Bogumił Łoziński

Pluralizm i wolność słowa w mediach w Polsce

Polska jest krajem, w którym prawo gwarantuje wolność słowa i w praktyce jest ono przestrzegane. Przypadki jego łamania są rzadkie. Istnieje natomiast problem pluralizmu, ponieważ dominują media reprezentujące jedną opcję ideowo-polityczną. Bynajmniej nie jest to opcja sprzyjająca obecnej władzy.

Obraz sytuacji społeczno-politycznej w Polsce przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej czerpie z mediów krytycznie nastawionych do obecnego rządu. Stąd jest on daleki od obiektywizmu. Dominuje przekaz, że takie wartości jak wolność słowa czy pluralizmu w mediach są zagrożone, choć rząd nie podjął żadnych działań, które mogłyby być podstawą tych oskarżeń. Wprost przeciwnie, rozszerzany jest zakres pluralizmu, przez co jest on nieporównanie większy niż za poprzedniego rządu.

Fałszywe żale

Fałszywy obraz sytuacji mediów w Polsce potęguje przekaz zawarty w polskich środkach masowej komunikacji o profilu lewicowo-liberalnym. Przykładem może publikacja, która ukazała się w październiku w polskim wydaniu tygodnika „Newsweek”. Otóż w rozmowie z dziennikarką tygodnika troje publicystów z innych redakcji alarmuje, że obecna władza niszczy „niezależne” media, chce podporządkować sobie prywatną telewizję czy doprowadzić do upadku krytyczny wobec niej dziennik. Argumentem za tymi tezami była zapowiedź rządu wprowadzenia ustawy o dekoncentracji kapitałowej i własnościowej w mediach. Absurdalność tych zarzutów polega na tym, że ich autorzy mogą bez żadnego skrępowania ostro krytykować obecną władzę. Robią to na sześciu kolumnach, co jak na standardy objętości materiałów w tygodnikach jest bardzo dużo. „Newsweek” zaś w pierwszym półroczu tego roku zajął trzecie miejsce pod względem sprzedaży wśród tygodników opinii (ok. 100 tys. egzemplarzy). Jeden z trojga dziennikarzy skarżących się na obecną władzę publikuje w tygodniku „Polityka” zajmującym drugie miejsce w tym rankingu, dziennikarka pisze w największym dzienniku „Gazecie Wyborczej”, a trzeci publicysta pracuje w stacji TVN24, która jest liderem oglądalności wśród kanałów informacyjnych. Do tego zapowiadane przepisy o dekoncentracji mediów istnieją w większości krajów Unii Europejskiej, a kształt projektu polskiej ustawy w ogóle nie jest znany. Groteskowość sytuacji, w której dziennikarze największych mediów w Polsce bez żadnych ograniczeń ubolewają nad rzekomym ograniczeniem wolności słowa, jest tak oczywista, że tezy zawarte w rozmowie wyśmiali nie tylko dziennikarze prawicowi, ale nawet koledzy z ich własnych redakcji.

Wolność tylko dla lewicy

Skąd się więc bierze poczucie zagrożenia dziennikarzy krytycznie nastawionych wobec obecnej władzy? Ich lewicowo-liberalna narracja dominowała przez 25 lat w przekazie publicznym i w zasadniczym stopniu kształtowała świadomość Polaków. Od kilku lat rozpoczął się intensywny proces przełamywania tego monopolu, który po dojściu do władzy PiS wyraźnie przyspieszył, w wyniku czego rząd dusz w coraz większym stopniu zaczynają kształtować media prawicowe. Nie mamy więc do czynienia ze zjawiskiem zamachu na pluralizm i wolność mediów, ale wręcz przeciwnie.

Dziennikarze lewicowo-liberalnych mediów mogą odczuwać niepokój, ale nie dlatego, że ktoś chce ich zniszczyć, lecz dlatego, że nie są w stanie pogodzić się z faktem, iż nie mają już monopolu, nie chcą się „posunąć”, aby zrobić trochę miejsca dla innych. Jeśli więc w ogóle można stawiać tezę, że w Polsce jest problem z pluralizmem i wolnością słowa, to z pewnością mają go media o charakterze lewicowo-liberalnym, które nie potrafią funkcjonować w sytuacji, gdy inne opcje ideowe zaczynają mieć taki sam potencjał jak one. To charakterystyczna cecha lewicowej mentalności – określone prawa należą się tylko nam, gdy zaczynają z nich korzystać inni, to oznacza, że są łamane.

Dominacja jednej opcji

Czytelnik nieznający polskich realiów może być zaskoczony faktem, że media w Polsce mają tak wyraźne oblicza ideowo-polityczne. Aby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do roku1989, kiedy odzyskaliśmy wolność w wyniku pokojowych przekształceń politycznych. Jednak taka forma transformacji miała swoją cenę. Pierwszy niekomunistyczny rząd składał się z członków „Solidarności” o lewicowych poglądach oraz dawnych komunistów. Zbliżenie tych dwóch środowisk doprowadziło do ukształtowania się obozu, który zdominował polskie życie polityczne i społeczne na lata. Także to środowisko w zasadniczym stopniu przejęło media.

Porozumienie z władzami poprzedniego systemu doprowadziło do sytuacji, że w Polsce nie przeprowadzono dekomunizacji, jak w innych krajach bloku sowieckiego, lecz wprost przeciwnie – ludzie o rodowodzie komunistycznym uwłaszczyli się na majątku narodowym. To samo dotyczy mediów prywatnych. Nie przypadkiem jedną z największych w Polsce telewizji prywatnych założył człowiek, który współpracował z wywiadem PRL, do czego się przyznał, a założyciel drugiej pracował w kontrolowanych przez Służbę Bezpieczeństwa firmach polonijnych. Z kolei największym tygodnikiem opinii był przez lata postkomunistyczny periodyk „Polityka”, który został założony jeszcze w roku 1957 przez rządzącą wówczas partię komunistyczną.

Dominacja polityczna i ekonomiczna obozu lewicowo-liberalnego doprowadziła do sytuacji, w której największe media w Polsce reprezentowały interesy tego obozu. O pluralizmie nie było więc mowy.

Przełamana słabość prawicy

Brak zaplecza finansowego oraz prawicowych partii politycznych u władzy (z krótkotrwałymi wyjątkami) był jedną z przyczyn słabości mediów konserwatywnych. Istniały próby powołania konserwatywnego dziennika, np. „Życia”, ale nie utrzymało się ono na rynku. Istniały mniejsze pisma, ale o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania. Lepiej wyglądała sytuacja z mediami religijnymi, a właściwie katolickimi. W 1991 roku redemptorysta o. Tadeusz Rydzyk założył Radio Maryja, potem pod jego egidą zaczął wychodzić „Nasz Dziennik” i rozpoczęła nadawanie „Telewizja Trwam”. Duże nakłady uzyskiwały dwa tygodniki katolickie: „Gość Niedzielny” i „Niedziela”. Jednak podmioty katolickie skupiały się na warstwie religijnej i nie miały takiej siły oddziaływania jak media lewicowe.

Sytuacja zaczęła się zmieniać po 2000 roku. Coraz mocniejszy stawał się biznes prowadzony przez przedsiębiorców o poglądach konserwatywnych, w krótkich okresach, gdy u władzy nie była lewica bądź liberałowie, w komercyjne przedsięwzięcia medialne angażowały się też spółki skarbu państwa. W ten sposób powstała na przykład w 2001 roku Telewizja Puls, która jednak po dwóch latach upadła. Przełomowe dla pojawienia się silnych mediów konserwatywnych było dojście do władzy prawicowego ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość, którego dwa lata rządów (2005-2007) ożywiło opinię prawicową. Duże znaczenie miała też katastrofa smoleńska w 2010 roku, w której zginęła elita prawicowych polityków na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Bulwersujące zaniedbania ówczesnego rządu Platformy Obywatelskiej przy organizacji tragicznego lotu, a potem przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy stały się katalizatorem procesu przełamywania narracji, którą prawica odbierała jako kłamstwa. Polem tego „przełamywania” stały się media, gdyż dominujące wówczas lewicowo-liberalne środki masowej komunikacji przekazywały rządową wizję tej tragedii. Zresztą nie tylko jej, także innych aspektów polskiej rzeczywistości. Na kanwie tych procesów powstał konserwatywny tygodnik „Uważam Rze”, a po zmianie jego właściciela zespół redakcyjny podzielił się i zostały utworzone dwa nowe tygodniki: „wSieci” oraz „Do Rzeczy”. Nowe otwarcie nastąpiło w wydawanym już wcześniej tygodniku „Gazeta Polska”. Fenomenem jest istniejący ponad 90 lat tygodnik katolicki „Gość Niedzielny”, który przeszedł metamorfozę i stał się największym tygodnikiem opinii w Polsce, ze średnią sprzedażą w pierwszym półroczu 2017 roku ponad 126 tys. egzemplarzy. Gdy porównamy łączną sprzedaż w tym okresie czterech największych tygodników konserwatywnych, które wymieniłem wcześniej, z czterema największymi lewicowymi i liberalnymi („Polityka”, „Newsweek”, „Fakty i Mity”, „Przegląd”) to okaże się, że pierwsza grupa sprzedaje 273 tys. egzemplarzy, a druga 257,6. Są to nakłady zbliżone, można więc postawić tezę, że wśród tygodników istnieje równowaga. Natomiast wśród dzienników wciąż dominuje opcja lewicowo-liberalna.

Pluralizm między mediami

Dowodem na rzekome ograniczanie wolności i pluralizmu mediów przez rząd PiS ma być obsadzenie swoimi ludźmi kierowniczych stanowisk w mediach publicznych, co w konsekwencji oznacza, że prezentują one przekaz zgodny z linią rządu. Tyle że proceder taki był stosowany przez wszystkie rządy w Polsce i jest konsekwencją obowiązujących przepisów, pozwalających ugrupowaniu będącemu u władzy mieć wpływ na wybór szefów mediów publicznych. Tak czyniła każda partia rządząca w Polsce, również Platforma Obywatelska. Obecnie tak postąpiło PiS. Przegłosowując zmiany w prawie, doprowadziło do „przejęcia mediów publicznych”. Jednak paradoksalnie oznacza to zwiększenie pluralizmu w mediach elektronicznych. Z danych za pierwszy kwartał tego roku wynika bowiem, że programy dwóch największych stacji telewizyjnych w Polsce zdecydowanie o profilu antyrządowym: Polsatu i TVN-u, miały udział w rynku telewizyjnym odpowiednio 11,22 proc. i 9,82 proc., a więc łącznie 21,04 proc. Tymczasem audycje programu pierwszego i drugiego telewizji publicznej osiągnęły łącznie 16,3 proc., a więc różnica jest wyraźna. Przed objęciem rządów przez PiS oba kanały telewizji publicznej prezentowały opcję prorządową i ostro atakowały PiS, więc o żadnym pluralizmie mowy nie było.

Warto przy tym wspomnieć, że na rynku działają dwie telewizje o profilu prawicowym: TV Trwam i Telewizja Republika, ale ich zasięg jest ograniczony: pierwsza ma oglądalność na poziomie ok. 1,5 proc., a druga 0,1. Obecnie, gdy media publiczne prezentują opcję rządową, ten pluralizm jest zdecydowanie większy, choć istnieje między mediami. W Polsce zjawisko pluralizmu wewnątrz redakcji właściwie nie występuje. Media mają zdecydowanie charakter tożsamościowy i skupiają dziennikarzy o jednej opcji ideowo-politycznej.

Weryfikacja rynku

W czerwcu 2014 roku tygodnik „Wprost” opublikował stenogramy z nagrań rozmów czołowych polityków ówczesnej władzy. Rozmówcy – nieświadomi, że są nagrywani – swobodnie wyrażali swoje poglądy, ujawniając bulwersujące kulisy funkcjonowania Polski pod rządami PO. Rozmowa ministra w kancelarii premiera Tuska Pawła Grasia z ówczesnym prezesem jednej z największych spółek skarbu państwa, koncernu paliwowego PKN Orlen Jackiem Kawalcem pokazuje mechanizm wspierania mediów przez polityków. Otóż prezes PKN Orlen w wulgarnych słowach krytykuje prezesa Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń za to, że ten umieszcza ogłoszenia w prawicowym tygodniku „wSieci”. Zarzuty wynikały z faktu, że w Polsce istnieje praktyka, iż rząd poprzez podległe mu spółki skarbu państwa kieruje strumień pieniędzy do mediów, które go wspierają. Odbywa się to np. w formie ogłoszeń, reklam, artykułów sponsorowanych czy powierzania tym mediom środków unijnych na promowanie idei Unii Europejskiej. Gdy teraz do władzy doszło PiS, beneficjentami tego mechanizmu są media konserwatywne. To wywołuje ostre ataki podmiotów lewicowo-liberalnych, odciętych od ważnego źródła dochodu. Z raportu sejmowego zespołu ds. wolności słowa wynika, że za rządów Donalda Tuska w ciągu czterech lat z ministerstw popłynęło do wspierających go mediów ponad 124 mln zł. Nic dziwnego, że obecnie publicyści „Gazety Wyborczej” alarmują, iż bez środków z tego źródła dziennikowi grozi upadek. Po czym stawiają zarzut, że jest to dowód na walkę obecnego rządu z mediami. Oczekiwanie, iż rząd będzie kierował strumień pieniędzy do ośrodków, które z nim bezpardonowo walczą, a wręcz wzywają do jego obalenia, jest kuriozalne. Jednak największy absurd tych oskarżeń polega na tym, że prywatne media lewicowo-liberalne nie chcą poddać się weryfikacji rynku, tymczasem konserwatywne, przez lata pozbawione środków państwowych, na rynku się utrzymały. Oczywiście, można mieć wątpliwości, czy mechanizm wspierania mediów przez państwo w zależności od tego, czy popierają dany rząd, jest prawidłowy. Jednak oskarżenia mediów lewicowo-liberalnych, że pozbawienie ich tych środków to zamach na wolność i pluralizm mediów, jest szczytem hipokryzji. Gdy sami byli beneficjentami tego systemu, w obronie ewidentnego łamania wolności słowa mediów prawicowych nie występowali. Nie protestowali, kiedy zdominowana przez ludzi związanych z Platformą Obywatelską Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która reguluje rynek medialny w Polsce, odmawiała przyznania koncesji na nadawanie naziemnej telewizji cyfrowej TV Trwam, gdyż była ona krytyczna wobec rządu PO. Był to ewidentny zamach na pluralizm w mediach. Rada ustąpiła dopiero pod naciskiem potężnych manifestacji, z których jedna zgromadziła aż pół miliona osób. W obronie TV Trwam wystąpiła nawet wybrana głosami PO Rzecznik Praw Obywatelskich, a także Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

Dekoncentracja

Obecny rząd zapowiada dekoncentrację mediów w Polsce. Choć nie przedstawił jeszcze nawet projektu ustawy w tej sprawie, już podnoszony jest krzyk, że nowe prawo ma służyć zniszczeniu mediów wobec niego krytycznych. Tymczasem regulacje dotyczące ochrony rynków medialnych są w Unii Europejskiej normą. Na przykład we Francji czy w Niemczech w imię zasady pluralizmu istnieją liczne przepisy przeciwdziałające monopolizacji mediów i jednocześnie gwarantujące podmiotom krajowym dominację na rynku wewnętrznym. Tymczasem w Polsce doszło do powstania monopoli oraz przewagi własnościowej podmiotów zagranicznych.

Według danych z 2015 roku wydawcy niepolscy są właścicielami 138 czasopism i sprzedają łącznie ponad 560 mln egzemplarzy. Z kolei krajowi posiadają tylko 47 tytułów, sprzedając łącznie 178 mln egzemplarzy. Podmioty o kapitale zagranicznym kontrolują więc aż 76 proc. rynku prasy. Jeśli chodzi o rynek radiowy to zagraniczne media są w posiadaniu 48 proc.

Jeszcze poważniejszym problemem są monopole. Niemiecki koncern Bauer kontroluje 33 proc. udziału w rynku prasowym i 28 proc. w radiowym. Z kolei wśród dzienników regionalnych dominuje niemiecka Grupa Polska Press, kontrolując aż 20 spośród 24 tytułów lokalnych. Taka koncentracja mediów w jednych rękach i dominacja kapitału zagranicznego w Niemczech czy we Francji byłaby niemożliwa.

Wejście w życie ustaw dekoncentracyjnych z pewnością uderzy w monopolistów, stąd głośne protesty. Jednak u ich podstaw leżą interesy finansowe, a sprawa pluralizmu jest tylko przykrywką, mającą wprowadzić w błąd nieorientujących się w rzeczywistej sytuacji. Gdyby uznać ich rację, oznaczałoby to, że w większości krajów europejskich obowiązują przepisy uderzające w pluralizm i wolność mediów. Należy poczekać na projekt rządowy, ale trudno podejrzewać, że znajdą się w nim rozwiązania sprzeczne ze standardami obowiązującymi w Unii Europejskiej.

Przedstawiona tu analiza pokazuje, że działania obecnego rządu wobec mediów w żaden sposób nie odbiegają od standardów stosowanych w Polsce po 1989 roku, a wiele z nich wręcz służy rozwojowi pluralizmu i wolności słowa, a więc podnosi standardy demokracji.

Bogumił Łoziński jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Gość Niedzielny”

Materiał powstał w ramach projektu "Dziennikarze mówią o Polsce - dialog dziennikarzy polskich z dziennikarzami zagranicznymi". Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Dyplomacja Publiczna 2017 – komponent „Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2017”

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Artykuł został opublikowany w języku czeskim http://www.polskodnes.cz/aktuality/pluralismus-a-svoboda-slova-v-mediich-v-polsku/

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl