W swoim Tygodniowym Przeglądzie Medialnym Andrzej Kaczmarczyk zajął się kwestią „co ma afera podsłuchowa do „Golgota Picnic”, ponieważ - jego zdaniem – ma na tyle dużo, że obydwie te sprawy powinny były wywołać podobne reakcje środowiska dziennikarskiego, w tym SDP. Autor ma za złe żurnalistom oraz władzom SDP, że nie stanęły w obronie spektaklu „Golgota Picnic” dotkniętego skutkami katolickich protestów chociaż wcześniej solidaryzowały się z redakcją tygodnika WPROST dotkniętego nalotem prokuratorów i ABW-erystów. Autor uważa, że w imię „obrony konstytucyjnej wolności słowa” należało zareagować na obydwie te sprawy analogicznie. Ja uważam inaczej. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby władze SDP nie zajęły stanowiska w sprawie najścia na redakcję WPROST, ale jeszcze bardziej zdziwiłoby mnie, gdyby zajęły się sprawą „Golgota Picnic”. Wolność słowa niejedno ma imię, także w Konstytucji RP. I nie w każdej sytuacji musi być wartością stawianą ponad innymi.
Co w Konstytucji?
Zacznijmy od Konstytucji, której art. 14 stanowi, iż „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”. Praktyczny sens takiego ogólnikowego zapisu ujawnia dopiero art. 54, którego ust. 1 każdemu zapewnia „wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” zaś ust. 2 ustanawia zakaz cenzury prewencyjnej oraz koncesjonowania prasy. W art. 54 ust. 1, jednym tchem wyliczone są trzy różne rodzaje wolności słowa: wyrażania poglądów, pozyskiwania informacji i rozpowszechniania informacji. Podmiotem uprawnionym do zażywania wszystkich tych komplementarnych rodzajów wolności słowa jest obywatel; konstytucyjna gwarancja wolności mediów z art. 14 ma charakter wtórny względem tego, co przysługuje obywatelowi na mocy art. 54 ust. 1. Zarazem jest oczywistym, że przysługujące obywatelowi wolności z art. 54 w znacznej mierze urzeczywistniają się dzięki mediom i poprzez media. W sposób szczególny dotyczy to wolności pozyskiwania informacji i jej rozpowszechniania. Działania podjęte przez prokuraturę i ABW wobec redakcji tygodnika WPROST zostały (moim zdaniem trafnie) odczytane przez większość środowiska dziennikarskiego jako próba co najmniej utrudnienia pozyskiwania oraz rozpowszechniania informacji; w dodatku informacji o doniosłym znaczeniu dla obywateli i interesu publicznego. Ochrona tajemnicy dziennikarskiej jest warunkiem koniecznym urzeczywistniania konstytucyjnej swobody pozyskiwania informacji. Nic dziwnego, że większość dziennikarzy zareagowała podobnie na prokuratorskie zakusy wobec redakcyjnych laptopów, etc.
Jak na tym konstytucyjnym tle wygląda sprawa rezygnacji z pokazów spektaklu „Golgota Picnic”? Na pewno wygląda inaczej. Przede wszystkim nie wydaje się, by miała ona bezpośredni związek z wolnościami opisanymi w art. 14 i 54 Konstytucji. Zastosowanie do tej sprawy mógłby mieć prędzej art. 73, który „każdemu zapewnia wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Tak się jednak składa, że ze strony władz publicznych nie pojawiły się żadne działania łamiące „wolność twórczości” lub „wolność korzystania z dóbr”. Po pierwsze, nie jest prawdą, że wobec „Golgota Picnic” doszło do użycia zakazanej w Konstytucji cenzury prewencyjnej. Te spośród zaplanowanych imprez, które się ostatecznie nie odbyły, zostały odwołane przez samych organizatorów. Jeśli ktoś chce, może to nazwać „autocenzurą”, ale ma się to nijak do cenzury prewencyjnej w sensie ustrojowym. Po drugie, zaangażowanie władz publicznych w tę sprawę ograniczyło się do policyjnej ochrony imprez (projekcie wideo, głośne czytanie tekstu sztuki) organizowanych przez zwolenników publicznego prezentowania „Golgota Picnic”. Jeśli ktokolwiek doświadczył ze strony funkcjonariuszy państwa w tej sprawie ograniczenia swoich swobód, to tylko szorstko traktowani niektórzy z uczestników protestów.
Co u dziennikarzy?
Reakcje dziennikarzy i mediów na wspomniane tu fakty były zróżnicowane; zależne od ideowych „linii redakcyjnych” i poglądów osobistych dziennikarzy na kwestie objęte toczącą się w Polsce wojną kulturową a także od stosunku dziennikarzy do kodeksowego zakazu obrażania uczuć religijnych. Dziennikarska solidarność ponad podziałami w sprawie „Golgota Picnic”, analogiczna do zaistniałej w sprawie WPROST kontra władze publiczne nie była ani możliwa, ani pożądana. W każdym razie nie w wolnych mediach.
Dla dziennikarzy awantura wokół „Golgota Picnic” to jeden z wielu przedmiotów zainteresowania, relacji, komentarzy, ale nie powód do obawy o jakość gwarancji wolności wykonywania własnego zawodu. To coś, czym się zajmują, a nie coś co zajmuje się nimi. W tej sytuacji, zamiast odczuwać potrzebę solidarnego zwierania szeregów w obronie wolności słowa, dziennikarze zachowali się wobec tej sprawy tak jak wobec wielu innych tematów ideowo lub politycznie wybuchowych. Albo zachowali ostrożny dystans, albo zaangażowali się po jednej lub po drugiej stronie. Andrzej Kaczmarczyk chciałby, aby SDP opowiedziało się po stronie obrońców „Golgoty Picnic” wikłając się tym samym w spór, który z wolnością słowa w praktyce dziennikarskiej związku nie ma, a wpisuje się w wojnę kulturową, która środowisko dziennikarskie w Polsce dzieli tak samo, jak wiele innych środowisk.
Konkrety na deser
Na koniec parę drobiazgów, które wolałbym pominąć, gdyby nie to, że sam autor uznał je za istotne konkrety. „Siłowa blokada wejść do teatrów” na pochwałę i naśladowanie na pewno nie zasługuje, ale mowa o problemie, którego rozwiązywanie należy do policji i służb ochrony, a nie o skandalu ustrojowym wymagającym strzelistych aktów potępienia. Oczekiwanie autora, że ogół dziennikarzy będzie solidarnie, ponad podziałami łajać protestujących, którzy nie poprzestali na modlitwach, ale utrudniali amatorom „Golgoty Picnic” dotarcie na pokazy, jest oczekiwaniem ekscentrycznym i nie brzmiącym poważnie. Pikietowane imprezy korzystały z policyjnej ochrony, „ultrakatolicy” nie mieli monopolu na przemoc, zaś media podzieliły się na kibiców obu stron przedstawiając swoich faworytów jako ofiary. Taka to uroda wojen kulturowych, warta osobnej refleksji, wykraczającej poza ramy tej polemiki.
Z kolei doniesienia składane do prokuratur z art. 196 kk nie powinny być interpretowane jako wezwania do wprowadzenia cenzury prewencyjnej, tylko jako próba skłonienia wymiaru sprawiedliwości do egzekwowania prawa i wszczynania kłopotliwych postępowań z art. 196 kk. Jeśli autor jest przeciwny istnieniu art. 196 kk, powinien szczerze i wprost agitować za jego zniesieniem, zamiast wytykać władzom SDP, że nie protestują przeciwko czynieniu legalnego użytku z obowiązującego prawa przez jakieś osoby lub organizacje. Na podstawie przytoczonego przez autora cytatu ze stanowiska zarządu dolnośląskiej „Solidarności” nie umiem w pełni rozeznać jego intencji. Czy „Solidarność” wezwała parlament do uchwalenia prawa przywracającego w Polsce cenzurę prewencyjną? To faktycznie byłoby kuriozalne. Czy tak było? Możliwe, choć mało prawdopodobne. I w dodatku mało ważne. W obronie uczuć religijnych „Solidarność” może wydać oświadczenie, ale strajku na pewno nie ogłosi.
Puenta na niby?
Czy problem podniesiony przez Kaczmarczyka wolno uznać za całkiem wydumany, czy tylko wadliwie zilustrowany? Wyobraźmy sobie, że na łamach jakiegoś innego tygodnika (nazwijmy go „Lisweek”) dochodzi do publikacji stenogramów z nagranych (oczywiście nielegalnie) rozmów między dostojnikami Kościoła Katolickiego. Hierarchowie rozmawiają o przekrętach finansowych w jednej z diecezji, o molestowaniu seksualnym kleryków przez księdza-rektora seminarium, a ponadto knują intrygę w celu zablokowania w kurii rzymskiej awansu ich wspólnego kolegi na kardynała. Kilka dni po wydrukowaniu pierwszej części tych bulwersujących materiałów do redakcji „Lisweeka” wchodzą prokuratorzy, itd. Temat trafia do porządku dziennego obrad zarządu SDP. Część jego członków ma „dyskomfort emocjonalno-religijny” (że użyję określenia Andrzeja Kaczmarczyka) na myśl, że miałaby stanąć w obronie pisma znanego z niechęci do Kościoła i mającego na koncie nierzetelne, paszkwilanckie publikacje w tej dziedzinie. Z drugiej strony podobieństwo do historii z WPROST i ABW aż nadto oczywiste… Strach pomyśleć, że trzeba by to na serio przemyśleć.
