"Zboczone" czyli nie mające nic wspólnego z dziennikarstwem a tylko wypaczające jego istotę. "Zboczone" bo - mam takie przekonanie - stanowiące tylko margines zawodu. Nie można jednak udawać, że takie dziennikarstwo nie istnieje. Istnieje a nawet rozpycha się łokciami i żąda by traktować je jako coś... naturalnego. Jeżeli nie będziemy głośno protestować to wkrótce się okaże, że takie są nowoczesne standardy zawodu.

Cóż mnie starego, krakowskiego mantykę, tak poruszyło? Pismo "Najciekawsza Gazeta 7 Dni Kalisza" opisało romans gimnazjalisty z nauczycielką. Sprawa okazała się bulwersująca nie tylko dlatego, że ze związku urodziło się dziecko, ale dlatego że ojciec miał 14 lat. Przypadek pedofilii z udziałem dorosłej kobiety, bywa często traktowany z pobłażliwością. Można by rzec, bardziej jako problem obyczajowy niż kryminalny. Tym bardziej chwała dziennikarzowi, który sprawę odkrył i upublicznił, zwłaszcza że dotyczyło to relacji wychowawca - uczeń. Jednak mnie, to właśnie postępowanie dziennikarki, która sprawę opisała, oburza najbardziej. Dziennikarka tygodnika „Najciekawsza Gazeta 7 dni Kalisza”, w którym opisano romans zdobyła informacje od rodziców chłopca i od nauczycielki podając się za psychoterapeutkę – co ujawnili dziennikarze „Newsweek Polska”. Autorka tekstu wyznała z rozbrajającą szczerością, że przecież gdyby się przyznała, że jest dziennikarką to nikt nie chciałby z nią na ten temat rozmawiać. Podkreślała, że działała w interesie społecznym. To ma być jej alibi – cel uświęca środki… Na takie postawienie sprawy nie ma zgody.

W nadzwyczajnych okolicznościach stosuje się różne wybiegi i urządzenia nagrywające ale zdobywanie informacji podszywając się pod psychologa i to w sytuacji wysoce stresującej dla rodziny dziecka i nauczycielki jest niedopuszczalne. Jednym posunięciem skompromitowała dwie profesje zaufania publicznego – psychologa i dziennikarza – obie objęte tajemnicą zawodową. Następnym razem może usiąść w konfesjonale i czekać aż się wyspowiadają następni bohaterowie czołówek.

Popełnieniu błędów sprzyjała sytuacja w piśmie – dziennikarka jako współwłaścicielka tytułu nie musiał się przed nikim tłumaczyć, zabrakło redakcyjnego filtru – co wolno a czego nie wolno. Jako właścicielka rozgrzeszyła siebie jako dziennikarkę.

Gdy pojawia się obyczajowy temat dziennikarz staje przed poważnym wyzwaniem. Musi podjąć decyzję, jak postąpić. Usprawiedliwieniem jest stan wyższej konieczności kiedy jedno dobro poświęca się kosztem innego. W tym przypadku dziennikarka podjęła złą decyzję. Podwójnie złą. Szkody jakie poczyniła są poważne, jak tu teraz zaufać dziennikarzowi, jak zaufać psychoterapeucie? 

Wiarygodność dziennikarzy leży w gruzach. Kodeksy etyczne, zasady zawodu są odrzucane gdy nie są wygodne, gdy przeszkadzają. Wtedy zawsze można się powołać na interes publiczny. Tak postępują tuzy polskich mediów dlaczego nie może dziennikarka z Kalisza? Małe, lokalne pismo, daleki Kalisz... nic się nie stało? 
Stało się, lecz za to co zrobiła są współodpowiedzialni wszyscy, którzy łamią standardy - i niech nikt mi nie mówi, że nie wiadomo dzisiaj czym te standardy są - i tworzą atmosferę przyzwolenia do tego typu działań. Zacieranie różnic zachęca do testowania granic - dokąd się można posunąć żeby szokować, żeby zdobyć czytelników. Człowiek przestaje się liczyć, jest tylko półproduktem do tworzonego tekstu. Jego los po publikacji materiału nikogo nie wzrusza. Kolejny dzień, kolejne wydanie a odarty z prywatności bohater jest pozostawiony sam sobie.

Nawet do psychologa nie pójdzie bo to przecież może być... dziennikarz. 

Andrzej Stawiarski

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl