Nie jestem pewien, ale to chyba było wspomnienie jednego z autorów legendarnego „Studia 202”. Opowiadał, jak szef twardo egzekwował od pracowników wrocławskiej redakcji rozrywki 8 godzinną obecność w pracy. Nie była to jednak wcale prześmiewcza anegdotka na temat radiowego kabaretu w PRL. Sam wspominający przyznał bowiem, że wspólna redakcyjna praca od 8 do 16 o dziwo skutkowała skeczami lepszymi niż te wymyślane indywidualnie i w domu. Obecny zarząd TVP, albo tej historii nie zna, albo uważa, że ten sposób organizowania pracy dobry jest jedynie w redakcji rozrywki i właśnie postanowił odsunąć od redakcyjnych biurek 400 dziennikarzy. Z pozoru to „tylko” redukcja zatrudnienia. W praktyce to największa zmiana charakteru telewizji publicznej od czasów likwidacji Radiokomitetu.
Telewizyjne związki zawodowe protestują, a SDP to oburzenie popiera. I słusznie. Nie trzeba bowiem być prawnikiem, by zauważyć zadziwiające podobieństwo „przesunięcia do firmy zewnętrznej” 550 pracowników do… zwykłych zwolnień grupowych. Tyle, że proces zwolnień grupowych jest szczegółowo opisany w ustawie, a szczegóły „przesunięcia do firmy zewnętrznej” nie są znane. Należy jednak przypuszczać, że są korzystniejsze dla pracodawcy – pomysłodawcy, a niekorzystne dla zaskoczonych pracowników (np. brak odpraw).
Chyba wszystkie zmiany dokonywane w mediach publicznych są i straszne i śmieszne, wiec i tym razem nie może być inaczej. Zarząd TVP mówi o nowym sposobie „zarządzania kapitałem ludzkim”. To miłe, bo mógłby przecież użyć też popularnego sformułowania „zarządzanie zasobami ludzkimi”. Mogłoby ono być nawet bardziej adekwatne do sytuacji, w której organizuje się publiczny przetarg na „przetransportowanie” 550 osobników z wewnątrz firmy na zewnątrz. Żeby nie być zbyt niemiłym, ten przetarg przypomina coś jakby odpłatne wynajęcie na czas określony ludzi nie do końca wolnych, choć teoretycznie posiadających jakieś prawa.
Potraktujmy jednak zapewnienia o „przesunięciu” i „kapitale ludzkim” jako dobrą monetę. Niestety i taka próba nie może skończyć się dla TVP wysoką notą. Kapitalista bowiem, przesuwa kapitał by go pomnożyć, podczas gdy telewizja publiczna swojego kapitału stara się po prostu pozbyć. Warto tu zaznaczyć, że to jej ostatni kapitał, bo wpływy abonamentowe są pod psem, rynek reklamowy w dołku, a zbędnych nieruchomości nikt nie chce nabyć, ale warto też pamiętać, że zarząd próbuje swoich pracowników traktować z pewnym szacunkiem wyrażającym się w zgodzie na to, by obecni pracownicy razem z rzeczami osobistymi zabrali z firmy również kapitał jakim sami są. Kto wie, może można by to nawet uznać za jakąś formę uwłaszczenia?
Gdy wiele lat temu ówczesny prezes TVP Robert Kwiatkowski wygłosił hasło: „Tyle misji ile abonamentu”, oburzenie było powszechne. Teraz coraz więcej osób uznaje za naturalne, że „doktrynę Kwiatkowskiego” wcielają w życie kolejni szefowie telewizji bez względu na polityczne źródło swej nominacji. Wcielają, bo nie maja kapitału na koncie na utrzymywanie kapitału ludzkiego w redakcjach. Tak doszliśmy do istoty proponowanej zmiany. Gdy TVP już pozbędzie się zbędnego kapitału ludzkiego i pozostaną w jej budynkach jedynie członkowie zarządu, sekretarki, księgowe oraz (zamiast dziennikarzy) redaktorzy zamawiający i koordynujący, telewizja publiczna stanie się w pełni tym, czym od wielu lat stara się być, lub jak inni twierdza jest zmuszona być, czyli: Komercyjną Telewizją Państwową.
Nie będzie to jednak zwyczajna telewizja komercyjna. KTP pozostanie bowiem uprzywilejowana, bo z prawem, do bezkoncesyjnej obecności wielu jej kanałów na cyfrowych multipleksach, za to z faktycznie zerową ofertą misyjną. Będzie więc już tylko psuć rynek telewizji komercyjnej (np. poprzez rabatową politykę reklamową), nie oferując nic w zamian, bo „tyle misji ile abonamentu” i „tyle redakcyjnej twórczości ilu ludzi w redakcjach”, czyli zero.
Wprowadzenie powszechnej opłaty audiowizualnej zamiast obecnej skompromitowanej opłaty abonamentowej nie jest oczywiście warunkiem gwarantującym poprawę oferty TVP, ale bez tej zmiany o realizacji misji nie ma nawet co marzyć. Jednak i tu trudno być optymistą. Nic nie wiadomo bowiem o tym, by premier zmienił swoje krytyczne zdanie na temat publicznej daniny na media publiczne, a obietnice zmian dochodzące raz po raz z kręgów rządowych, stale okazują się jedynie obietnicami. By nie sięgać daleko, to przypomnę jedynie zeszłoroczne obietnice nowej ustawy medialnej, która miała być przyjęta w sierpniu. W sierpniu 2012 ! Obecnie minister kultury obiecuje upublicznienie projektu w czerwcu.
Tak się składa, że z rekomendacji SDP jestem członkiem Rady Programowej Radia Kraków. Na ostatnie posiedzenie 27 maja (!) zaproszeni zostali wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Kultury Anna Grodzka (Ruch Palikota) i Jerzy Fedorowicz (Platforma Obywatelska). Przyznali, że nie posiadają żadnej wiedzy na temat „czerwcowej” ustawy, a co jeszcze bardziej zdumiewające nie potrafili nawet określić swojego stanowiska w sprawie wprowadzenia opłaty audiowizualnej.
Wygląda więc na to, że jeśli nawet parlament coś, kiedyś w tej sprawie uchwali, to dla TVP (a w jakimś stopniu i dla publicznych rozgłośni radiowych) będzie to już musztarda po obiedzie. Straszne? Nic podobnego. Programy kulinarne są teraz w modzie!
