Głośny przypadek australijskiej pary dziennikarzy, która dzięki podstępowi, dowiedziała się o ciąży nowego idola tłumów, angielskiej księżnej Kate,  po raz kolejny pokazuje naszą branżę  w niezbyt korzystnym świetle. Jednocześnie historia to z jej dramatycznym następstwem, powinna otworzyć drogę do ponownego zastanowienia się nad granicami dziennikarskiej prowokacji.

Już teraz chcę zagwarantować sobie prawo do udziału w takiej debacie. Oczywiście w formie tu uprawianej, czyli w postaci felietonu. Dziś chciałbym się skupić na innej stronie nagannego wyczynu pary australijskich radiowców o tabloidowym rodowodzie.  

Ogromnie wścibski i w dodatku niepohamowany, mieszany duet dziennikarski z antypodów, stał się mimowolnym sprawcą tragedii nadmiernie wrażliwej pielęgniarki, która najwidoczniej uznała siebie za winną wypłynięcia na cały świat wielkiej tajemnicy królewskiej rodziny i prawdopodobnie popełniła samobójstwo. W każdym razie, takie są pierwsze komunikaty brytyjskich mediów.

Niezależnie od tego, jaki był prawdziwy powód zamachu owej pielęgniarki na własne życie, wydaje się, że australijscy dziennikarze posunęli się za daleko w docieraniu do ciekawostek z kuchni i alkowy Pałacu Buckingham, interesujących ogół opinii publicznej na Wyspach Brytyjskich.  Zabrakło im wyobraźni, ponieważ w głowach mieli ograniczone pole widzenia. Na nim poprzestali. Zignorowali bądź świadomie zlekceważyli inne konsekwencje swojego działania. Skupili się na tym jak wydrzeć pewną tajemnicę, która może stać się sensacją najbliższych tygodni dla żądnej publiczności. Nie pomyśleli ani chwili o tym, czy ten sposób uzyskania informacji, nie wpłynie fatalnie na inne osoby.  Przede wszystkim na osobę, której wrażliwość jest zdecydowanie podwyższona, a reakcje, które mogą jej zaszkodzić, wywoływane są często najróżnorodniejszymi impulsami. Taką osobą jest niemal każda kobieta w okresie ciąży.

Uświęcone tradycją we wszystkich krajach świata, specjalne uprzywilejowanie kobiety w ciąży, traktowanie jej jako istoty pod specjalną ochroną, wynika właśnie z jej nieprzewidywalnych reakcji w odmiennym stanie. Dbałość o jej spokój, zaspokajanie przedziwnych kaprysów i znoszenie kwaśnych humorów, jest w takim samym stopniu troską o brzemienną kobietę jak i płód, który w sobie nosi, a którego rozwój w ogromnym stopniu zależy od jej stanu fizycznego, czy jak byśmy powiedzieli biologicznego, a także samopoczucia psychicznego. Tym większe moje zdumienia budzi prowokacja dziennikarzy australijskich, że tak niefortunny pomysł zaakceptowała dojrzała kobieta i jako dziennikarka brała w tym przedsięwzięciu aktywny udział.

Zdaję sobie sprawę, ze głównym pokarmem wszelkich tabloidów, a więc także rozgłośni radiowych o takim właśnie profilu, jest życie celebrytów w totalnym wymiarze. Ich działalność oficjalna, ale i prywatność, włącznie do zakamarków intymności. Tabloidy i ich snajperzy, czyli paparazzi, przestrzegają na szczęście poczucia dobrego smaku. Ta granica jest bardzo rzadko naruszana, m.in. pewnie też dlatego, że przegrane procesy zbyt drogo kosztują wydawców. Przekraczają za to często, a niekiedy łamią zasady społecznego współżycia, wśród których naczelna zasada podpowiada, że należy  innym raczej pomagać niż świadomie szkodzić. Szczególnie zaś wówczas, kiedy nie ma to nic wspólnego z korzyścią dla dobra publicznego. I tak niechcący rozpocząłem rozmowę o granicach prowokacji.

 

Jerzy Jachowicz

9 grudnia 2012

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl