Kilka dni temu stoczyłem karczemną awanturę z dwoma moimi bardzo bliskimi przyjaciółmi pracującymi w dużych ogólnopolskich redakcjach, ale nie zajmującymi się na co dzień polityką. Poczuli się urażeni oświadczeniem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, w którym wyraziliśmy oburzenie brakiem solidarności dziennikarskiej wobec dziennikarzy zwalnianych z „Rzeczpospolitej” po aferze „trotylowej”.

 

Miałem wrażenie, że treść oświadczenia była dość jasna. Naszą intencją było skrytykowanie osób wykazujących ewidentną schadenfreude albo wręcz zagrzewających do zwalniania  Gmyza, Wróblewskiego i innych. Takich osób było sporo, więc napisaliśmy o „części środowiska dziennikarskiego”. Zakończyliśmy pisząc, że „fakt, że duża część kolegów i koleżanek dziennikarzy wydała medialny wyrok na Cezarego Gmyza  bez weryfikacji faktów, a zarazem w sytuacji, w której bardzo poważne nieścisłości (także przy opisywaniu katastrofy smoleńskiej) zdarzały się i ich redakcjom, jest ponurym obrazem złej kondycji i stopnia upolitycznienia polskiego dziennikarstwa”.  No i właśnie to obruszyło moich znajomych. 

 

Jak zrozumieli to moi znajomi, podkreślam, dziennikarze niepolityczni? Że piętnuję między innymi ich, a to dlatego, że piętnuję wszystkich tych, „którzy nie bronili Gmyza”. Następnie z tej swojej interpretacji wyciągnęli logiczne wnioski, że  to niesprawiedliwe, bo przecież, jak wszystkie możliwe koncerny medialne w tym kraju w ciągu ostatnich lat zwalniały ludzi na pęczki, to nie domagaliśmy się od wszystkich bez wyjątku protestów w tej sprawie.

Problem w tym, że pisząc oświadczenie jednoznacznie krytykowałem ludzi atakujących,  czy po prostu dokopujących zwalnianym dziennikarzom, a nie „wszystkich tych, którzy nie zabrali głosu”. Co ciekawe, tak właśnie, zgodnie z moją intencją, zrozumiało to dwoje politycznych dziennikarzy, którzy do mnie później zadzwonili, ludzi z mediów zwolnionej ekipie bardzo nieprzychylnych, którzy nie mieli problemów ze zrozumieniem intencji naszego oświadczenia. „Możemy się kłócić, ale nie cieszyć cudzym nieszczęściem” - tłumaczyli.

Jaki z tego wniosek? Zakładam, że być może nie potrafię komunikować się w formie pisemnej na tyle, by być zrozumianym nawet w dość prostym przekazie. Ale wydaje mi się, że pomijając te ułomności, chyba mamy też inny problem. My już nawet w Polsce zaczynamy czytać inaczej. Co innego rozumieć, przyswajając tę samą treść.  Niedawno pisałem tu o amerykańskim eksperymencie dowodzącym, że uprzednie nakręcanie się w środowisku „tak samo myślących” zabija jakiekolwiek późniejsze zrozumienie „myślących inaczej”. Teraz miałem dowód praktyczny. Pozornie ta sama treść filtrowana przez kolejne poziomy uprzedzeń, daje zupełnie inne jej rozumienie.

Ludzie często gadają, że „dziennikarze manipulują”. Owszem, ale dlatego, że często sami są najbardziej zmanipulowani. Redakcje, zamknięte środowiska, mody towarzyskie i intelektualne, kategorie obciachu i „trendy” powodują, że żyją w światach alternatywnych, różnie dekodują rzeczywistość na zupełnie bazowym poziomie, jakim jest choćby sposób odczytywania prostego zdania czy oświadczenia. Nie omija to nikogo z nas. Socjologowie twierdzą, że tak się dzieje na całym świecie zarówno z mediami, jak i ze społeczeństwami. Pozornie zapewniający różnorodność Internet, tak naprawdę służy odnajdywaniu myślących dokładnie tak samo, jak my. Jest to na chwilę komfortowe, ale degenerujące dla naszej rzeczywistości, społeczeństwa obywatelskiego, demokracji. A także republiki, która powinna być związkiem różnych ludzi, ale takich, których łączy jedno -  lojalność wobec tejże republiki  i poczucie wspólnoty w jej ramach. Onet.pl niedawno opublikował wywiad z  aktorem Redbardem Kljinstrą, który ponuro opisał społeczną rzeczywistość Holandii. Tam też się kiedyś ludzie kłócili. A potem przestali. Powstały dwa społeczeństwa żyjące obok siebie i nie zwracające na siebie uwagi. Obce i obojętne sobie nawzajem.

I to jest moim zdaniem najstraszniejsza wizja przyszłości jaka stoi i przed polskim dziennikarstwem, i przed Polską. Że przestaniemy się kłócić, maszerować w przeciwnych kierunkach, wściekać się, zżymać, angażować. Że zaczniemy żyć obok siebie, a jak bez siebie. Skoro się ludzie kłócą to znaczy, że mają o co. Obawiam się, że jak przestaną to zapanuje cmentarna cisza. Więc skoro nie potrafimy rozmawiać, kłóćmy się chociaż. Ale róbmy to patrząc naszym adwersarzom w oczy i słuchając ich argumentów uważnie.          

 

Wiktor Świetlik

17 listopada 2012         

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl