Zacznę nietypowo i nieprofesjonalnie – od zagadki. Zacytuję mianowicie króciutki fragment wypowiedzi „polityka” i zapytam, z jakimi doświadczeniami niedawno minionej historii kojarzy się słownictwo tego tekstu i sposób dyskredytowania przeciwników politycznych (już bez cudzysłowu)? Oto wedle autora jeden z nich „gotów jest zaprzedać się politycznym chuliganom, załganym hipokrytom (…) i zwykłym kłamcom…”. Albo: „Polska niedemokratyczna rządzona przez propagandystów w stylu stalinowskim i lizusów (…)”. Odpowiedź aż nazbyt łatwa - to język (i epitety) rodem z tego czasu, kiedy były „zaplute karły reakcji”, „psy łańcuchowe imperializmu”.
I teraz wstawiam do zaznaczonej przerwy w pierwszym cytacie słowo usunięte: „smoleńskim”, a więc „hipokrytom smoleńskim”, w drugim nazwisko Rydzyka, „lizusów Rydzyka ”– i już wiemy, że musiał to napisać ktoś z naszych, znaczy się z naszych czasów. W istocie, gdyż ten „artykuł” ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita” 22 stycznia 2014 r. pod tytułem imperatywnym, nawołującym do przemocy: „Izolować Kaczyńskiego”. Znamy takich, co izolowali, niektórzy jeszcze żyją i izolują, a ich progenitura, mówiąc językiem jednego z nich, „trzyma władzę” – mniejszą czy większą, państwową, gospodarczą lub medialną, bez różnicy.
A kto ze współczesnych „polityków” parających się od wielu lat pisaniem – książek i tekstów publicystycznych - jest epigonem propagandy pepeerowsko-pezetpeerowskiej? Ba – więcej, naśladowcą butnych, ordynarnych zachowań publicznych dawnych przedstawicieli władz partyjnych i ich pretorianów z UB i SB? Ten, kto wyróżnia się nawet wśród posłów PO, SLD i Palikta – zasłużony dla polskiej antykultury i immoralności Stefan Niesiołowski.
Oprócz leksyki kojarzącej się z ze słownictwem propagandy uprawianej w latach 1944-1989 replikuje on także, jak na epigona przystało, tamte metody oficjalnej propagandy politycznej (czytaj: indoktrynacji): nazywać, oceniać, rzeczywistość bez uzasadnień, bez troski o wskazywanie przesłanek. Po prostu tak musi być, skoro mówi to niegdysiejszy katolik, bohater i w jednej osobie zdrajca przyjaciół i idei „Ruchu”, autor książek i artykułów, były działacz „Solidarności”, dawny senator, niedawny wicemarszałek i dzisiejszy poseł nieszczęsnego Sejmu III Rzeczypospolitej.
Epigoństwo Niesiołowskiego wypływa zdaje się z jego wewnętrznie sprzecznej osobowości. Z jednej strony widzi w stalinizmie zło, które przypisuje w całej rozciągłości znienawidzonej partii Kaczyńskiego (i niejako przy okazji równie znienawidzonemu ks. Rydzykowi). Z drugiej zaś w lżeniu swych przeciwników korzysta pełnią swego umysłu, jak rzekłem, z arsenału językowych środków propagandowych stalinizmu. A więc próbując epitetami stalinizmu zniszczyć moralnie swych antagonistów, jednocześnie staje się jego apologetą, gdyż w swym pisarstwie uznaje aktualną przydatność rozumowania i pisania wedle tej przeklętej metody.
W jego rozumowaniu występuje jeszcze jeden wróg, którym straszy społeczeństwo, jak setki podobnych mu „publicystów” - faszyzm i NSDAP. W tych odniesieniach jest może więcej jadu i bełkotliwości i językowej niż w dyskontowaniu stylu sowiecko-polskoludowego, ponieważ Niesiołowski chce jednym haustem zarzucić PiS niemal wszystko, z czym do dzisiaj kojarzy się nazizm. Żeby uzasadnić tę opinię, muszę przytoczyć większy passus, uwydatniający patologiczną duszę autora i jego nieskrępowany żadnymi rygorami stylistyczno-myślowymi sposób pisania. A więc po podtytule „Podłość <niepokornych>”. Pisze m. in.: „Oczywiście Kaczyński to nie Hitler (nikogo nie zabił, tylko fałszywie oskarża o morderstwo swoich przeciwników), a marsze z pochodniami, używanie swastyki podczas manifestacji, milczenie wobec antysemityzmu i fali przemocy, rozpalanie nienawiści i rzeka kłamstwa, którą pisowska propaganda wraz z katoprawicą zalewa Polskę, to nie NSDAP”.
Próżno pytać, kiedy zwolennicy Kaczyńskiego nieśli swastykę, daremnie dopytywać się o tę „falę przemocy”, o „rzekę kłamstwa”, o „katoprawicę”; a milczenie wobec antysemityzmu to już apogeum absurdu, nad którym trzeba przejść do porządku, bo nie sposób z nim polemizować. W tym bowiem pisarstwie dozwolone jest wszystko – pisać, co się chce i jak się chce, byle zelżyć kogo się chce.
Zdumiewa, że taki tekst zamieścił najpoważniejszy (przynajmniej do 2007 r.) dziennik opiniotwórczy. Powiedzielibyśmy, to kwestia wolności prasy. No to ciekaw jestem, czy redaktorzy gazety opublikują polemikę z tymi wypowiedziami Niesiołowskiego, chociażby w najgorszym razie niniejszą...
Jacek Wegner
