Coraz ciekawiej wokół „Rzeczpospolitej”. Sprawa ma – można rzec - charakter rozwojowy. Pierwszy akt: publikacja o trotylu i jej skutki, dawno za nami. Ale po osiągnięciu założonych celów politycznych i kadrowych nadszedł czas na akt drugi. W akcie pierwszym front był jasno wyznaczony, armie zaś te, co zawsze. Druga odsłona jest dużo ciekawsza, fabuła splątana, a interesy dramatis personae rozbieżne. Akt trzeci, zapowiadany na styczeń, rozegra się już w zupełnie innym klimacie medialnym.
Grzegorz Hajdarowicz, najpierw powszechnie chwalony przez mainstream za sprawne ukaranie winnych, dziś stał się obiektem „bezprzykładnej nagonki”. Oto tygodnik „Polityka” kreśli portret biznesmena, w którym co prawda nie znajdujemy za wiele faktów dotyczących transakcji ze skarbem państwa, ale samo przypomnienie jej dość dziwnych okoliczności wydaje się grubym nietaktem w kontekście podejrzeń o uleganie przez właściciela wpływom rządzących. Poza tym – powiedzmy to otwarcie – tekst ma znamiona paszkwilu ośmieszającego przedsiębiorcę.
Tydzień później ukazuje się jeszcze ciekawszy materiał, tym razem w „Gazecie Wyborczej” (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,12887705,Sprzeczne_relacje__roszady____Czemu_na_aferze_trotylowej.html). Autor pokazuje kilka ciekawych tropów i stawia jedną intrygującą tezę, jakoby „wyrok na Gmyza” zapadł dużo wcześniej, po ujawnieniu skandali z PIT-ami białoruskich opozycjonistów. Tekst po imieniu wskazuje także, kto kim steruje i kto czyich interesów pilnuje w redakcji „Rzepy”. Nie bez znaczenia jest też termin publikacji „Wyborczej” - tuż po ujawnieniu, że stanowisko wicenaczelnego obejmie Bartosz Węglarczyk. Na Czerskiej włączył się chyba sygnał alarmu, bo też stopniowanie zagrożenia dla Agory jest jasne: wróg ideowy, śmiertelny wróg, były kolega z redakcji (na stanowisku szefa konkurencji).
Ale też sam główny bohater nie przestaje zaskakiwać. Wszyscy się spodziewali, że wybierze strategię „na przeczekanie”. W końcu media już żyją innymi sprawami, sprawa przyschnie, wszyscy zapomną. A tu proszę, Grzegorz Hajdarowicz „grzeje” nadal sprawę trotylu, tym razem w specjalnym dodatku. Daje się tam poznać jako jego główny autor. Nie tylko wstępniaka, także nowego kodeksu etyki dziennikarskiej.
Dziennikarze w sieci sporo dworowali sobie z paragrafu, w którym mowa o tym, że dziennikarz nie przyjmuje korzyści majątkowych bez zgody przełożonych (ile trzeba za tę zgodę odpalić, pytano). Ale nie do śmiechu zrobiło się po lekturze ostatniego punktu nowego dziennikarskiego credo: „wydawca ma prawo zażądać ujawnienia źródeł redaktorowi naczelnemu”. Ochrona źródeł informacji to najcenniejsze dobro, jakie reporter może zaoferować przy pracy nad tekstem. Pomaga mu je chronić zarówno litera prawa, jak i praktyka działania wymiaru sprawiedliwości. Teraz, przynajmniej w przypadku „Rzeczpospolitej”, ma się to zmienić. I nie ma znaczenia, z kim dziennikarz ma się wiedzą o swoich źródłach dzielić. Dla informatorów sygnał jest jasny: czarna polewka.
W akcie trzecim poznamy nowego naczelnego dziennika. Przekonamy się też, na ile „Gazeta Wyborcza” zaangażuje się w obronę dotychczasowej linii gazety (biznes is biznes) i czy „Newsweek” będzie nadal zachęcał wydawcę do ostatecznego rozwiązania problemu „Uważam Rze” (jak to już czynił Piotr Najsztub), a publicystów do porzucenia w nim pracy (o czym marzy Tomasz Lis). Nie wiemy jaki będzie finał dramatu. Możemy być jedynie pewni, że ogłosi go osobiście sam Grzegorz Hajdarowicz.
Piotr Legutko
