Protest Grzegorza Miecugowa przeciwko robieniu wywiadów przez media z Oskarem W., który zaatakował go podczas Przystanku Woodstock jest o tyle ciekawy, że stwarza szanse wypracowania przez polskie media jakiegoś standardu, jak się powinno w takiej i podobnych sytuacjach postępować. 

Na początek dokonajmy ważnego rozdzielenia. To, co się stało w czasie programu telewizyjnego nadawanego na żywo z Przystanku, składało się z dwóch jakże różnych elementów. Łączył je wspólny dla nich akt – wtargnięcie do zaimprowizowanego studia na scenie, w celu zademonstrowania swojego negatywnego stosunku do stacji telewizyjnej i prawdopodobnie dziennikarza, będącego wiodąca jej postacią. Dla tej stacji reprezentatywną, w jakimś stopniu stanowiącą jej symbol.

Jeden element to wniesienie tabliczki z napisem „TVN kłamie”, zaś drugim elementem incydentu było poszturchiwanie siedzącego Miecugowa i uderzenie go w policzek.

Być może część czytelników tego portalu pamięta niedawne zdarzenie, jakie miało miejsce w Sejmie, w trakcie zaimprowizowanej konferencji Donalda Tuska. Wtedy to obok głowy premiera pojawił się na jedną-dwie sekundy epitet wypisany odręcznie flamastrem na białej, dużej kartce: „Kłamca!”. Kartkę przygotował i za plecami premiera kartkę wystawił do kamery jeden z posłów Ruchu Palikota. Błyskawicznie został usunięty przez jednego z funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej, ale swój cel osiągnął. Fragment z widocznym epitetem był tego dnia wielokrotnie pokazywany w telewizji.

Incydent na Przystanku nie byłby tak drastyczny ani tak przykry dla Miecugowa, gdyby Oskar W. poprzestał na pierwszym elemencie - wyeksponowaniu hasła wypisanego na tabliczce. Choć prawdę mówiąc, jestem przeciwnikiem wszelkiej przemocy, która ma nam otworzyć drogę „do prawdy”. Dlatego swego czasu ostro skrytykowałem wepchanie się przemocą na mównicę podczas uroczystości z okazji 30-lecia „Solidarności” przez Henrykę Krzywonos, aby przypuścić atak na Jarosława Kaczyńskiego. Ma prawo do własnych opinii i ocen, ale powinna dostać się na mównicę w sposób cywilizowany.

Z prawdziwą przykrością i jednocześnie ogromnym niesmakiem oglądałem na You-Tube drugi element akcji Oskara W. - akt agresji wobec dziennikarza. Nawet gdyby to miało tylko być machanie pięściami czy otwartymi dłońmi w pobliżu twarzy dziennikarza, to i tak zasługiwałoby na potępienie i odpowiedni do takiego czynu wymiar kary. Nie może być bowiem pobłażania dla kogoś, kto wywołuje autentyczny lęk przed realnym zagrożeniem. Kto policzkuje dziennikarza, tylko za to, że ma odmienne poglądy, załóżmy nawet, nienawistne dla napastnika.

Nie chce mi się wierzyć, że jakikolwiek dziennikarz prawicowy toleruje zachowanie Oskara W. Już pomijam fakt, że patrzenie prze palce na tego rodzaju zachowanie jest jednoczesnym przyzwoleniem na niebezpieczne działania dla innych ludzi pokroju Oskara W., różniących się tylko tym, że środowisko prawicowych dziennikarzy uważa za szkodliwe dla Polski. Pamiętamy wszyscy, jak napiętnowaliśmy zachowanie Stefana Niesiołowskiego wobec naszej koleżanki Ewy Stankiewicz. I słusznie. Nie możemy się godzić na żaden akt agresji, przemocy fizycznej i psychicznej w stosunku do każdego człowieka. Także wobec dziennikarza, szczególnie wówczas, gdy wykonuje on swoje zawodowe obowiązki. Musimy się nauczyć rozwiązywać spory w debacie publicznej, a nie agresją i przemocą.

Karygodny czyn Oskara W. nie może zamykać mediom możliwości dotarcia do niego, jakby chciał Miecugow oraz kilku innych publicystów i dziennikarzy. Grzegorz Miecugow próbuje nas przekonać, że dopiero, gdy jakaś gazeta zrobiła z agresorem wywiad, podając pełne nazwisko i zamieszczając zdjęcie, główny jego cel został osiągnięty. Może tak, ale pewności nie mamy. Zresztą sam Miecugow jest niekonsekwentny, domagając się, aby o napastniku nikt nie mówił. Aby rozpłynął się w powietrzu. Tak się nie stanie, choćby dlatego, że sam dziennikarz TVN zapowiedział, że napastnikowi nie daruje i pozwie go do sądu. I co? Jeśli nawet będzie domagał się procesu przy drzwiach zamkniętych, to sądzi, że zamknie usta mediom?

Rzecz więc nie w tym, żeby udawać, że Oskar W. nie istnieje. Odwrotnie, pokażmy go prawdziwego. Jako człowieka niebezpiecznego lub co najmniej szkodliwego dla porządku społecznego. Ważne, żeby nie zrobić z niego bohatera czy wręcz celebrytę, jak to miało miejsce przez długi czas z Katarzyną W., oskarżoną o zamordowanie własnej córki. Dopiero jak usiadła na ławie oskarżonych, niektóre media przypomniały sobie kim naprawdę jest i co zrobiła. To oczywiście niewspółmierne sprawy. Ale nie zapominajmy o tym, kiedy jakąś naganną postać przedstawiamy w mediach.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl