Tak się złożyło, że we wrześniu miałam okazję obserwować Orange March w Belfaście, w październiku manifestację TUC, brytyjskich związków zawodowych w Londynie, a w listopadzie po raz pierwszy uczestniczyłam w Marszu Niepodległości w Warszawie.
Różnic, prócz zaszłości historycznych, zachowań protestantów oraz pracy policji było wiele, o czym potem. W Warszawie jakimś trafem znalazłam się na Marszałkowskiej przy Hożej, gdy pierwsze szeregi manifestantów, Młodzież Wszechpolska i ONR przemieszczały się w stronę Placu Konstytucji. Nagle – huk, w niebo odpaliły pierwsze race świetlne, rozległy się okrzyki, skandowanie haseł, których treść pochłaniała odległość. Przed nami pojawiło się kilkunastu zamaskowanych wyrostków, jeden z butelką piwa w ręku słał w stronę Młodzieży Wszechpolskiej głośne „joby”. Kiedy poprosiłam porządkowych, żeby albo ich uspokoili, albo wykluczyli z pochodu, oczywiste „ciało obce”, jeden z nich powiedział: „Pani wie, co by się działo, gdybym ich o to poprosił?!” Kiedy próbowałam zrobić awanturnikom zdjęcie, odwracali się plecami, paru innych powędrowało jednak na chodnik. Podeszliśmy bliżej miejsca akcji. Policja już oddzieliła szpicę pochodu od reszty, nadchodzącej od strony Placu Defilad. Myślałam, że to klasyczny „kettling”, „gotowanie”, gdy policja zatrzymuje manifestację, oddziela kilkuset ludzi od zwartego pochodu, trzyma ich tam godzinami, nie pozwala nawet pójść do toalety, czego protestanci bardzo nie lubią. Ale nie. Policja odcięła już czoło pochodu od reszty, i w tej przestrzeni pojawiło się kilkudziesięciu zamaskowanych wyrostków w kapturach, w Anglii zwanych hooddies, synonim hoolligans. Krzyk, jedna za drugą odpalały flary, a tuż pod nosem policji uwijało się kilkudziesięciu zamaskowanych młodych ludzi. Zaczęła się regularna zadyma, rzucanie kostką brukową i kamieniami, ciskanie koszami na śmieci w policjantów, wyrywanie słupków drogowych. Rezultaty tej bijatyki już znamy: 132 osoby zatrzymane, 21 przestawiono zarzuty czynnej napaści na funkcjonariusza policji i niszczenia mienia publicznego.
Ale zanim jeszcze Marsz Niepodległości dotarł do Placu na Rozdrożu, w TVN24, Polsacie i TVP rozpoczęło się „pranie mózgów” rodaków w dawnym, dobrym PRL-owskim stylu. Jak czerwona raca odpalił sygnał, w którą stronę mają pójść komentarze: „radykalizacja prawicy”, „klęska PiS i Kaczyńskiego” oraz „narastające napięcie w kraju”. Prezenterka TVN24 zadawała pytania Jasia z księżyca: „kiedy przyjdzie taki czas, kiedy będziemy świętować Dzień Niepodległości w jednym marszu?”, na co każdy obywatel zachodnioeuropejskiej demokracji odpowiedziałby krótkim : „mam nadzieję, że nigdy”. Bo i po co? Wolność słowa, wyrażania swoich poglądów politycznych i religijnych, nawet dozwolone formy jej kultu, zapisana jest przecież w Konstytucji, i – zwłaszcza w Polsce, gdzie uczymy się dopiero naszych praw obywatelskich - idiotyzmem byłoby z tego przywileju rezygnować. Marsze uliczne, czy będzie to Orange March w Belfaście, czy uliczne protesty związkowców w Londynie, to jedynie manifestacja naszych opinii, które jak wiadomo, mamy różne. Pierwsza Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, Common Law w Wielkiej Brytanii, nasza ustawa zasadnicza zapewnia obywatelom nieskrępowaną swobodę świętowania rocznic w różnej formie, m.in. zgromadzeń i pochodów ulicznych, nawet (art. 53/ „wolność wyboru miejsca kultu religijnego”). Identyczne pytania – jakby się umówiono – padały w Polsacie i TVP. Jeśli dziennikarze telewizyjni nie mają pojęcia jak wygląda ABC demokracji, a więc zgoda na pluralizm poglądów oraz form ich manifestowania, skąd tę tajemną wiedzę ma czerpać „prosty lud” czyli telewidzowie?! Inna mantra powtarzana bez końca, zresztą za rzecznikiem Komendy Głównej Policji Mariuszem Sokołowskim, to: „organizatorzy odpowiadają za spokój marszu, to oni powinni zająć się wykluczeniem zamaskowanych chuliganów”. Przepraszam, a za co w takim razie odpowiada policja? W Wielkiej Brytanii czy USA to policja jest odpowiedzialna za „public order”, czyli pilnowaniem spokoju, także podczas marszów ulicznych.. Razem z organizatorami ustala najbezpieczniejsza trasę, umawia się, jak podczas Orange March, że pod katedrą św. Patryka unioniści nie będą bić w bębny, żeby nie drażnić irlandzkich katolików, etc. I jeśli mimo wszystko dochodzi do poważniejszych zamieszek, to policja odpowiada głową. Jeżeli rzecznik prasowy KGP nie zna statutowych obowiązków policji, to jaki jest stan wiedzy np. posterunkowych?
Potem w sukurs mediom i policji pospieszyli m.in. profesor socjologii Ireneusz Krzemiński, który wyznaczał linię ataku. Najpierw na pytanie o obecność faszyzmu w Polsce odpowiedział ostrożnie: „Trzeba przyznać, że w hasłach Młodzieży Wszechpolskiej i ONR jest coś bardzo niepokojącego”, ale wkrótce potem poszedł na całość, twierdząc, że oto w Polsce odradza się faszyzm. Nie pomogły nieśmiałe komentarze prof. Henryka Domańskiego, że „Polacy dotąd słabo uczestniczyli w procesach demokracji, nie znają jeszcze swoich praw, a te zamieszki, to jedynie koszta demokracji”. Dyżurni socjologowie - Krzemiński, Paweł Spiewak i Rafał Chwedorczuk - wznosili okrzyki już to paniczne, już to dramatyczne - „dlaczego elity obu stron pozwoliły na udział w marszu takich radykałów jak ONR?” i wnioskowali, „aby coś z tym zrobić”. Lecz nawet oni twierdzili zgodnie, że „młodzi ludzie z Młodzieży Polskiej, to jeszcze nie faszyści”. Gdyby jeszcze ta naukowa elita wiedziała, że w USA działają legalnie organizacje faszystowskie jak American Nazi Party czy Creativity Movement, która głosi wyższość białej rasy nad innymi. Ze faszyści, rasiści i antysemici mają tam prawo do głoszenia swoich poglądów, zwoływania manifestacji, publikowania książek i gazet, co gwarantuje im Pierwsza Poprawka. Nie znaczy to, że chciałabym widzieć podobne ugrupowania w Polsce – ale dobrze jest wiedzieć, co się dzieje na świecie. Na koniec wystąpili politycy SLD, Millera i Oleksego, stali komentatorzy TVN24, którzy – jakby mieli jakąkolwiek legitymację do wygłaszania komentarzy na temat demokracji - zadekretowali komunikat. Widać było jak na dłoni – wybór dyskutantów, rodzaj zadawanych pytań, ich treść – jak mainstreamowe media podrzucają Polakom „narrację” wydarzenia. Co myśleć o Marszu Niepodległości i jak argumentować w rozmowach z przeciwnikami. W Polskę poszedł message: w kraju odradza się faszyzm; marsz – kompromitacją PiS i Jarosława Kaczyńskiego, konieczność delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, potrzeba jednego marszu niepodległości, tego prezydenckiego, pokojowego jak gołąbek Picassa, patriotycznego niczym Trylogia Sienkiewicza, i z Rotą Konopnickiej na ustach. Manipulacja medialna w formie tak modelowej, że można by na tym przykładzie uczyć studentów dziennikarstwa.
A teraz umieśćmy Marsz Niepodległości w nieco szerszym kontekście. Krzysztof Czabański jak najsłuszniej przypomina o długiej historii prowokacji, gdzie niejednokrotnie zdarzało się, że policja atakowała samą siebie, bo „to rodzaj prowokacji starej jak świat”. Czy przykład Jeana Valjeana nic Państwu nie mówi? Albo metody stosowane w latach 80. przez autorów stanu wojennego? Policyjne sposoby, używane podczas demonstracji, zależą od tego, co chcą osiągnąć „the police and media proprietors”, „właściciele mediów i policji”. A więc kilka pytań: czy politycy wszystkich opcji apelowali o spokój podczas Marszu Niepodległości? Jedynie Prawo i Sprawiedliwość. Czy nie nastąpiło „wrogie przejęcie” Marszu przez prezydenta Komorowskiego, który nazywając swój „Razem dla Niepodległości”, miał nadzieję zaanektować część potencjalnych członków tego właściwego? Pomysł się nie udał, lecz czy to nie dziwne, że podczas tego pochodu nie zanotowano większej mobilizacji policji, żadnych prób kettlingu, ani śladu chuligańskich zamieszek?. A może Marsz Niepodległości, zresztą podobnie jak w roku ubiegłym, po prostu „miał pecha”? Mainstreamowe media wciąż ze zgrozą przytaczają listę strat: 132 osoby aresztowane, 24 ranne, zniszczenia szacowane na 50 tys. złotych, które mają być egzekwowane od organizatorów marszu. Już mamy projekt SLD delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, w Sejmie odbył się wiec protestacyjny „przeciw odradzaniu się faszyzmu w Polsce”, społeczeństwo otrzymało przekaz „jeśli zależy wam na spokoju, wspólnocie z Europą, przynależności do kręgu państw cywilizowanych, lepiej trzymać z nami niż z nieodpowiedzialnym, tkwiącym w złej przeszłości PiS-em.
Jeśli nie wiadomo, co sądzić o zdarzeniach, warto zadać nieśmiertelne pytanie: kto na takim przebiegu wypadków korzysta? Czy naprawdę nie ma realnej możliwości, że oto byliśmy świadkami policyjnej prowokacji? Dziennikarzom nie wolno zaczynać relacji z wydarzenia od końca, od konkluzji. Ale nie mogą zamykać oczu na fakty oraz uciekać od obowiązku wyciągania z tych faktów jakichś względnie logicznych wniosków.
Elżbieta Królikowska-Avis
23 listopada 2012
