stosunkach międzynarodowych coś bardziej wstydliwego?
Czy jest jakaś rada na radykalne, acz niewojenne, by do wojny właśnie nie dopuścić, powstrzymanie agresji rosyjskiej? Trzeba odwagi i wyrzeczeń hedonistycznych. Zerwanie przez kraje Unii Europejskiej i Stany Zjednoczone, nie zważając na obniżenie poziomu życia (hedonistycznego) społeczeństw, stosunków dyplomatycznych z Rosją putinowską wydaje się jednym wyjściem z politycznego impasu. Gdyby państwa Unii i USA solidarnie wycofały swe przedstawicielstwa w Rosji i zlikwidowały rosyjskie u siebie – Rosja znalazłaby się w izolacji totalnie paraliżującej jej politykę. Możliwe, że zaczęłaby nanizać jakieś porozumienia z Chinami lecz to partner trudny, nawet, a może zwłaszcza, dla niej. Aliansy rosyjsko-chińskie byłyby oczywiście nader groźne dla umierającego z przesytu, nadmiaru przyjemności i ze strachu Zachodu, ale może groźba zagłady cywilizacji wykrzesałaby wreszcie ze społeczności zachodniej ducha walki o zachowania własnej, nieskażonej cynicznym hedonizmem kultury chrześcijańskiej.
Chwała Haszczyńskiemu że piętnuje małoduszność Holendrów. I, jeśli dobrze rozumiem, Holandia w jego ujęciu jest symbolem całej Unii Europejskiej i USA. Żaden pojedynczy kraj nie zdobędzie się na odwagę zerwania stosunków politycznych z Putinem. Ale wszystkie razem byłyby do tego zdolne.
Tylko że wedle Buchanana Zachód umiera. Jeżeli to prawda, to, co będzie dalej?
Jacek Wegner
