Co łączy publikacje „Wprost” i zdjęcie z afisza spektaklu „Golgota Picnic”? Tylko jedna drobna sprawa: konstytucyjne gwarancje wolności słowa. Co dzieli? Poza tym właściwie wszystko, a najbardziej reakcje dziennikarskiego środowiska.
 

    Zeszła środa, gdy do redakcji „Wprost” wkroczyła prokuratura, ABW i policja, była dla mediów w Polsce dniem szczególnym. „Wprost” choć oficjalnie notowany jako tygodnik opinii dla wielu jest po prostu i nie bez racji tabloidalną tygodniówką, która myli „deal Szeremeta z Tuskiem” z „dealem Szeremeta z PiS”. Dodatkowo „wSieci” od tygodni zajmuje się opisywaniem kryminalnej przeszłości redaktora naczelnego. W sumie mamy więc coś lekceważonego i podejrzanego, co należy trzymać na uboczu od dobrego towarzystwa. A jednak w środowy wieczór większość środowiska stanęła solidarnym murem za… No właśnie za czym? Za redakcją? Sądząc z wcześniejszych uwag to chyba nie. Za zasadą prawa i obowiązku ochrony dziennikarskich źródeł informacji? Takie były deklaracje. Mogłoby się wydawać, że nawet szerzej, że dziennikarze stanęli wspólnie, bez względu na różnice światopoglądowe, w obronie konstytucyjnej wolności słowa. Ale czy rzeczywiście ta zasada jest nam wszystkim tak szczególnie bliska. Moim zdaniem następne dni wykazały, że niestety nie.

    W niecałe dwa dni po „zajeździe na redakcję” dyrekcja Malta Festival odwołała obydwa pokazy kontrowersyjnego spektaklu „Golgota Picnic”. Zrobiła to ulegając presji środowisk ultrakatolickich wspieranych przez biskupów i prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego. Skuteczna akcja przeciwko przedstawieniu spowodowała kontrakcje. Teatry i ośrodki kultury w całej Polsce zorganizowały czytanie tekstu i pokazy zarejestrowanego spektaklu. To z kolei spowodowało rozlanie się również antypicnicowego protestu na cały kraj. I tak dochodzimy do istoty problemu czyli form protestu i reakcji dziennikarzy.

    Z protestującymi katolikami łączy mnie jedna ważna rzecz. Tak jak co najmniej większość z nich nie widziałem przedmiotu sporu na własne oczy. Dzieli nas natomiast zasadniczo fakt, że w związku z tym ja nie wiem czy „Golgota Picnic” to bluźnierstwo czy też nie, a oni wiedzą, że tak. Jako aktor z wykształcenia i nieco z doświadczenia, a dziennikarz z racji wykonywanego zawodu wiem, że w sprawach teatru nie warto polegać na cudzych opiniach, ale niech będzie. Oni wolą zaufać swoim autorytetom, a ja swojemu doświadczeniu. Niech będzie. Oburzeni niewidzianym i niewystawionym spektaklem chcą protestować i modlić się (do tego wezwała część biskupów) pod teatrami? Nie tylko OK, ale jestem gotowy bronić ich oczywistego prawa do tego. Jednak sprawy poszły znacznie dalej.

    Doszło do odwołania planowanych pokazów w czterech miastach, w innych do siłowej blokady wejść do teatrów, a co najważniejsze do wezwania do wprowadzenia w Polsce cenzury prewencyjnej. Do tego przecież sprowadza się apel części biskupów o odwołanie planowanych przedstawień. Do tego sprowadza się złożone w prokuraturach Lublina, Warszawy i Krakowa pismo Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą zawierające żądanie „zapobieżenia popełnieniu przestępstwa (…) projekcji spektaklu” i do tego sprowadza się wreszcie stanowisko dolnośląskiego zarządu „Solidarności” (!) stwierdzającego, że „rozpowszechnianie i upublicznianie tego rodzaju przekazu powinno być zabronione”.

    Owym protestom i nawoływaniom aktywnie sekunduje część mediów. Do rzeczy.pl wzywało do stawienia się przed Teatrem Rozmaitości w Warszawie. Jednym z tych miejsc, w których doszło do fizycznej blokady wejścia. Swoją relację z odblokowania wejścia przez nieuzbrojonych policjantów fronda.pl zatytułowała: „Państwo używa przemocy wobec katolików” oraz „Zobacz filmiki jak policja zachowuje się w stosunku do modlących się Polaków”. Widziałem. Więcej tam było przemocy, na szczęście werbalnej, ze strony protestujących niż ze strony policji. Oczywiście „Golgoty” broni „Gazeta Wyborcza” i tak pogardzany przez prawice mainstream, ale gdzie się podziała nasza środowa solidarna obrona wolności słowa? Gdzie zniknęło to pospolite ruszenie podobno nie w obronie eksterytorialności naszych redakcyjnych biureczek, ale w imię konstytucyjnych zasad?

    Nasze Stowarzyszenie, potrafi protestować w sprawie naruszeń wolności słowa w Rosji, na Białorusi, na Ukrainie i w redakcji „Wprost”, I słusznie. Ale swoją wielkość pokazałoby gdyby wystąpiło w obronie zasad również, a nawet szczególnie wtedy, gdy obrona tych zasad oznaczałaby zgodę na emocjonalno - religijny dyskomfort niektórych jej członków. Jak zasady to zasady. Nie tylko wtedy gdy ich stosowanie jest dla nas przyjemne.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl