Czy jeden z najzdolniejszych publicystów młodego pokolenia Łukasz Warzecha padł ofiarą uzależnienia innego dziennikarza od swojego informatora, który stał się jednocześnie jego mocodawcą? Wszystko wskazuje na to, że zakaz publikowania przez Łukasza Warzechę na łamach „Rzeczpospolitej” jest wynikiem takiego piętrowego powiązania. Bliskiego związku dziennikarza z politykiem, którego niebezpieczeństwa dziennikarz z początku  nie dostrzegał. Zakładam bowiem pierwotną uczciwość dziennikarza, a jego uwikłanie się w jakiś rodzaj zależności od polityka, kładę na karb braku jego wyobraźni, a brutalnie mówiąc, głupoty.

Co najdziwniejsze i najsmutniejsze zarazem, Andrzej Talaga, który pełni obecnie obowiązki  redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, odsuwając Łukasza Warzechę od współpracy z tym dziennikiem prostą drogą prowadzi gazetę do zagłady, bo pozbawia ją jednego z ostrzejszych piór, jakie tam drukowano.  Zaś sam wchodzi w rolę dziennikarskiego kacyka o groteskowych rysach. Zakaz pisania popularnemu publicyście, po niedawnej dintojrze jaką w „Rzeczpospolitej” przeprowadził właściciel pisma Grzegorz Hajdarowicz, wpisuje się w pewien porządek czystek o zabarwieniu politycznym, mającym na celu rozpostarcie ochronnego parasola nad rządzącą partią.

Pretekstem pozbycia się Warzechy ma być to, że publicysta jest etatowym dziennikarzem tabloidu „Fakt”. A więc pracuje na stałe w gazecie z definicji niższej kategorii, nie do końca rzetelnej, podczas gdy „Rzeczpospolitej” zależy na odbudowaniu obrazu pisma wiarygodnego. Nie może więc zamieszczać tekstów autora zewnętrznego, mającego tak odległe i niższe rodowodowo korzenie.    

To jednak tylko zasłona dymna. Prawdziwym powodem podobno jest to, że Andrzej Talaga, który od lat jako dziennikarz specjalizuje się w sprawach zagranicznych, jest dobrze zakolegowany z szefem MSZ Radosławem Sikorskim. A Łukasz Warzecha jest jednym z najbardziej gorących krytyków Radosława Sikorskiego. Talaga nie musiał wcale działać pod wpływem sugestii szefa naszej dyplomacji. Mógł to sam wymyśleć i postanowić w cieniu gabinetu, żeby okazać Sikorskiemu swoją wobec niego lojalność. Musiałbym mieć więcej danych, ale znając ambicje Andrzeja Talagi, wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby mierzył on w jakąś posadę w samym MSZ, włącznie do pracy na jakiejś placówce zagranicznej.   

Zawsze przestrzegałem przed nadmiernym zbliżaniem się dziennikarzy do polityków, wysokich urzędników, znanych biznesmenów i innych tzw. publicznych postaci. Inaczej mówiąc, przed takim stopniem znajomości czy zażyłości, który mógłby odbierać nam pełną swobodę w pisaniu, gdyby z jakichś powodów taka osoba stawała się negatywnym bohaterem naszego tekstu. Zasada ta zresztą powinna być rozciągnięta na wszystkich ludzi mediów, włącznie do właścicieli, redaktorów naczelnych i innych wysokich figur. Przykład Andrzeja Talagi jest o tyle pouczający, że znajomość z Radosławem Sikorskim zaczynał jako zwykły dziennikarz. Los, na jego nieszczęście, włożył mu do plecaka marszałkowską buławę, dlatego zbyt bliskie związki z Sikorskim nie tylko paraliżują jego samego, ale każą mu kneblować innych. Brzydko bawicie się chłopcy swoją władzą. Psujecie swój zawód. Nie zbudujecie na tym dobrego imienia.

 

Jerzy Jachowicz

26 listopada 2012

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl