Tak nie można. Poważny człowiek, na stanowisku, poseł albo nawet euro z czystymi intencjami zgadza się na spotkanie z Mazurkiem. Zgadza się odpowiadać na jego pytania, pewnie jeszcze kawą częstuje, a ten robi z niego osła. Posługuje się podstępem, ciągnie za język, czepia się słówek. Osaczona ofiara ma prawo się pogubić, pomylić program własnej partii z tą drugą, coś źle policzyć, skoczyć w ogień za Michnikiem. Nikt nie jest doskonały.
Na dodatek wielce podejrzany jest też sposób doboru rozmówców. Wygląda na to, że Mazurek jak sęp krąży nad ofiarami, wyławiając te słabsze, mniej rozgarnięte, z osłabionym instynktem samozachowawczym, takie, które tracą miarę w politycznym zapamiętaniu. Poważny człowiek powinien unikać go jak ognia, niepoważny zresztą też.
Na szczęście jest jeszcze w Polsce instytucja, która jest w stanie postawić Mazurka do pionu. To autoryzacja. Instytucja bliżej nieznana w krajach miłościwie panującej nam Unii Europejskiej, ale u nas trzymająca w ryzach dziennikarzy, którym coś ktoś tam powiedział, czyli palnął. Nieważne, że mówił świadomie, nijak nie był przymuszany przez lampę świecącą w oczy czy odwrócony stołek. Chociaż cholera wie, jak to z tym Mazurkiem jest. Poważni, wydawałoby się, ludzie gadają takie głupoty, że coś do tej kawy Mazurek musiał dosypać, albo co najmniej łaskotać interlokutora podczas wywiadu. Bo przecież to niemożliwe, żeby wygadywali te głupoty sami z siebie.
Dlatego słuszne jest żądanie pani poseł Ligii Krajewskiej opublikowania autoryzowanej przez nią rozmowy z Mazurkiem. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby obok siebie ukazały się dwie wersje wywiadu: ta napisana przez panią poseł i ta spisana przez dziennikarza. Wtedy łatwiej będzie można odróżnić to, jacy są politycy, od tego, jacy chcą być przez nas postrzegani.
Tomasz K. Kleszczewski
