Białostocki sąd uznał dziennikarza Endiego Gęsinę-Torresa winnym podrabiana dokumentów i składania fałszywych zeznań, ale odstąpił od wymierzania kary. Prokurator chciał pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Przypomnę o co chodziło.

            Gęsina podawał się za imigranta, który nielegalnie przekroczył granicę białorusko – polską. Wszystko po to, by trafić do ośrodka dla cudzoziemców i ukrytą kamerą udokumentować, delikatnie mówiąc, niewłaściwe warunki przetrzymywania osadzonych. Prowokacja się udała, reportaż ukazał się w programie „Po Prostu” (TVP).

            Sąd mógł umorzyć sprawę ze względu na niską szkodliwość, mógł wydać wyrok skazujący i mógł zrobić tak jak zrobił. Dlaczego tak? To właśnie jest ciekawe. Otóż (opieram się na relacjach medialnych), sąd uznał, że czyn nie był szkodliwy w stopniu znikomym. Nie był, bo żeby dostać się do ośrodka Torres nie tylko oszukał policję i straż graniczną, ale także sąd. Do ośrodka musiał zostać skierowany decyzją sądu, więc i przed nim musiał udawać, że jest kimś kim nie był. Sąd uznał, że był instrumentalnie „angażowany do legalizacji mistyfikacji”. Wychodzi na to, że gdyby nie musiał odgrywać przedstawienia przed sądem, a jedynie przed funkcjonariuszami straży granicznej jego czyn byłby szkodliwy ale znikomo, a tak był szkodliwy bardziej.

            W tym samym czasie w Warszawie zakończył się proces Adam Michnik przeciw Rafałowi Ziemkiewiczowi. Naczelny „Gazety Wyborczej” poczuł się dotknięty felietonem Ziemkiewicza, w którym ten stwierdził, że Michnik terroryzuje swoich przeciwników „rozgrzanymi usłużnymi sędziami”. W tym przypadku sąd uznał, że „rozgrzani usłużni sędziowie” nie mogą obrażać Michnika. Mogliby natomiast obrażać sędziów, ale wyrokujący sąd nie okazał się aż tak wyczulony na swoim punkcie i pozew oddalił.

            Badanie stopnia zróżnicowania wyczulenia jeszcze przed nami, bo zdaje się, że w obydwu sprawach czekają nas jeszcze apelacje. Tymczasem mogliśmy obserwować inny przykład sprzeczności. Zdecydowanie bardziej wewnętrznej.

            Tomasz Lis najpierw na swoim blogu zadeklarował: „Media nie powinny uznawać nazioli i protektorów bandytów za pełnowartościowych uczestników debaty publicznej. Nie podoba im się, jak mówią, republika, to do widzenia. Niech opowiadają swe głupoty w naziolskich pisemkach, a nie w ogólnopolskich stacjach telewizyjnych”, a potem w „Newsweeku” opublikował wywiad z Wojciechem Cejrowskim udzielony Polskiemu Radiu RDC, w którym ten chwali podpalenie „Tęczy” i atak na rosyjską ambasadę. Wywiad był zapowiadany na okładce słowami „Won z pederastami”. I zaczęła się śmieszna jazda. Media prawicowe, tak lubiące „polować na okładki Lisa” nabrały wody w usta, natomiast Kampania Przeciw Homofobii złożyła doniesienie do prokuratury. Kwiatek do tego kożucha przypiął na koniec sam Cejrowski przypominając na Facebooku, że zalicza „Newsweek” do „miejsc, w które dżentelmen nie zagląda”. Może i nie zagląda, ale najwyraźniej trafia.

            Jednak największym zaskoczeniem było zupełnie nieoczekiwane wsparcie jakie otrzymaliśmy w walce ze słynnym paragrafem 212 Kodeksu Karnego zezwalającym na kierowanie do sądów prywatnych aktów oskarżenia o zniesławienie w oparciu właśnie o KK. O zniesienie 212 walczymy od lat razem z wydawcami prasy i Fundacją Helsińską, apelując do posłów, ministrów sprawiedliwości i premierów, ale dopiero… prywatne oskarżenie wniesione przeciwko abp Józefowi Michalikowi spowodowało, że krytyczne zainteresowanie artykułem 212 wykroczyło poza branżę i zostało wsparte przez ruch „Stop Laicyzacji”. Przypomnę, że powodem pozwu było stwierdzenie arcybiskupa, że przyczyny pedofilii tkwią w „braku miłości rozwodzących się rodziców” oraz w „ideologii gender”.

            Taki ciekawy kraj. Żeby dokonać dość oczywistej zmiany w prawie najlepiej albo uzyskać poparcie kościelnych hierarchów, albo skierować przeciwko nim pozew. Co wybieramy?

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl