Najpierw „Wprost” zaatakował ministra Nowaka, potem Fibaka, potem Hofmana, wreszcie piórem Cezarego Łazarewicza agencję MDI Strategic Solutions byłych dziennikarzy śledczych Macieja Gorzelińskiego i Rafała Kasprówa. W odpowiedzi obaj zaatakowani dziennikarze ujawnili, że prokuratura w Szczecinie wznowiła śledztwo, w którym naczelny „Wprost” Sylwester Latkowski jest podejrzany o popełnienie w roku 1993 podwójnego morderstwa. Sylwester Latkowski napisał o szantażu ze strony szefów MDI, a ci z kolei złożyli przeciw niemu prywatny pozew. Kółko się zamknęło.
Na marginesie tego sporu można by powiedzieć „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”, albo „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”, i tak dalej. W tym przypadku wilkami po trochu są obie strony. Jako felietonista mogę sobie pozwolić na takie stwierdzenie i dobrać do niego argumenty. O czym bowiem świadczy cała ta historia? Co mówią teksty Łazarewicza opublikowane w „Tygodniku Powszechnym” i „Wprost, raport „Efekty pracy MDI Strategic Solucions dla KGHM Polska Miedź SA w 2012 roku" ujawniony przez chicagowski portal Progress for Poland, reakcja szefów MDI, artykuł Latkowskiego „Nie ulegnę szantażowi”? Mówią o zaciekłej walce mediów, w której nie ma jednoznacznego podziału na dobrego kowboja Latkowskiego i złych gangsterów Gorzelińskiego i Kasprówa.
Przypomnę, że Cezary Łazarewicz opisywał w „Tygodniku Powszechnym”, jak firma recyklingowa Orzeł Biały z pomocą MDI rzekomo zmanipulowała dziennikarzy i opinię publiczną, żeby wywrzeć presję na Ministerstwie Środowiska i uniemożliwić nowelizację ustawy o recyklingu i utylizacji akumulatorów, natomiast we „Wprost” pisał o działaniach MDI związanych z przetargiem w PZU. Opisane przez Łazarewicza praktyki PR świadczą o:
- sprzężeniu firm PR-owskich z mediami (co samo w sobie jest oczywiste), ale takim, które wskazuje też na to, że niektóre redakcje i niektórzy dziennikarze mogli czerpać korzyści majątkowe z usług na rzecz agencji i firmy, o której pisali lub przygotowywali programy (tj. o KGHM)
- o uprawianiu „czarnego PR” przez te firmy
- o lenistwie wielu dziennikarzy, którzy wolą gotowce niż własną pracę nad informacjami, a ponadto nie przykładają się do weryfikacji faktów (materiał PR powinien być jedynie punktem wyjścia do opracowania tematu, a nie ostateczną wersją materiału dziennikarskiego, opublikowaną w mediach).
Z drugiej strony reakcja kilku redakcji na artykuły, które pojawiły się w TP i we „Wprost” (oświadczenie „Rzeczpospolitej” z 24 września – „Firma MDI nie miała i nie ma żadnego wpływu na to, gdzie i jakie artykuły ukazują się w naszej gazecie”; do wydania swojego szykował się 25 września „Dziennik Gazeta Prawna”) wskazuje, że przynajmniej te redakcje poczuły, że muszą powiedzieć swoim czytelnikom, jakie panują u nich reguły redakcyjne. Ale i tak smrodek pozostanie, i tak wielu czytelników i widzów nabierze przekonania, że media są manipulowane przez duże firmy. Oczywiście, to co napisali Kasprów i Gorzeliński w raporcie dla KGHM o swoim raporcie można potraktować jako przesadną przechwałkę. Nie wiadomo jednak dokładnie ile, na setki tekstów „wygenerowanych” rzekomo przez MDI, rzeczywiście powstało z inicjatywy agencji MDI, a ile powstało w sposób niezależny. To rodzi pytanie w ogóle o (nie)zależność redakcji i dziennikarzy od agencji PR, sponsorów, reklamodawców, polityków, itd. Nie raz, nie dwa czytałem np. w łódzkiej prasie na stronach redakcyjnych artykuły, które były bezczelnymi reklamami, sponsoringiem, czy tzw. krypciochą, udając materiały redakcyjne. Przykłady? Proszę bardzo: choćby o tym, jakie zakupy można zrobić na przecenach w łódzkiej manufakturze, o kombinezonach firmy D. („reportaż” był „relacją” z nocnego skoku z łódzkiego wieżowca skoczka, który był ubrany w kombinezon firmy D. http://info.wiadomosci.gazeta.pl/szukaj/wiadomosci/diverse), czy w tabloidzie o restauracji, która była ostatnio pokazywana w TVN w programie znanej celebrytki. Takich przykładów są setki. Sam czytałem, że około 80 proc. informacji może być aranżowanych przez firmy PR! To chyba gruba przesada, ale gdyby miało to być około 50 procent (informacji z oficjalnych urzędów i firm PR), to bym się już nie zdziwił.
Mamy więc wojenkę środowiskową, w której – moim zdaniem – obie strony są po trochu wilkami. Panowie K. i G., bo uprawiają „czarny PR” i zbierają haki na swego przeciwnika, a po przeciwnej stronie redaktor naczelny gazety, który po pierwsze, miał (ma?) coś za uszami, a co więcej, sam posługiwał się metodami z magla, żeby skompromitować Fibaka czy Hofmana (ten drugi jest zresztą figurą publiczno-polityczną, więc bynajmniej nie żal). Ale, gdy się idzie na wojenkę i mieczem wojuje, to trzeba pamiętać, że się i od miecza ginie.
Nie chcę, żeby ktoś zrozumiał, że bronię firmy MDI – jeżeli było tak, jak napisał Łazarewicz, to chwała mu za to, że odsłonił zakulisowe operacje piarowskie. Chciałbym jednak dowiedzieć się, jak było naprawdę: ile artykułów zostało zmanipulowanych, kto wprowadził w błąd opinię publiczną! I w tym przypadku to, że sprawę „odkrywa” w tygodniku „Wprost” Sylwester Latkowski, sytuacji nie ułatwia, bo żeby wołać o czystość w życiu publicznym samemu trzeba mieć uregulowany stosunek do własnej przeszłości. A czy Latkowski jest żoną Cezara? Z pewnością nie, i dlatego sam musi teraz oczyścić się z zarzutów, bo jak widać jego przeciwnicy znają się na swoim fachu i wiedzą, że czarny PR lepiej się sprzedaje w mediach niż pozytywne newsy o szlachetnym kowboju.
Marek Palczewski
25 września 2013
