- Uważam, że w pierwszym roku obowiązywania opłaty audiowizualnej minimum 10 procent dochodów z niej powinno być przeznaczone na dofinansowanie programów misyjnych, realizowanych przez podmioty prywatne - np. TVN, Polsat, prywatne radia etc. Ta kwota w przyszłości powinna być zwiększana. Górny pułap powinien zostać określony w odrębnej decyzji KRRiT – zapowiada minister kultury Bogdan Zdrojewski przedstawiając założenia projektu ustawy o opłacie audiowizualnej. Nawet fakt, że autor tych słów ministrem od kultury został nie ze szczerej chęci i realnej kompetencji, ale w wyniku kaprysu Donalda Tuska, nie do końca wyjaśnia powody ich horrendalności. Nawet niekompetentny minister może mieć do dyspozycji kompetentnych doradców.
Zapowiedź finansowania z przymusowej daniny publicznej działalności nadawców prywatnych (w trybie innym niż ulokowanie w nich przez administrację publiczną płatnych ogłoszeń) zasługuje na miano horrendum. Prócz wątpliwości natury prawnej, takie rozwiązanie – zwłaszcza w kombinacji z zapowiedzią progresji wysokości dotacji dla nadawców prywatnych (nieuniknionym kosztem nadawców publicznych) – jest dogłębnie sprzeczne z celami, które od lat podobno przyświecają idei reformowania obecnego, niewydolnego systemu abonamentowego. Wśród tych celów co najmniej dwa: stabilizacja finansowania mediów publicznych i uwolnienie ich polityki programowej od komercyjnej presji, są z konceptem rzuconym przez ministra Zdrojewskiego po prostu nie do pogodzenia. Tym bardziej, że niemal jednym tchem zapowiada on wprowadzenie dla mediów publicznych dalszych ograniczeń w czerpaniu dochodów ze sprzedaży czasu reklamowego. Albo minister Zdrojewski tej sprzeczności nie dostrzega (czego do końca wykluczyć się nie da) albo też świadomie (to bardziej prawdopodobne) dąży do stworzenia takiego modelu finansowania mediów, który doprowadzi do trwałego i postępującego osłabienia mediów publicznych z korzyścią dla ich prywatnej konkurencji.
Ustrojowa skandaliczność zapowiedzi ministra Zdrojewskiego byłaby o wiele łatwiej dostrzegalna, gdyby nie operowanie przezeń bałamutnym pojęciem „programów misyjnych”, wprowadzonym do obiegu publicznego przez rzeczników interesów mediów prywatnych pozujących na bezstronnych ekspertów. W swoim czasie koncepcję programów misyjnych na antenach komercyjnych propagował niejaki Jakub Bierzyński, konsekwentny zwolennik przekierowania strumienia pieniędzy publicznych z mediów publicznych do prywatnych. Cechą szczególną tego autora było wręcz głoszenie tezy o swoistej wyższości mediów prywatnych nad publicznymi w uprawianiu „misyjności”.
Bałamuctwo tej koncepcji polega na zmanipulowaniu pojęcia „misyjności” poprzez oderwanie go od sensu pierwotnego, związanego z charakterem i obowiązkami nadawców, a nie z charakterem czy treścią konkretnych audycji. Zatem przypomnijmy: w interesującym nas kontekście przymiotnik „misyjny” oznacza tyle, co pochodny od misji nadawcy publicznego opisanej (skądinąd dość ułomnie) w art. 21 ustawy o radiofonii i telewizji. Innymi słowy, kategoria misyjności może służyć do oceny, czy dany nadawca publiczny wywiązuje się ze swoich ustawowych, publicznych obowiązków. Nie ma natomiast sensu stosowanie jej do charakteryzowania poszczególnych programów telewizyjnych lub radiowych w oderwaniu od tego, kim jest ich nadawca. To prawda, że wśród programów nadawanych przez nadawcę prywatnego utrzymującego się z reklam, jak TVN czy Polsat, mogą się również znaleźć pozycje o wysokich walorach artystycznych i/lub poznawczych. Ale nie stają się one od tego „programami misyjnymi”, ponieważ ich nadawca ma – jak to kiedyś ujął Mariusz Walter „misję biznesową”, którą może - w granicach prawa – swobodnie definiować na własny użytek.
Jeśli kategorię „misyjności” chcemy stosować do oferty programowej, to wyłącznie do jej całokształtu, a nie do oceny wyjętych z całokształtu wybranych programów. Tak jak kobieta nie może być „trochę w ciąży”, tak i nadawca radiowy czy telewizyjny nie mógłby stać się „trochę misyjny” z tego powodu, że KRRiT zaczęłaby mu płacić z publicznej kiesy za wybrane programy; płacić tylko dlatego, że te w odróżnieniu od innych audycji na tej samej antenie zamiast tylko rozrywać lub ogłupiać posiadałyby jakieś wyższe walory. Pchanie ustawodawstwa medialnego w tym kierunku to kuriozum i horrendum w jednym.
To, że lobbyści przebrani za publicystów i ekspertów zdołali w ogóle wylansować pojęcie „programów misyjnych” jako czegoś dającego się rozpatrywać w oderwaniu od nadawcy i kontekstu programowego, zawdzięczamy oczywiście fatalnej polityce medialnej elit III RP oraz kierownictw mediów publicznych z TVP SA na czele. Gdyby z niedostatku środków abonamentowych oraz niedostatku rozumu i wstydu u decydentów nie doszło do komercjalizacji i prymitywizacji oferty programowej mediów publicznych, nie doszłoby też do zamulenia i zatrucia debaty publicznej przez fantom „misyjności”.
Pozostaje, nikła na razie, nadzieja, że koniec końców, zamiast wykończenia mediów publicznych (razem z marzeniem o misyjności) doczekamy stabilnego i efektywnego systemu ich finansowania, choćby poprzez porządnie dopracowany mechanizm opłaty audiowizualnej. Powinien być to system na tyle wydajny, by możliwe było całkowite uniezależnienie TVP i publicznych nadawców radiowych od potrzeby emisji reklam. W interesie publicznym (także ze względu na problem korupcji) leży wytyczenie wyraźnych granic między sferami medialnej misji i medialnego biznesu. Zapowiedzi ministra Zdrojewskiego wróżą dalsze zacieranie tych granic.
Czy niedoszłym ministrem obrony powoduje w tej sprawie niekompetencja, czy jakaś perwersyjna polityczna kalkulacja, czy uleganie złym doradcom lub lobbystom, nie wiem. Ale chętnie bym się tego dowiedział od kogoś, kto wie.
