Marzena Paczuska, dziennikarka nader aktywna na Twitterze, śledząca ponad 650 podmiotów nadawczych, po wtorkowej konferencji prasowej Putina zatwittowała: „Szokuje fascynacja zagrywkami Putina artykułowana na PL TT.” Faktycznie, już w trakcie trwania Putinkonfy zaczęły pojawiać się polskojęzyczne tweety noszące znamiona owoców fascynacji, osobna kwestia, czy szczerej, czy symulowanej. W gronie zafascynowanych publicznym występem Putina tweetotwórców znalazł się także Eryk Mistewicz, człowiek skądinąd niekiedy zdolny do trzeźwych analiz. Ale nie tym razem:
„Cały świat słucha dziś Putina. Jego wersji. I powtarza jego słowa, zdania.” „Ograniczenie ryzyka poprzez montaż pytań dziennikarzy. Pełna kontrola. Profesjonalizm zgodny z czasem informacyjnej wojny.” „Perfekcyjne”. „Nie widzę dziś w Europie polityka tej klasy - jeśli chodzi o komunikację, język, sposób argumentacji, budowanie narracji, swobodę wypowiedzi.”
Wszystkie te superlatywne ochy i achy sprawiły na mnie podobne wrażenie, co rozpuszczona tego samego dnia informacja o nominowaniu Putina do pokojowej nagrody Nobla: że coś takiego byłoby do przełknięcia tylko w charakterze ironicznych kpin. Ale Mistewicz nie ironizował. On się… ekscytował, brawurowo przekraczając w tej ekscytacji czerwoną linię śmieszności.
Nie podejmuję się wyjaśnienia zagadki, dlaczego telewizyjny kontakt z Putinem działa na niektóre umysły bardziej obezwładniająco niż na niektóre ciała uzdrawiająco działał telewizyjny kontakt z Kaszpirowskim. Wiem za to na pewno, że „wersja Putina”, choć „wysłuchana przez świat”, nie zmieniła medialnej percepcji jego polityki nawet w krajach, których rządy bronią się przed myślą o poważnych sankcjach wobec Rosji. Wersja Putina została uważnie wysłuchana przez świat, ale bynajmniej nie z powodu jego maestrii na niwie komunikacji, narracji i argumentacji, tylko z powodu rosyjskiego arsenału wojennego i osobistej gotowości Putina do awanturnictwa. Jego konferencja prasowa nie była narzędziem uwodzenia, tylko terroryzowania. Nie pokazał żadnej „klasy” tylko butę pewną bezkarności. Nie zastosował wyrafinowanych technik manipulowania odbiorcami, tylko okładał ich niczym nahajką kłamstwami szytymi najgrubszą dratwą. Lub – jeśli ktoś woli metaforykę gombrowiczowską – gwałcił ich przez uszy. Do zbrojnej przemocy zastosowanej na Krymie, dołożył przemoc oralną przed kamerami w Moskwie.
Jeśli kogokolwiek taki właśnie występ zafascynował i podekscytował, to wyjaśnienia tego fenomenu nie ma sensu szukać w teoriach komunikacji, manipulacji, marketingu i spinningu, ale raczej w teoriach psychicznych dewiacji; od masochizmu poczynając.
