Mój idol Karol Irzykowski napisał kiedyś: „gorsze od ułatwionego życia jest ułatwione myślenie”. A do tego właśnie namawiali dwaj uczestnicy dyskusji panelowej zorganizowanej kilka dni temu na Foksal przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i Fundację Nowe Media. Najpierw jednak generalna uwaga: było to jedno z tych spotkań, których nigdy za wiele, wartościowe i potrzebne. Ważny temat „Co wolno wydawcy, a co redakcji na przykładzie >Rzeczpospolitej<”, reprezentatywny dobór gości - trzech byłych naczelnych dziennika, Piotr Aleksandrowicz, Paweł Lisicki i Tomasz Wróblewski – sporo ciekawych informacji zakulisowych, zwłaszcza na linii redakcja – wydawca. A jednak odnosiło się wrażenie, że cała debata jedynie krąży wokół właściwego tematu, tylko od czasu do czasu – patrz: wypowiedzi Lisickiego – go dotykając. A już opinia Tomasza Wróblewskiego, że zwolnienie naczelnego „Uważam Rze”, to „tylko wypadek przy pracy wolnych mediów, a nie symptom zmian”, to kpina ze zdrowego rozsądku zebranych na spotkaniu kolegów – dziennikarzy. Bo wyrzucenie na bruk Pawła Lisickiego, to jedynie ostatni akt „political cleansing”, „czystek politycznych”, które obserwuje się w polskich mediach co najmniej od dwóch lat.
I teraz krótki wypad za granicę: Brytyjska Partia Komunistyczna została na Wyspach zdelegalizowana 23 lata temu, ale jeszcze dziś na rynku można kupić jej organ, „Morning Star”. Wprawdzie ledwie sapie, ledwie zipie, wychodzi w ilości paru tysięcy egzemplarzy, ale konserwatystom nie przyjdzie do głowy, żeby dziennik zlikwidować. Podobnie „L’Humanite’ we Francji czy „La Stampa” we Włoszech. Padł natomiast liczący 168 lat, najlepiej sprzedający się tabloid świata (nakład 3.6 mln) „News of the World”, ale tylko dlatego, że ciążyły na nim zarzuty natury kryminalnej. Sygnałem, w jakiej rzeczywistości medialnej żyjemy w Polsce, niech będzie fakt przytoczony zresztą przez samego Tomasza Wróblewskiego. Oto amerykański dziennik „Wall Street Journal”, gazeta Ruperta Murdocha, opublikowała kilka artykułów, potępiających praktyki innej, także własności magnata, „News of the World”. Zresztą nie tylko „Wall Street Journal”, ale i brytyjski „Times” czy „Sun”, także należące do imperium Murdocha. I autorzy tych tekstów nie bali się tego zrobić. Czy dlatego, że są odważniejsi od wielu ich polskich kolegów? Nie. Lecz dlatego, że właściciel i wydawca Rupert Murdoch wie, że nie mógł sobie pozwolić na wsparcie „NotW”. Wie, co spotkałoby go, gdyby w jego innych gazetach pojawiły się materiały broniące praktyk tego tabloidu. Największy magnat medialny na świecie, do którego Hajdarowiczowi daleko „jak misce cynowej do księżyca”, bał się mediów, reakcji parlamentu, na którego wezwanie karnie stawił się do Westminsteru, i reakcji społeczeństwa. Słowem, bał się demokracji.
Kiedy 23 lata temu Polska wybiła się na niepodległość miałam nadzieję, że powróci do rodziny państw demokratycznych, że rynek medialny spluralizuje się zgodnie z różnorodnością światopoglądową społeczeństwa, od prawa do lewa. I że, podobnie jak na Zachodzie, scena medialna stanie się – jak skład parlamentu – odbiciem wszystkich sil politycznych obecnych w Polsce. W latach 90., co potwierdził na konferencji ówczesny naczelny „Rzepy” Piotr Adamowicz – wypadki zaczęły zmierzać w tę właśnie stronę. Ale kilka lat temu nastąpił zwrot, i wszystko się zmieniło. Byliśmy świadkami „czystki politycznej” w mediach elektronicznych, paradoksalnie publicznych, utrzymywanych z abonamentów czyli pieniędzy podatników. Z TVP i PR wyrzucono wtedy wszystkich dziennikarzy konserwatywnych, przez co ponad połowa obywateli została pozbawiona swego głosu w mediach, które finansuje. Stałe nękanie procesami sądowymi „Gazety Polskiej”, odmowa przyznania miejsca na platformie cyfrowej TV Trwam, wciąż trwająca wojna Urzędu Miasta Warszawy z tygodnikiem „Nasza Polska”, aby pozbawić go dachu nad głową. No i pozwolę sobie przypomnieć, że minęło zaledwie 3 tygodnie od wyrzucenia Cezarego Gmyza z „Rzepy”, zaraz potem jej naczelnego Tomasza Wróblewskiego i paru innych, a teraz szefa ostatniego już pisma konserwatywnego „Uważam Rze”, Pawła Lisickiego, co spowodowało odejście grupy publicystów, autorów popularności i sukcesu finansowego tygodnika. Zwolnienie Pawła Lisickiego, to nie jest wypadek odosobniony, ale „domknięcie systemu”, w którym nie ma miejsca dla dziennikarzy konserwatywnych. Dziś mamy już w Polsce monopol mediów lewicowo – liberalnych, własności wywodzących się z dawnych czasów grup kapitałowych, którzy wskazali konserwatystom ich miejsce - dokładnie jak wtedy – w podziemiu. Czytaj – w niszach, niskonakładowych pismach, telewizjach internetowych, etc. I sugestia Pawła Lisickiego, że jedynym wyjściem są dziś projekty dziennikarsko-businessowe, wydaje się logicznym rozwiązaniem. To tam nastąpi wykuwanie się i krzepnięcie nowej formuły polskiego konserwatyzmu, powiązanego z europejskim, np. brytyjskim, ale w „polskim kostiumie”, nawiązującym do katolicyzmu, naszej tradycji, obyczajów, Polish way of life. Tam, jeśli dobrze pójdzie, znajdzie się także centralny punkt bojów o demokrację w Polsce, pluralizm medialny, społeczeństwo obywatelskie, niezawisły wymiar sprawiedliwości, o świadomość Polaków. Tam będziemy pokazywać krzywdę, jaką wyrządzają im partia rządząca i dzisiejsze władze, hamując odrodzenie systemu, który broni ich podmiotowości, wolności i praw. Na koniec, trawestując Poincare’a: ”dziennikarz niezależny jest tylko nikłym światłem wśród burzy, ale stawiając opór, może wszystko”.
Elżbieta Królikowska-Avis
8 grudnia 2012
