Jeszcze parę lat temu dojście polskiej tenisistki do półfinału turnieju w Wimbledonie uważano by za mission impossible. Dziś, gdy od kolejnego finału na angielskiej trawie dzieliło ją dosłownie parę piłek, zamiast cieszyć się z sukcesu, media w Polsce stały się specjalistami od tenisowego savoir vivru. Nie wszystkie, rzecz jasna ale te, które panny Agnieszki szczególnie nie lubią. Ich tropem poszły portale a za portalami internauci. „Radwańska to buraczana prostaczka” – pisano w komentarzu. Innych inwektyw nie zacytuję – bo wstyd mi za tych ludzi.
Sprawa jest banalna. Media obiegły zdjęcia Anji Niedringhaus z AP, na których polska tenisistka nie patrząc na zwycięską przeciwniczkę, ledwo końcami palców dotyka jej dłoni, odwracając głowę. Eksperci od konwenansów natychmiast skarcili Polkę, że nie potrafiła się pogodzić z porażką, że jej zachowanie nie było zgodne z tradycją turnieju w Londynie, jest nieobyta i wstyd Polsce przyniosła. Wszystko na podstawie fotografii. Mało kto oglądał mecz na żywo, więc opinię opierano o przekaz medialny, taki jak przykładowo w TVN czy na dziennik.pl.
Tymczasem bardziej dociekliwi mogli dotrzeć do innych zdjęć z tego spotkania (www.dailymail.co.uk), na których tenisistki podają sobie ręce a nawet patrzą na siebie (!!!!). To, że Agnieszka Radwańska nie była po porażce szczęśliwa nie powinno nikogo dziwić.
Na pytanie dziennikarzy, dlaczego opuściła kort tak szybko i nie pogratulowała Lisicki odpowiedziała: Powinnam tam zostać i zatańczyć? Pewnie tak, ale wtedy znaleźliby się komentatorzy, którzy uznaliby że to przykład typowo polskiego świętowania porażek.
Angielscy dziennikarze odnotowali tylko chłodne pożegnanie tenisistek, polscy zrobili z tego aferę wartą dyskusji w programach informacyjnych.
Savoir-vivre obowiązuje nie tylko na korcie ale także w mediach. Wolę przypuszczać, że był to tylko brak dobrych obyczajów medialnych, bo przecież nie ordynarna manipulacja.
Andrzej Stawiarski
